|
Biletów na poranny
lot oczywiście w kasie na lotnisku nie było. Jednak dla
starannie ogolonego, zadbanego obywatela, ubranego wyłącznie
w importowane rzeczy, posiadającego amerykański paszport, a
przede wszystkim za podwójną cenę w twardej walucie
bilecik się przypadkowo znalazł. I już wkrótce
Oleg, zmierzając ku wejściu do samolotu, przekroczył
magnetyczną pułapkę w Bykowie. Jeśli wszystko
pójdzie jak należy, czeka go niespełna godzina lotu
i będzie miał na miejscu kilka godzin dla siebie.
Drzemiąc w nieco przyciasnym
dla jego rozrastającego się ciała i dygocącym
samolocie, Niemiec policzył, ile to czasu nie był w rodzinnym
mieście. Wyszło, że niemal pół wieku.
Z perspektywy historii ludzkości jego podróż
nie miała żadnego istotnego znaczenia, jednak historia
nie toczy się sama przez się. Przepływa obok albo
wciąga nas w swoje wiry. Wygrzebujemy się, obsychamy na
słoneczku i wydaje się, że historia znów przepływa
gdzieś obok nas. Potrafi wszak biec niezależnie od nas,
jednak my nie umiemy żyć bez niej. Podobne filozoficzne
bzdury przychodzą do głowy jedynie, kiedy człowiek
siedzi bezczynnie w samolocie. Ale też nie był to
zwykły dzień — aż pęczniał od przeczuć.
Samolot wylądował
w prawdziwym piekle. Nie wychodząc z przysadzistego budynku
prowincjonalnego dworca lotniczego, Niemiec przewiesił przez
ramię torbę i płaszcz i ustawił się w środku
kolejki do pobliskiej kasy. Protestującemu staruszkowi dał
dolara i objawy gniewu zastąpiły wyrazy miłości.
Oleg kupił za trzy paczki rosyjskich banknotów powrotny
bilet na wieczorny lot do Moskwy. Jak na razie miał szczęście.
Żeby już za jednym zamachem odciąć się
od przyziemnych kłopotów, w szklanej ruderze naprzeciwko
dworca wziął dwie porcje okropnych pierożków,
przypominających gotowane myszy. Jednak nie był w stanie
tego zjeść — oddał je biednej kobiecie, która
zręcznym ruchem przelała zawartość talerza do
foliowego woreczka.
Niemiec wziął
taksówkę, po pół godzinie znalazł się
w centrum miasta i ruszył, podporządkowując się
wewnętrznemu kompasowi.
Nie poznawał niczego, ale
i tak dotarł do starego żeliwnego mostu, nikogo nie pytając
o drogę. Zwolnił kroku. Gruba krata z plamami olejnej
farby nabrzmiewała rdzą. O tutaj, za zakrętem powinien
być stragan, nieco dalej — kobieta w białym fartuchu,
a przed nią niewielka lada pełna różnokolorowych
poduszeczek po trzy kopiejki sztuka. Niemcowie, ojciec i syn, wybierają
się na spacer. Syn trzęsie się na dwukołowym
rowerku, jadąc po nierównym bruku. Koło straganu
opiera rowerek o kratę. Ojciec bierze kufel piwa, a za resztę
syn kupuje u straganiarki poduszeczki. Ssie je starannie, żeby
jak najdłużej nie popękały. Bo jak tylko wyciekną
powidła, to już koniec cukierka.
Oleg poczuł w ustach kwaskowaty
smak tych powideł, jednak skręcając na rogu, nie
dostrzegł ani piwiarni, ani handlarki przy straganie: stały
tutaj przed wojną. Zamiast bruku na wszystkich ulicach był
asfalt i asfalt ten już dawno zdążył się
pokryć żmijkami pęknięć i szczelin.
Niemiec przyspieszył kroku. To już blisko.
Mieszkali w wąskim, krzywym
zaułku koło cerkwi św. Andrieja. Cerkiew była
niemal całkiem zrujnowana, spod tynku wyłaziły czerwone
cegły, a na dzwonnicy, pod samą kopułą, wystawały
żelazne belki. Dzwony zostały zdjęte na rozkaz ministra
przemysłu ciężkiego, Sergo Ordżonikidze. Cebulki
kopuł już dawno były nagie — wiatr zerwał
z nich pokrycie. Krzyże stały jakby ze wstydu pochylały
ramiona — może w taki sposób mogły się lepiej
przyglądać krzywemu zaułkowi.
Oleg wraz z przyjaciółmi
codziennie wystawał koło zakratowanych okien cerkwi.
Wewnątrz, w boksach podzielonych niskimi ściankami ze
sklejki, pracowali rzeźbiarze i robotnicy odlewający z
gipsu gotowe figury. W oknach, widoczne przez kwadraty krat, kusząco
prezentowały się niedokończone pomniki wodzów —
pozbawione rąk torsy i popiersia. Lