Jurij Drużnikow: życie i książki  Русский  English  Français  Italiano
www.druzhnikov.com




J u r i j  D r u ż n i k o w
Spirala mojego życia
Los małego człowieka na tle pokolenia

   Jak wyglądałoby moje życie i co bym napisał, gdybym tak mógł wszystko zacząć od początku? Zrobiłbym wszystko inaczej? A może nie chciałbym niczego zmieniać?
   Własną biografię znam pewnie gorzej niż życie Puszkina, które opisałem na tysiącu stron, gorzej niż życiorysy wielu rosyjskich, angielskich, niemieckich, francuskich i amerykańskich pisarzy - od ponad pół wieku poświęcam im większość mojego czasu. A poza tym mówienie na własny temat w zbyt poważnym tonie jest nadto niepoważne, niepoważnie zaś pisać o tym, czemu poświęciłem całe życie, byłoby trochę niezręcznie. Kusi więc coś w rodzaju biografii alternatywnej: “Kim byłbym, gdyby…”. To jednak moje własne prawdziwe życie, ze wszystkimi jego niedorzecznościami.
   W spirali mojego życia dają się dostrzec cztery zwoje: pierwsze dwa - rosyjskie, a następne - amerykańskie, albo wręcz światowe.
Jurij Druznikow
Zwój pierwszy,
czyli szczęśliwe dzieciństwo ogrzane promieniami stalinowskiej konstytucji


    Urodziłem się w roku 1933 zeszłego (jak trzeba powiedzieć dzisiaj) wieku w moskiewskiej dzielnicy Zamoskworieczje. Jestem pewien, że szczegóły dzieciństwa i wczesnej młodości, jeśli człowiek nie został Lwem Tołstojem, można bez żadnej szkody pominąć: detale te nie mają niemal nic wspólnego z literaturą. A poza tym owo sowieckie dzieciństwo mijało dla ludzi mojego pokolenia, generalnie rzecz biorąc, tak samo.
   Nie potrafię zrozumieć, jak w pokoju o rozmiarach ośmiu metrów kwadratowych, którego kąt zajmował rozległy piec, była się w stanie pomieścić cała rodzina z nieodłączną służącą Manią, rozkładającą sobie legowisko do spania pomiędzy dwoma dziecięcymi łóżeczkami i łożem rodziców. Mania wyprowadzała mnie na spacery na Plac Czerwony, szeptała: “Tutaj leży dziadek Lenin”. Pamiętam swoje przerażenie, kiedy pewnego razu milicjant upomniał ją surowo: “Na mauzoleum nie wolno pokazywać palcem!”. I jeszcze taki szczegół: nie przechowały się w mojej pamięci żadne ówczesne telefony, nie umiem na pamięć numeru telefonu komórkowego, który noszę w kieszeni, do dzisiaj jednak utkwił mi w głowie numer w tym wspólnym moskiewskim mieszkaniu z lat trzydziestych: B1-93-46 - wciąż kazali mi go powtarzać na wypadek, gdybym się zgubił.
   Od czwartego roku życia pobierałem lekcje skrzypiec. Jechaliśmy na Plac Zubowski do mieszkania pełnego dywanów i starych mebli. Matka przyszłego dyrygenta Kiriłła Kondraszyna, która była drugim skrzypkiem w Teatrze Wielkim, “ustawiała mi rękę”. Jakież otwierały się przede mną wspaniałe perspektywy i jakżeż nienawidziłem tych skrzypiec! Druga wojna światowa rozwiązała ten problem, nawet go nie zauważając.
   Podczas ewakuacji w Wotkinsku i Iżewsku nauczyłem się kopać kartofle, jeździć na oklep, pędząc konie do wodopoju, i walić w bęben w instytucji, która nazywała się “Dom Artystycznego Wychowania Dzieci”. Przez całą wojnę, dzięki dwóm wojennym edycjom, które dotarły wtedy na prowincję, pod postacią Toma Sawera towarzyszył mi Mark Twain: zaczytywałem się Księgą młodego zwiadowcy i książką Jak szybko nauczyć się prowadzić samochód. Jako zwiadowca chodziłem do lasu zbierać żurawinę i, nie mając kompasu, zgodnie z naukami wyniesionymi z pierwszej z tych książek, orientowałem się w przestrzeni dzięki mchowi porastającemu drzewa. Za samochód służyło mi przewrócone krzesło z doczepionym kółkiem od wózka dla niemowląt.
   Najlepiej pamiętam głód, marzenia o bochenku chleba, który miałbym cały tylko dla siebie. Pewne wydarzenia z tego okresu trafiły do powieści Wiza do przedwczoraj - opowieści o skrzypku z San Francisco. Nie należy jednak tej książki, traktującej o losach trzech pokoleń, uważać za autobiograficzną: uprościłoby to wizję świata przedstawionego w tym utworze i zdegradowało rolę fantazji - najważniejszego przecież elementu dzieła literackiego.
   Przez niemal dziesięć lat, naśladując Lermontowa, zapisywałem kolejne szkolne zeszyty równie szkolnymi wierszami. Dlaczego akurat jego, do dzisiaj nie rozumiem. Była jednak z tego jakaś korzyść, ponieważ gdy wydoroślałem, zabierałem te dzieła na wycieczki i biwaki - doskonale służyły do rozpalania ogniska z surowych pni.
   Do Moskwy wróciłem w 1945 roku. Dom był zbombardowany. Za łapówkę udało nam się zameldować w nieistniejącym mieszkaniu. Przez piętnaście lat koczowaliśmy w wynajmowanych kątach. Nosiłem połatane stare ubrania, przenicowane palto po babce, którego się strasznie wstydziłem - innego jednak nie było. Mimo to wszedłem w posiadanie własności prywatnej: była to przedwojenna niemiecka maszyna do pisania “Messerschmit” z dospawaną rosyjską czcionką. Oszczędzałem przez rok i kupiłem ją w komisie. Była zupełnie zdezelowana. Sam naprawiłem tę maszynę i nie rozstawałem się z nią przez pół życia.
   Z jakiegoś powodu lubiłem się uczyć i bardzo się do nauki przykładałem. Umiałem na pamięć całe rozdziały Gogola i połowę Oniegina, bez trudu poruszałem się w zawiłościach matematyki i fizyki. Angielskiego uczyłem się, słuchając audycji BBC, ledwie słyszalnych spoza terkotu stacji zagłuszających - kolega z klasy zmajstrował odbiornik krótkofalowy i słuchaliśmy całymi godzinami. Już po ukończeniu szkoły dowiedziałem się, że posadzili go za szpiegostwo: sąsiad ze wspólnego mieszkania, który okazał się kapusiem, poprosił, żeby zrobił mu takie radyjko do słuchania zagranicznych stacji. Kiedy miałem piętnaście lat, postanowiłem przeczytać wszystkich klasyków, szczególnie zachodnich. Czytałem jak oszalały, i to nie poszczególne powieści, ale całe dzieła zebrane, od pierwszego do ostatniego tomu.
   O dalekich wędrówkach nawet nie marzyłem, ale Jacka Londona zawsze miałem pod poduszką. Czyż mogło mi wówczas przyjść do głowy, że za czterdzieści lat będę w Północnej Kalifornii, gdzie przyjdzie mi spędzić, nieopodal jego domu i mogiły w Glen Ellen, znaczną część życia? Pamięć przechowała od dzieciństwa fragment z Jacka Londona: “Lepiej być popiołem niż prochem. Lepiej już, by moja iskra spłonęła w jednym błysku, niż żeby zgasiła ją szarość. Lepiej, bym okazał się meteorytem, który zabłyśnie nagłym światłem, niż wiecznie śpiącą planetą. Przeznaczeniem człowieka jest życie, a nie wegetacja. Nie będę tracić swoich dni tylko na to, by żyć dłużej. Wykorzystam dany mi czas”.
   W 1951 roku, kończąc szkołę, o mało co nie dostałem srebrnego medalu. Postawili mi jednak tróję z historii “za błędy w rozumieniu roli towarzysza Stalina w Wojnie Domowej”. Nie przyjęto mnie do dwóch moskiewskich uczelni, chociaż egzaminy wstępne zdałem na celujący. W trzeciej sympatyczny przewodniczący komisji rekrutacyjnej rzucił półgębkiem na korytarzu: “Nigdzie cię nie przyjmą, nie masz na co liczyć”. Od pewnego znajomego w Rydze dowiedziałem się, że na tamtejszej rusycystyce brakuje kandydatów. Pojechałem - i przyjęli mnie.
   Było to coś w rodzaju słodkiego więzienia. “Dobrowolny zesłaniec” - nikt nie nazwał tego lepiej od Puszkina. Byłem na zesłaniu dwukrotnie, jak on, i oba pobyty były bardzo produktywne. W Rydze, pozostającej wtedy pod sowiecką okupacją, ale wciąż jeszcze oddychającej Zachodem, zacząłem mówić po łotewsku. Wieczorami dorabiałem w teatrze dramatycznym, grając trzeciorzędne role - byłem po prostu statystą (napisałem kiedyś z życia wzięte opowiadanie o tamtych czasach). Zgromadziłem wtedy mnóstwo rzadkich książek. Grałem w siatkówkę w akademickiej reprezentacji Łotwy, brałem nawet udział w ogólnokrajowych zawodach w Moskwie. Napisałem pierwszą pracę literaturoznawczą zatytułowaną “Puszkin i Majakowski - historyczne paralele”. Ale najlepiej pamiętam, jak wraz z trzydziestoma kolegami mieszkałem w akademiku w piwnicy. O czwartej rano sąsiad wracał od ukochanej przez okno umieszczone tuż nad moją głową i deptał po mnie i po pościeli, zmierzając do swojego łóżka.
   Dzięki jednemu ze “stalinowskich sokołów”, byłemu sekretarzowi Związku Pisarzy i byłemu kierownikowi Wydziału Kultury KC, Dmitrijowi Polikarpowowi, udało mi się wrócić do Moskwy i dostać się na Wydział Historyczno-Filologiczny. Po śmierci wodza zdjęto go z tych wszystkich stanowisk, ale ponieważ należał do nomenklatury, zrobiono z niego dyrektora Instytutu Pedagogicznego, byłego Drugiego Uniwersytetu Moskiewskiego. Przyszedłem do niego podczas chłodnego lata 1953 roku prosto z ulicy. Siedziałem w kolejce, czekając na audiencję, napisałem stosowne podanie: że niby dwa lata uczę się w Rydze, a przecież jestem stąd, z Moskwy.
   Polikarpow, chłopisko dorodne i nieco prostackie, o tubalnym głosie, zajrzał do mojego podania.
   - Akademik niepotrzebny? W domu, razem z rodzinką, barszczyk lepiej smakuje…
   Nie wierzyłem własnym uszom: wracam do Moskwy! Odium nielojalności wlokące się za mną od czasów szkolnych, wobec przemian zachodzących w całym kraju, najwyraźniej już zwietrzało. A Polikarpow pogroził mi tylko palcem:
   - Ale po dyplomie wyślemy cię do roboty gdzieś na koniec świata…
   Podrapał się po karku i nagryzmolił na ukos na moim podaniu: “Przyjąć na trzeci rok”.
   Na roku trafiła mi się świetna ekipa: Wizbor, Kim, Kowyl, Riaszencew, Jakuszewa i wielu innych utalentowanych ludzi. No i się zaczęło: pieśni, wiersze, spektakle, na przemian z siatkówką i wyprawami w teren. Pewnego razu ten sam Polikarpow o mało co nie wygonił nas z Instytutu. Przyszedł kiedyś na któryś z naszych wieczorków i coś tam wydało mu się ideologicznie podejrzane.
   Na życie zarabiałem w Archiwum Rewolucji Październikowej. W wyziębionej cerkwi na Kadaszach wspinałem się po skrzypiących drewnianych schodach, wyszukując i donosząc archiwistom ciężkie teczki. Na schodach wiodących do cerkwi stała długa kolejka więźniów wypuszczonych z obozów - czekali na zaświadczenia o stażu pracy. Niektórych spośród nich poznałem bliżej i potem się z nimi zaprzyjaźniłem: pomagałem spisywać ich wspomnienia, które trafiały do samizdatu. Od tego czasu do dzisiaj męczy mnie poczucie winy wobec tych ludzi: oni siedzieli, a ja byłem na wolności, oni przecierpieli to wszystko za nas, za nasze wspólne grzechy.
   Pod protektoratem dorodnej puszkinistki Arusiak Gukasowej napisałem naiwną pracę dyplomową Cykl licealnych rocznic Puszkina (rękopis najpewniej trafił do kosza, jak wszystkie studenckie wypociny). Oczywiście, nie znałem ani nie rozumiałem Puszkina. A właściwie rozumiałem go tak, jak tego uczono i jak dało się to wyczytać w odfiltrowanej ideologicznie literaturze. Tylko jedno mnie wtedy zdumiało - i wkrótce dostałem za to w skórę na seminarium - dostrzegłem, że wiersze poety z roku na rok stają się coraz bardziej ponure. Trzeba przyznać, że czepiano się mnie nie bez racji: optymizm Puszkina musiał przecież stale rosnąć w siłę, a nie rozpuszczać się w pesymistycznych nastrojach. Wers “Nadchodzi październik…” traktowano wtedy jako zapowiedź rewolucji.
   Studiując Puszkina, można po prostu utonąć w stereotypach, ja chciałem jednak zachować własne oblicze. Musiały minąć całe dziesięciolecia, żebym wreszcie był w stanie powiedzieć w tej materii coś własnego. Moje książki o poecie wychodziły już wtedy na Zachodzie.
   Przydział pracy po zakończeniu studiów równał się w istocie kolejnemu zesłaniu, jeszcze bardziej ponuremu niż łotewskie. Nawet teraz, kiedy siedzę sobie tutaj, w Kalifornii, dokładnie pamiętam, co to znaczy “daleko od Moskwy”. Na kazachskiej pustyni spędziłem dwa lata (1955-1957) jak w średniowieczu, tyle że z koleją żelazną. Było to w na stacji Saksaulnej, niedaleko od Morza Aralskiego - dwadzieścia jednopiętrowych domków, auł z glinianych ziemianek i muzułmański cmentarz. Gardłujący tłum w chałatach handlował na maleńkiej stacji dyniami i nieświeżym wielbłądzim mięsem. Wszyscy miejscowi szefowie (stacji, milicji, stołówki) mieli po trzy żony - doprawdy nie wiem, kto tam ustanowił takie normy, bo przecież zgodnie z muzułmańskim prawem powinni mieć po cztery.
   W szkole dla pracującej młodzieży uczyli się ludzie w najróżniejszym wieku. Wszyscy pracowali na kolei: byli tam maszyniści, zwrotnicowi, mechanicy. Ponieważ brakowało nauczycieli, uczyłem wszystkiego poza chemią, a potem zostałem jeszcze zastępcą kierownika. Przez pewien czas kręcił się koło mnie powiatowy kagebowiec, opowiadał mi z dziwnym akcentem anegdoty, które sam poprzedniego dnia opowiadałem komu innemu. Wreszcie zwołano ogromne zebranie i wyrzucono mnie z komsomołu. Doszło do tego wszystkiego pewnie dlatego, że na miejsce przysłanego z zewnątrz człowieka chcieli wsadzić swojego, bo - jak podejrzewam - handlowali tam po cichu świadectwami dojrzałości. Pozostał mi tylko powrót do Moskwy. Praca nauczyciela spodobała mi się już wtedy i do dzisiaj dobrze się czuję, występując nawet przed dużym audytorium.
   Zachował się tylko jeden pięknie oprawiony egzemplarz wydanego w samizdacie tomiku moich wierszy Jedenaście stopni (Moskwa 1969): znalazły się tam też tłumaczenia z Szekspira, Shelleya, Blake’a, Rainisa, nad którymi pracowałem w długie wieczory, wsłuchując się w szum wiatru i wpatrując się w martwy, pokryty rzadkimi kępami roślin, ciągnący się do horyzontu step. Inne wiersze w tym zbiorku mówią o wydarzeniach z mojego życia w Kazachstanie, o burzach, gdy piasek chrzęści w zębach, mimo że nie wychodzi się na dwór, o wyspie trędowatych na Morzu Aralskim, o epidemii dżumy. Tylko jeden z tych wierszy, i to zupełnie przypadkiem, został później przedrukowany. Nie miałem najmniejszej ochoty, aby zamieścić cokolwiek z tego tomiku, gdy przyszło mi wybierać teksty do edycji dzieł zebranych.
   W Moskwie końca lat 50. moje życie nabrało rozpędu. Nabokov mawiał, że urodził się w bibliotece. Ja mogę o sobie powiedzieć, że w tamtych latach po prostu mieszkałem w bibliotekach. Bez własnego kąta, bez stałej pracy, trzy czwarte swojego czasu spędzałem w czytelniach. I jeszcze jeździłem od przyjaciół do przyjaciół, żeby dostać coś z samizdatu. Na dodatek nie jestem żadnym “dzieckiem XX Zjazdu”, jak gdzieś o sobie przeczytałem. Najpierw po prostu nie było mnie w Moskwie i o politykę mogłem się kłócić jedynie z wielbłądami. A i w ogóle sam ten zjazd był skretyniałym rezultatem przemian dojrzewających od dawna w chorym społeczeństwie.
   Jedno, co z biegiem lat nie traci wartości, niezależnie od liczby przeczytanych stron, co składa się na trwałą pamięć - rozmowy z ludźmi, sylwetki kobiet, kolor obłoków, zapach pleśni w archiwach - to doświadczenie. Do dwudziestego piątego roku życia udało mi się wypróbować z dziesięć zawodów: byłem aktorem w teatrze, pracownikiem archiwum, trenerem, nauczycielem, zastępcą kierownika szkoły. Potem przez sześć lat (1957-1963) naharowałem się (nie zagrzewając nigdzie miejsca) jako korektor, redaktor w wydawnictwach, pisałem rozprawę z historii pedagogiki, wędrowałem wysyłany przez różne wydawnictwa - od “Izwiestii” do gazetek w rodzaju “Robotnicy” czy “Rodziny i szkoły” - jako korespondent i fotograf niemal po całym Związku Radzieckim. W paskudnych pokojach hotelowych, do wtóru dochodzących zza ściany odgłosów popijawy, pisałem i przepisywałem opowiadania. Niczego nie publikowałem.

Zwój drugi,
czyli droga do herezji


   To stara tradycja, że pisarze spalają niezliczone ilości kalorii, zajmując się dziennikarstwem. Twain, Kipling, Chesterton, Bułhakow i tłumy innych — wszyscy oni wchodzili (albo wychodzili?) do literatury, tracąc wiele sił na błahe artykuliki-jednodniówki, na najróżniejsze głupoty, ale też nabierając na całe życie nawyku, by brać życie za rogi, a praktycznie rzecz biorąc, zdobywali umiejętności zawodowe i wyrabiali sobie pióro. Cokolwiek o tym mówić, dziennikarstwo uczy pisania zwartego, a przede wszystkim cięcia bez litości nie tylko cudzych tekstów, ale też własnych. Zdanie “pisać tak, żeby słowom było ciasno, a myśli miały dość przestrzeni” jest piękne, ale w dziennikarskim fachu nie można dawać myślom żadnego luzu. Reporter musi nieustannie przydeptywać gardło własnej pieśni. Przecież gazeta produkuje jednodniowe śmieci, które usiłuje wszystkimi możliwymi sposobami wbić do głowy czytelnikom. “Mam takie wrażenie — zauważył kiedyś Somerset Maugham — że wszystkie gazety pisze ten sam człowiek”. Powiedział to, mając na uwadze sytuację w Anglii, ale o ileż bardziej pasuje to do mojej ojczyzny!
   Z tym wiąże się jeszcze jedna cecha, jaką kształtuje się, pracując w gazecie: sceptycyzm albo, jak kto woli, cynizm. Oto ów drogocenny, uskładany w tej pracy kapitał! Lata dziennikarstwa, szczególnie te spędzone w redakcji “Moskiewskiego Komsomolca” (1963–1971), nie poszły na marne. Była to przecież szkoła, która dała mi doświadczenie życiowe i warsztat zawodowy, ale pisarstwo to coś zupełnie innego — wręcz przeciwnego: tam tańczy się do rytmu faktów, tutaj — przy akompaniamencie fantazji.
   Miałem trzydzieści pięć lat, kiedy dzięki niewiarygodnemu rozkładowi kart los w sierpniu 1968 roku wysłał mnie (któremu nigdy nie udało się trafić na Zachód dalej niż do Użgorodu) za granicę, i — co za zbieg okoliczności! — wypadło to w czasie, kiedy wojska radzieckie wkroczyły do Czechosłowacji. Na własne oczy widziałem, jak czołgami rozjechano praską wiosnę. Moje życie wewnętrzne weszło w tak ostry konflikt z zewnętrznym do tego stopnia, że nie byłbym w stanie wrócić do kraju, gdyby nie rodzina.
   Po powrocie nie byłem już w stanie robić tego, co robiłem dotąd. Patrzyłem na siebie z boku, oczami pisarzy, z którymi spotykałem się w Polsce, Austrii, Czechosłowacji, na Węgrzech. Z tych świeżych doświadczeń zrodziła się powieść Anioły na ostrzu igielnym — rzecz o dziennikarskiej kuchni, o breżniewowsko-antropowowskim strachu moskiewskiej wiosny, którą postanowiono stłamsić, o samizdacie, o tym, jak KGB, infiltrując partię, dąży do przejęcia władzy. W dusznej Moskwie pojawił się francuski dyplomata, markiz de Custine. Orężem tego człowieka, który przepowiedział losy imperium rosyjskiego, był ostry umysł i ostra szpada.
   Kawałek rękopisu Aniołów na ostrzu igielnym skonfiskowano w czasie rewizji u jednego z moich przyjaciół. Moje opowiadania trafiły do rąk bezpieki po kolejnej rewizji. Tymczasem jednak system tylko szczerzył zęby, ale nie kąsał.
   Życie, jeśli się nie zastanawiać nad istotą bytu i rosnąć jak trawa, było nawet dość znośne. Jeśli się natomiast zastanowić, to trzeba by uznać, że bycie pisarzem nie jest w takich okolicznościach najlepszym rozwiązaniem. Ale było już za późno, rozpocząłem pełną rozczarowań karierę radzieckiego literata. Zamknięty krąg: nie wolno, nie należy, nie pasuje, nie puszczą. Do teraz się dziwię, jak to się stało, że wyszedł tom moich opowiadań (“Młoda Gwardia”, 1971), i to na dodatek zatytułowany “Co to znaczy mieć pecha”. Puszkin w takim wieku napisał już wszystko i zakończył swój los na tej Ziemi. Okazało się, że ta moja książka co prawda się ukazała, ale na jej końcu nie znalazła się kropka, jak w przypadku wszystkich książek na świecie, tylko przecinek: w ostatnim momencie z ostatniego opowiadania cenzor wyrzucił chmurę zasłaniającą słońce.
   Powtórzę za Czechowem: nigdy nie miałem normalnego dzieciństwa. Zbudowałem je więc sobie, już jako dorosły człowiek, w tych opowiadaniach i satyrycznej powieści Wakacje po ludzku, która została wydrukowana w roku 1974, ale na skutek odgórnego nakazu cały nakład wysłano pod gilotynę. Teraz krytycy piszą czasami, że zaczynałem jako pisarz dla dzieci. A Twain, Karamzin, Dickens, Gorki, Fielding — to wszystko też pisarze dla dzieci? A przecież wszyscy oni, podobnie jak wielu, wielu innych, niejednokrotnie zwracali się do swoich najmłodszych lat. Dzieciństwo to temat co najmniej tak samo interesujący dla prozaika, jak mnóstwo innych — i tyle.
   Jeżeli mówić o literackich wpływach, jakim ulegałem, to nie był to ani Turgieniew, ani Tołstoj, ani Dostojewski, ani nawet autorzy Srebrnego Wieku, lecz — Chesterton, Flaubert, Maupassant, Zola, Merimée, Jules Rénard. Teraz już też zrozumiałem, że ogromne wrażenie zrobił na mnie Hoffmann. Zresztą nie tylko na mnie: na przykład Bieły i Bułhakow też zostali przez niego zupełnie zahipnotyzowani. Moi ulubieni myśliciele to Schopenhauer i La Rochefoucault. Ze starszych współczesnych uległem nie tyle Nabokowowi-prozaikowi, ile Nabokowowi-literaturoznawcy, spośród prozaików — Steinbeckowi i Maurois. Chociaż w wykazie książek opublikowanych przez moje londyńskie wydawnictwo Anioły na ostrzu igielnym, nie wiedzieć czemu, znalazły się w dość dziwnym towarzystwie: pomiędzy powieściami Agaty Christie, Kafką i wspomnieniami Salvatora Dalego. Radzieccy pisarze, z nielicznymi wyjątkami, uczyli mnie raczej, jak nie należy pisać, co też było, oczywiście, dość pożyteczne.
   O wiele ważniejsze okazało się nie to, że w roku 1971 zostałem przyjęty do Związ­ku Pisarzy, lecz fakt, że w 1977 mnie stamtąd wyrzucono. Nie zdążyłem się jesz­cze zatruć “jadowitym powietrzem Związku Pisarzy”, jak mawiał Jewgienij Szwarc. Najpierw, kiedy tylko tam trafiłem, wpadłem w jakieś wyjątkowo podejrzane towarzystwo. A kiedy mnie wypędzili, znalazłem się w całkiem niezłym szeregu wyrzutków: Pasternak, Siniawski, Sołżenicyn, Lidia Czukowska, Kopielew.
   W taki oto sposób stałem się wyrzutkiem literatury radzieckiej. Od początku pisałem do szuflady, chowałem wszystko i byłem pewien, że podczas mojego życia żaden z tych utworów nie doczeka druku. Kiedy w KGB podczas kolejnego przesłuchania oświadczyli mi, że jestem “byłym pisarzem” i że znalazłem się na czarnej liście, skończyłem już i wyekspediowałem na Zachód powieść Anioły na ostrzu igielnym. Wraz z przyjaciółmi byliśmy aktywnie zaangażowani w rozpowszechnianie samizdatu i tamizdatu, a nawet przez jakiś czas prowadziliśmy w Moskwie nielegalną bibliotekę rękopisów i fotokopii, które sam przygotowywałem. Pamiętam, jak Bułat Okudżawa prosił, żeby nie dawać mu więcej nielegalnych książek i skarżył się, że kiedy czyta coś takiego, to nie potrafi pisać nic swojego (akurat kończył wtedy książkę dla Wydawnictwa Literatury Politycznej).
   Wtedy także fotografowałem i wysyłałem za granicę rękopisy wielu pisarzy: trzeba było je ratować przed nieczystymi rękami władz. Lojalni autorzy pisali do legalnych wydawnictw, ja — do garażu. Miałem tam taką norę, gdzie trzymałem metalowy kanister pełen rękopisów. Dawałem je do czytania znajomym i w taki sposób trafiały do samizdatu. Jak była okazja, na Zachód wylatywały mikrofilmy. Do dzisiaj wiele z tych tekstów pozostało w rękopisach: bruliony, pomysły, wspomnienia, które powoli wykorzystuję i mam nadzieję, że do czegoś jeszcze się przydadzą. Niektóre fragmenty trafiają żywcem do nowych utworów.
   Nie było mi dane dopasować się do szablonu obowiązującego pisarzy radzieckich, chociaż na początku nie należałem przecież do aktywnych wrogów oficjalnej władzy. Związek Pisarzy w tamtych czasach to jedno wielkie literackie śmietnisko. Była to skorumpowana organizacja, w której nie tyle kultywowano obowiązującą ideologię, ile z jej pomocą przepychano swoich. Teraz partyjni sekretarze, jeśli jeszcze żyją, i wszyscy ich kolesie, skazani są na zapomnienie, ale wtedy byli w posiadaniu kontrolnego pakietu akcji i decydowali, kogo poza nimi samymi można wydać, a kogo skazać na hańbę milczenia. Zatykali usta wielu utalentowanym pisarzom, nie pozwalali, żeby wybitne książki ujrzały światło dzienne. Zaszczuty Bułhakow, który nie zdążył ukończyć najważniejszej książki swojego życia — to bynajmniej nie jedyny przykład ich działalności.
   Cierpliwość zawsze jednak ma swoje granice. Przywołam tu słowa jednego z dysydentów pierwszej połowy XIX wieku, filologa, filozofa i poety, profesora Uniwersytetu Moskiewskiego, Władimira Pieczorina, któremu udało się wyrwać na Zachód. Napisał list do Rosji, że postanowił nigdy nie wracać i nawet zwrócił pieniądze, które wyasygnowano mu na tę podróż. We wspomnieniach Usprawiedliwić własne życie Pieczorin uzasadnia swoją decyzję bardzo prosto: “Nie mogę być profesorem w Rosji, ponieważ tak naprawdę tam niepotrzebna nauka, tylko słowa, deklamacja, wciskanie kitu i posłuszeństwo wobec przełożonych”.
   W 1977 roku, po kolejnym przesłuchaniu na Łubiance, gdzie straszono mnie szpitalem psychiatrycznym i łagrami, pozostało we mnie tylko jedno pragnienie — wyjechać. Zdjęto już wtedy ze sceny moją komedię Zakochany nauczyciel, zakazano wystawienia sztuki Ojciec na godzinę. Na Litwie, w Łotwie, Estonii, na Ukrainie jeszcze przez jakiś czas drukowano moje opowiadania i nawet wyszły tłumaczenia kilku książek. Potem zakaz dotarł i tam. A na Zachodzie wydano moje wspomnienia Urodzony w kolejce, Wydalenie pisarza nr 8552, Potiomkinowska Olimpiada, wielokrotnie przedrukowywano opowiadania, czytano je w radiu.
   Mieszkałem i pisałem w latach 70. i 80. w Moskwie, a drukowałem w “Wa­shing­ton Post” i “New York Times”, w szwedzkim “Ekspressen”, po rosyjsku w gazecie “No­wy Amerykanin” u Dowłatowa, w nowojorskim piśmie “Wriemia i my”, w czaso­piś­mie “Dwadcat’ dwa”. Często nawet nie wiedziałem gdzie, bo teksty, wyekspediowane na Zachód, rozpełzały się po całym świecie. Jeździłem jeszcze potajemnie na Syberię, na Ural i na Krym, zbierałem materiały do niezależnego literackiego śledztwa Donosiciel nr 001, czyli wyniesienie Pawlika Morozowa. Praca ta zajęła mi trzy i pół roku. W 1983 roku książka ukazała się w samizdacie, a potem wydano ją w Londynie. Po trzech kolejnych latach zakończyłem następne literackie śledztwo Dobrowolny wygnaniec (pierwsza kronika z cyklu Więzień Rosji), którego celem było poszukiwanie ukrywanej dotąd prawdy, przynoszące nowe rozumienie życia i dzieła Puszkina.
   Władze mściły się niespiesznie. Kot bawił się z myszką. Ta gra trwała przez dziesięć lat. W duszy już dawno wyjechałem, ale fizycznie byłem niewolnikiem systemu, żyłem pozbawiony jakichkolwiek praw, środków do życia, jak trędowaty. Przez dziesięć lat ani tu, ani tam. Dziesięć lat zawieszony w pustce, dążący do niezależności, podejmujący próby wyrwania się z sieci, ucieczki spod klosza, z klatki; wolny duchem w sytuacji coraz większego zniewolenia i prześladowań ze strony najróżniejszych instancji.
   Zrozumiałe, że nie było żadnej szansy, żeby przemyśleć wówczas jakiś konsekwentny sposób postępowania. Mimo wszystko podczas tych dziesięciu lat zawieszenia między niebem a ziemią to i owo udało mi się zrobić. W Moskwie działał podziemny teatr DK (Drużnikow–Kramarow), dla którego napisałem sztukę Kto ostatni? Ja za panem i w którym graliśmy obaj z Sawielijem, tym nieszczęsnym wyrzutkiem radzieckiego kina. W tekście tej sztuki zawarłem oświadczenie określające moją sytuację w tym czasie: “Proszę o przeniesienie mnie z wewnętrznej emigracji do zewnętrznej”. Poza tym prowadziłem warsztaty literackie dla podziemnych pisarzy. Usiłowałem utworzyć niezależny Związek Pisarzy i prywatne wydawnictwo “Złoty Kogucik”. Publikowałem na Zachodzie listy otwarte. W końcu doprowadziłem do skandalu, organizując publiczną wystawę “Dziesięć lat wygnania pisarza z literatury radzieckiej” i głośną konferencję prasową dla zagranicznych dziennikarzy. Oczywiście, były to ukąszenia komara usiłującego przebić się przez skórę hipopotama, ale — jak w przypadku jakiejkolwiek działalności dysydenckiej — musiałem robić cokolwiek, bo milczenie było gorsze od śmierci.
   Właśnie taki sens ma napisany wówczas wiersz Łoże “Pragnienie” (naśladowanie Tennessee Williamsa). Był to rodzaj komentarza do słów napisanych przez Nabokova: “Bywają noce: ledwie zasnę — do Rosji płynie łoże moje”. Kończył się on tak:

                                             Ledwie zasypiam i już śnię cudownie —
                                             Z Rosji odpływa me łoże…
                                             A tu nad ranem znów stuka ktoś do mnie,
                                             Znów na Łubiankę mnie wiozą.

   Władze zachowywały się dokładnie tak samo, jak czeczeńscy terroryści: targowali się z Kongresem USA o wysokość okupu. We wrześniu 1987 roku osiemdziesięciu trzech amerykańskich kongresmenów podpisało list do Gorbaczowa, żądając, by wypuścił mnie z Rosji. Jeden z nich, Jerry Sikorsky, przyleciał do Moskwy i spotkał się z sowieckim prezydentem. Następnego ranka naczelnik biura paszportowego zadzwonił do mnie do domu i zaproponował mi wizę. Wyjechaliśmy z żoną i synem otoczeni wianuszkiem eskorty.
   W krytyce ciągle natykam się na absurdalną informację, że należę do pokolenia pisarzy lat 60. Jak gdybym wychował się razem z nimi, ale sobie na to miano nie zasłużył. A ja w tamtych czasach dopiero zaczynałem. W końcu lat 60. napisałem pierwsze mikropowieści, zacząłem pracę nad Aniołami na ostrzu igielnym. W latach 70. wydrukowałem stosunkowo niewiele. Moje książki wychodziły w Londynie i Nowym Jorku w latach 80. W Rosji zaczęto mnie wydawać dopiero po upadku systemu, i to dopiero od roku 1991. Do której dekady, do jakiego pokolenia można mnie więc zaliczyć?

Zwój trzeci,
czyli zimowa tęcza w Teksasie


   Widać wyraźnie, że spirala mojego życia w roku 1987 została przecięta na połowę. Tak naprawdę czekały mnie na Zachodzie powtórne narodziny. Kto nie opuścił ojczyzny, nie zrozumie tego. Emigranci natomiast bez żadnego komentarza pojmą całą złożoność takiej transplantacji i oswajania się w nowym środowisku. Samochód wjechał na autostradę, rozpędził się i pomknął w dal. W Wiedniu zaczęły się wywiady dla radia, telewizji, artykuły do gazet, korekta książki dla londyńskiego wydawnictwa, trzeba było podjąć decyzję, gdzie zamieszkać - w Niemczech czy w Ameryce.
    Miałem zaproszenie na trzy amerykańskie uniwersytety i kiedy wyjechaliśmy do Rzymu po wizy wjazdowe, wybraliśmy wraz z żoną jeden z nich - gorący jak patelnia Teksas i uniwersytet w Austin, w stolicy stanu. Mieszkają tam życzliwi i radośni ludzie. Był to prawdziwy raj, w którym jednak trzeba było dużo i ciężko pracować. Jeden cykl wykładów na katedrze literatury angielskiej i drugi na slawistyce. Napływały zaproszenia na wykłady w innych uniwersytetach, klubach pisarzy i w radiu. Uprzedzając wydarzenia, powiem, że w ciągu tych lat w Ameryce odwiedziłem z wystąpieniami trzydzieści miast - od San Francisco do Bostonu - i dotarłem do ponad dwudziestu krajów.
    W 1988 roku z Uniwersytetu w Teksasie przeniosłem się do Kalifornii, na uniwersytet w niewielkim miasteczku Davis, niedaleko od stolicy stanu, Sacramento. Tak jakoś wyszło, że właśnie Davis stało się moim domem na Zachodzie, moim miejscem pracy albo, jak kto woli, moją drugą ojczyzną. I właściwie nie ma już szans, żeby pojawiła się jakaś trzecia.
    Tak zwanej jawności życia w Rosji w ciągu pierwszych lat zupełnie nie potrafiłem zaakceptować. Niby wszystko zostało już wydawane, a moich przyjaciół ciągle wzywano na przesłuchania, ustalając, jakie utrzymują kontakty ze zdrajcą ojczyzny. Donosiciela numer 001 po raz pierwszy wydrukowali wydawcy w Polsce, w Łotwie i Estonii. Warszawskie półlegalne wydawnictwo “Zebra” opublikowało tę książkę po polsku i wydawca - z braku twardej waluty - zaproponował mi zamiast honorarium rosyjskie książki, które straciły wtedy w Polsce dawną popularność. Przez pół roku przychodziły paczki pełne klasyków, dzięki czemu udało się odtworzyć moją zrujnowaną bibliotekę.
    Dużo wtedy pracowałem dla radia “Swoboda”, “Głos Ameryki”, BBC. Latem, mieszkając w Nowym Jorku, nagrałem w radiu całego Donosiciela numer 001, rozdział po rozdziale. W Związku Radzieckim rozgorzał skandal. Gazety obrzucały mnie błotem za to, że jako pierwszy powiedziałem prawdę o świętym pionierze Pawliku Morozowie, który tak naprawdę nigdy nie był pionierem i który zginął z rąk czekistów. W Moskwie utworzono specjalną komisję, aby obalić fakty ujawnione w książce (1989-1990). W prasie pisano, że podadzą mnie do sądu za zbezczeszczenie pamięci bohatera narodowego, jednak ideologiczny kolos ledwie się już trzymał na glinianych nogach.
    Powieść Anioły na ostrzu igielnym usiłowano wydać w Związku Radzieckim w okresie piereistrojki kilkakrotnie, zawsze jednak ktoś umiejętnie naciskał na hamulec. Utkwiłem tam na ich czarnych listach, pozostając w roli persona non grata. W lipcu 1991 roku, jak gdyby przeczuwając sierpniowy pucz, usiłowałem polecieć do Moskwy. Długo przeciągano formalności związane z wydaniem wizy wjazdowej, aż w końcu dostałem odmowę. Tak oto po raz drugi stałem się ofiarą działania rosyjskich władz. Za to zaraz po tej aferze powieść Anioły na ostrzu igielnym została wydana w masowym nakładzie przez moskiewskie wydawnictwo “Kultura”.
    Eseje, które pisałem w Teksasie dla różnych gazet i czasopism, a także drobne teksty dla monachijskiej redakcji radia “Swoboda” również zostały wydrukowane. Potem, wraz z opowiadaniami, wierszami i parodiami złożyły się one na książkę Urodzony w kolejce - był to zbiór w miarę poważnych, ale i zabawnych refleksji o życiu pewnego pisarza żyjącego w dwóch krajach, rozdzielonych przez dwa oceany.
    Co najmniej trzech lat potrzeba było na to, by rosyjski literat poczuł się pełnoprawnym obywatelem Ameryki. Spełniło się wszystko: wolność poglądów, realizacja planów, kolejne wydania książek, które zaczęły wychodzić także w nowej Rosji, wystąpienia na całym świecie. Po angielsku słowo writer (pisarz) oznacza człowieka, który pisze cokolwiek, ale o pisarzu, który wydaje książki, mówi się author (autor). Moim mottem z tego okresu były słowa Tomasza Manna, który przebywając na emigracji, mieszkał tu niedaleko, w Kaliforni: “Wo ich bin, ist der deutsche Geist” (Gdzie jestem ja, tam jest niemiecka kultura). Tyle że zamiast o “niemieckiej”, mówiłem o kulturze rosyjskiej.
    W roku 1992, odgrzebując dawne doświadczenia, znowu zostałem aktorem: zagrałem w amerykańskim filmie zatytułowanym Prisoner of Time (Więzień czasu) w reżyserii Marka Levinsena; była to rola emigracyjnego pisarza rosyjskiego, Daniela. To dość śmieszny film o smutnym losie rosyjskiej inteligencji, która emigrowała do USA. Wysłano go na festiwal do Moskwy, jednak nie dostał tam żadnej nagrody.

Zwój czwarty,
czyli postawa dysydencka jako istota literatury


    Po ucieczce z Moskwy trafiłem tam po raz pierwszy dopiero w marcu 1993 roku. Pisałem wówczas i mówiłem w audycjach radiowych o tym, że mit o tragedii pisarza rosyjskiego na emigracji został wyssany z palca przez patriotów. Emigracja i długotrwały pobyt za granicą są dla pisarza zazwyczaj korzystne, a dla mnie były wręcz niezbędne, gdyż gwarantowały niezależność od układów i koterii, dały szanse na niezawisłość ocen i poglądów, czyli w ostatecznym rozrachunku wpłynęły korzystnie na literaturę. Tiutczew, Gogol, Turgieniew, Dostojewski, Bunin, Zamiatin, Nabokov i wielu innych - wszyscy oni na emigracji ogromnie dużo zrobili dla ojczyzny. Przykład klasyków jest bardzo pouczający.
    Moje powieści o Puszkinie, wszystkie trzy kroniki z cyklu Więzień Rosji, które pisałem z przerwami przez dwadzieścia lat, wyszły najpierw w Ameryce. Po raz pierwszy w historii puszkinistyki całe życie wielkiego rosyjskiego poety postrzegane jest w tej trylogii jak życie człowieka, któremu wciąż wszystkiego się zabrania. Jest to przykład odwiecznej rosyjskiej niewoli. Puszkin nie zrealizował do końca swoich możliwości i wcześnie zginął (według mnie, było to samobójstwo) właśnie dlatego, że przez całe życie trzymano go na łańcuchu, nie pozwalając nawet zobaczyć Europy.
    Chociaż Więzień Rosji został już wydany w mojej ojczyźnie, chociaż mamy już za sobą wszystkie te przemiany świadomości, to nadal autora tej trylogii prawowierni krytycy gotowi zadziobać żywcem. Oskarża się mnie o to, że podważam ostatnie rosyjskie świętości, jedyną wartość, która nie legła jeszcze w gruzach. W Ameryce gatunek, w jakim utrzymana jest ta książka, staje się coraz bardziej popularny. Nazywa się go “biografią psychologiczną”. W Więźniu Rosji poziom historycznej wiarygodności utrzymany jest na poziomie naukowego literaturoznawstwa, natomiast styl zbliżony jest do powieści historycznej. Zajmowałem się Puszkinem przez pół wieku i twierdzę, że mój Puszkin jest prawdziwszy i bliższy historycznej prawdzie niż ów poeta-idol wykreowany na życzenie władz.
    Głęboki sens miało dla mnie badanie tych wyssanych z palca, tworzonych przez półtora wieku mitów nie tylko o samym wielkim poecie, ale i o jego żonie, niani, o wszystkich, których kochał i nienawidził, i o innych rosyjskich pisarzach. W ten sposób powstały dwie polemiczne książki: Rosyjskie mity (1995) i Pojedynek z puszkinistami (2002). Niewybredne agresywne recenzje etatowych rosyjskich puszkinoznawców i bliskich im krytyków, którzy ujawnili jednostronność swoich poglądów w silnie zideologizowanych wystąpieniach, nie mają doprawdy żadnego znaczenia. O wiele ciekawsze jest to, że teraz wypisują oni najróżniejsze myśli i spostrzeżenia z moich książek i podają je za własne - to prawdziwy postęp w rosyjskiej puszkinistyce.
    Miałem szczęście, że byłem sowieckim nieudacznikiem. Uwolniło mnie to od konformizmu, od ulegania cudzym poglądom, od korporacyjnego ducha moskiewskich literackich koterii. I właśnie Kalifornia stała się miejscem realizacji moich dawnych i nowych planów.
    Nowy gatunek, który nazwałem mikropowieścią, z trudem torował sobie drogę. W Rosji redaktorzy w gazetach zmieniali tę nazwę na “opowiadanie”, chociaż w Ameryce, i później też w Rosji, wydałem kilkanaście zbiorów mikropowieści. Polscy krytycy także znaleźli pewne cechy mikropowieści w moich literaturoznawczych esejach. Dostrzegli oni, że występuje w nich wyraźna linia fabularna, aforystyczność, pewna doza humoru i satyryczna ocena świata, tak samo jak w prozie. To miło, że nie jestem teraz sam: gatunek mikropowieści zaczęli uprawiać także inni autorzy.
    W rosyjskiej literaturze końca XVII wieku, kiedy to język polski był na Rusi popularny niemal jak ojczysty, używano słowa “facecja” - zapożyczonego z łaciny. Facecja to krótkie śmieszne opowiadanie. Zrodziła ona rosyjski ekwiwalent, który nazwano “rozśmieszającą opowieścią”. Nie śmieszną, tylko rozśmieszającą - to zasadnicza różnica! Słowo “opowieść” nie powinno odstraszać swym późniejszym znaczeniem. Nazywano tak wówczas wszystkie teksty literackie. Niektóre spośród moich mikropowieści są w pewnym sensie takimi właśnie rozśmieszającymi opowieściami.
    Słowo “facecja” brzmi znakomicie. Ale wielka proza pozbawiona satyry, kpiny, drwiny, ironii, humoru - i nieważne, czy amerykańska, czy rosyjska - wywołuje dzisiaj jedynie objawy znudzenia. Satyryczny sposób opowiadania, groteska, “rozśmieszająca opowieść” - to cechy mojej opowieści o Ameryce, Amerykanach, Meksykanach i rosyjskich emigrantach. Skończyłem ją w 2002 roku. Nosi tytuł Superkobieta.
    Teoretycy literatury, pochylając się nad zagadnieniami współczesnej powieści (nie biorę tu pod uwagę modnych bredni o jej rozkładzie albo nawet upadku), używają najróżniejszych określeń. Natknąłem się na przykład na sformułowanie, że “wszystko jest powieścią”. Takie podejście budzi moje wątpliwości - zbyt wiele usiłuje ogarnąć. W każdym razie dla mnie powieść to nie jakieś amorficzne ciało, tylko - nawet kiedy jeszcze nad nią pracuję - skończona i przemyślana konstrukcja.
    Myśląc nad nowym konceptem, tworzę “hipertekst” (system węzłów z podtekstami) - jest to rodzaj pewnej hiperbolicznej geometrycznej konstrukcji. Wizualnie można by ją przedstawić w postaci spirali Möbiusa - jest to wstęga, której końce, po skręceniu jej o pół obrotu, zostają złączone. Zawsze wraca ona do swego początku, tyle że, idąc po jednej stronie wstęgi, nieuchronnie trafia się na przeciwległą. Jeśli taką wstęgę rozciąć wzdłuż, nie dzieli się ona na dwie cieńsze, tylko jej długość zwiększa się dwukrotnie i na dodatek okazuje się, że została poddana dodatkowemu obrotowi, czyli że cała historia staje się jeszcze bardziej skomplikowana.
    Mówiąc metaforycznie, moja powieść w trakcie powstawania to długotrwałe poruszanie się po takiej hiperbolicznej wstędze, zmierzające do miejsca jej styku z przeciwną stroną: akapit za akapitem, rozdział za rozdziałem. Załóżmy, że powieść ma 220 stron. Rozmiar jednej strony wynosi około 16 centymetrów, czyli że długość powieści wynosi około 35 zapisanych metrów w kształcie wstęgi Möbiusa. To oczywiście jedynie żartobliwy obraz procesu powstawania powieści.
    Sam tekst zależy od rozmiarów talentu włożonej w utwór pracy i szczęścia. Wstęga Möbiusa to droga fabuły, określająca elementy zaskoczenia i kształtowania się charakterów, powracających w nieprzewidywalny sposób do swoich początków. Na pewnym etapie autor wywraca początkowy zamysł na nice, jednak ostatecznie, wykonując przedziwne salto mortale, całość powraca do swojego początku. Jeśli oczywiście nie rozleci się gdzieś po drodze. Mój “möbiusizm” jako nowe podejście do twórczości literackiej przeciwstawia się rozmytej, bezzdarzeniowej prozie postmodernizmu. I w tym sensie ta autobiografia stanowi skręconą na modłę Möbiusa wstęgę, ja zaś jestem, jak z tego wynika, möbiusistą.
    Sam jednak powiedziałem, że w określonym wieku pisarz powinien widzieć nad sobą sufit i dostrzegać ograniczające jego przestrzeń ściany. Ukształtowałem się późno i myślę, że to dobrze, ponieważ proza wymaga, oprócz samopoświęcenia, także doświadczenia życiowego. Posiadam aż trzy takie życiowe doświadczenia: sowieckie, antysowieckie i amerykańskie - wszystkie one w doskonałej niemal harmonii współżyją we mnie. Ale gdzieś w połowie lat 90. mój nieodłączny sceptycyzm, przekształcający się w cynizm, zaczął dawać o sobie znać - na co naprawdę nie miałem żadnego wpływu - także w Nowym Świecie, tym razem już na amerykańskim materiale.
    Przejawia się on w ostrym krytycyzmie - niezależnie od wszelkich satysfakcji, jakie daje wolność w najbardziej demokratycznym kraju świata, a może właśnie dlatego. Polega to na poszukiwaniu słabych punktów systemu, lukach przyjętych sposobach rozumienia ogólnoludzkich wartości albo, jak kto woli, w genetycznej odmienności sposobu myślenia, manifestującej się teraz w analizie amerykańskiego kontynentu i w ogóle świata Zachodu, na globalnej satyrze i grotesce, na facecji. Dodam tylko, że drugi wybuch postawy dysydenckiej przebiega u mnie jak druga ciąża, lżej i spokojniej - doświadczenie na coś się jednak przydaje.
    Ktoś wiedzie mnie po spirali życia, choćby i niezbyt prostą drogą. Jedna z moich znajomych poetek napisała “Zbłąkałam się między pokoleniami”. Ja też o mało co się nie zgubiłem, potem się jednak jakoś odnalazłem. Nikt jednak mnie nie zabił, choć mogło się to zdarzyć wiele razy. Jako niemowlę tonąłem, ale mnie odratowali. Jako wyrostek wpadłem pod tramwaj, ale obie nogi mam na swoim miejscu. Nie uległem żadnemu poważnemu wypadkowi samochodowemu, chociaż byłem na granicy śmierci kilkakrotnie, w kilku różnych krajach. Płonął samolot, którym leciałem, jednak udało mu się wylądować. Przez dziesięć lat codziennie podejmowałem ryzyko, że mnie posadzą albo nasze ofiarne służby specjalne wykończą mnie stłuczoną butelką na klatce schodowej. Jednak ocalałem i udało mi się wyjechać. Co pozwoliło mi, mimo wszelkich przeciwności, przeżyć życie, zrealizować siebie? Bóg? Los? Przypadek?
    Po angielskim wydaniu powieści Anioły na ostrzu igielnym w Londynie zaproszono mnie na wieczór autorski w miasteczku Davis w Kalifornii, gdzie mieszkam. Opowiadałem o Rosji, o wydarzeniach poprzedzających powieść, o zygzakach mojego losu. Najwyraźniej ta opowieść była bardzo emocjonalna - chociaż od napisania powieści minęło już ponad ćwierć wieku, ówczesne przeżycia tkwiły jednak we mnie głęboko. Po spotkaniu, jak zwykle w takich przypadkach, okrążyło mnie kilkanaście osób, które chciały jeszcze zapytać o to i owo. Wśród nich była młoda ciężarna kobieta - jak się okazało, wnuczka rosyjskiej emigrantki. Jej ojciec, Czech, podczas Praskiej Wiosny rzucił się ratować ojczyznę i zginął rozjechany przez sowiecki czołg. “Daliśmy synowi na imię Jarosław na cześć zabitego dziadka” - powiedziała i pochwaliła się, że przeczytała Anioły… dwukrotnie: po rosyjsku i po angielsku. Pytała mnie o różne szczegóły, rozmawialiśmy nawet trochę o jakości przekładu.
    Chyba z miesiąc później dostałem od niej kartkę. Pisała, że jest już po porodzie i że wraz z mężem postanowili ochrzcić córkę moim imieniem. Była to dla mnie najwyższa nagroda literacka, jaką może zostać uhonorowany pisarz: w Ameryce mieszka teraz dziewczynka o imieniu Jurij.
    Urodziłem się pod znakiem Barana. Według kalendarza astrologicznego ten pierwszy spośród znaków Zodiaku walczy o sprawiedliwość, wspiera gorące uczucia, a także symbolizuje rezygnację ze starych tradycji i poszukiwanie nowych dróg. Księżyc w znaku Barana budzi dążenia twórcze, jednak 17 kwietnia kwadrat Słońca do Neptuna powoduje napady samozachwytu, nieuzasadnione nadzieje i rozczarowania.
    Astrolodzy mawiają, że Barany to idealiści, którzy usiłują jednak wnieść iskrę rozumu do własnego życia. Jeśli wierzyć Kartezjuszowi, powinienem był kontrolować swój własny los (nie jestem przekonany, że mi się to udawało). Barany rozumieją poezję i poddają się działaniom wychowawczym. Asteroid Ceres w moim horoskopie, największa spośród niewielkich planet, skłania do niezależnego stylu działania, nieposłuszeństwa, herezji. W pewnym astrologicznym kalendarzu przeczytałem: “Księżyc w znaku Barana gwarantuje posiadanie poczucia humoru, co może skłaniać ku satyrze”. Nie będę komentował tych wszystkich informacji.
    W okresie radzieckim nie udało mi się wiele opublikować, wszystko zaś, co w tym czasie wyszło, było poprzekręcane, pocięte, okaleczone przez redaktorów i cenzorów. Dlatego żadnych tekstów, które ujrzały światło dzienne w tamtych czasach pod moim nazwiskiem, nie mogę uznać za swoje i kategorycznie sprzeciwiam się ich przedrukowywaniu. Niejednokrotnie pisałem o tym, że nie redaktorzy czy literaturoznawcy, a tylko autor ma prawo decydować o tym, co ujrzy światło dzienne. Nawet teksty, które ukazały się po likwidacji cenzury, były w druku zupełnie absurdalnie przerabiane.
    Publikacja, wszystko jedno, czy w druku, czy w internecie, to coś tymczasowego, zaznajamiającego czytelnika z utworem. Absolutną wartość ma tylko ostatni autorski manuskrypt. Nigdy nie przerywam pracy nad swoimi utworami, poprawiam błędy, uściślając, cyzelując teksty z wydania na wydanie. Tak naprawdę utwory gotowe do nowej publikacji znajdują się w plikach zapamiętanych na dyskach moich domowych komputerów.
    Prawdziwą literaturę pisze się dla przyjemności pisania, nie dla kogokolwiek, tylko wyłącznie dla siebie samego. Ta myśl została wykreślona z mojego wywiadu dla tygodnika “Litieraturnaja Gazieta” już w nowych czasach. A tymczasem nawoływanie do służebności pisarzy wobec państwa (a w tego rodzaju sformułowaniach zazwyczaj zastępuje się władzę “ojczyzną” albo “narodem”) była jedną z najbardziej fałszywych i szkodliwych idei, która doprowadziła do klęski całej sowieckiej literatury. Bliska jest mi myśl Renarda zapisana w jego dzienniku: “Moje książki to rodzaj listów do siebie samego, które pozwalam czytać innym”. Co to znaczy “dla siebie”? Przytoczę jeszcze cytat z Tomasa Manna: “Wydaje się nam, że wyrażamy jedynie siebie, mówimy tylko o sobie, a tu nagle okazuje się, że na skutek głębokiej więzi, instynktownej wspólnoty z otoczeniem, tworzymy coś ponadindywidualnego. Właśnie to coś ponadindywidualnego jest największą wartością naszej twórczości”.
    Prawie nigdy nie mówię o swoich pomysłach, choć tak lubią o to pytać czytelnicy. Kiedy zaczynam opowiadać o nienapisanych jeszcze rzeczach, powstaje coś w rodzaju improwizacji, sens ulatuje, pisanie traci dla mnie atrakcyjność, jak gdybym już to kiedyś napisał. Autor jest kimś w rodzaju aktora, tyle że gra na raz kilka, czasami wiele, ról swoich bohaterów, a powieść jest w tym sensie sceną, teatrem jednego aktora, tyle że spektakl idzie przy spuszczonej kurtynie, a na widowni nie ma zupełnie nikogo. Za to kiedy książka jest już napisana i wydana, spektakl trafia do domu czytelnika, gdzie zawsze odgrywany jest przez autora dla jednego widza. I tak samo jak istnieje magia sceny, istnieje także magia czytania.
    Piszę powoli, zdarza się, że nawet z rocznymi przerwami. Powieść może się dla mnie zacząć od niewielkiego opowiadania, które krok po kroku narasta jak kula śniegowa: z dnia na dzień dochodzi jakiś rozdział, akapit, zdanie czy choćby tylko jedno słowo. Powoli dwadzieścia stron rozrasta się do dwustu. Nadchodzi jednak moment, kiedy nie ma już nic do dodania, albo cokolwiek, co się dopisze, staje się zbędne. Od razu to wykreślam. To koniec i można się brać, jak to mówią Amerykanie, za kolejny projekt.
    “Mam takie uczucie - powiedział kiedyś jeden z moich przyjaciół - że żyję jak w brudnopisie, jak gdybym liczył, że potem nadejdzie drugie życie. I że wtedy poprawię wszystkie głupstwa z brudnopisu i będę żył na czysto”. Interesujące podejście. Ja jednak nie żywię takiej nadziei. Dążę do tego, by zrobić, co się da, już teraz. Grzechy młodości, głupie i lekkomyślne postępki usiłuję zrekompensować, kiedy tylko się da. Nie było bowiem precedensu, żeby ktokolwiek dostał życie na zapas.

    Przełożył Piotr Fast

PoczątekW górę

© Teksty: Jurij Drużnikow. Fotografia: Eugeniusz Szustow.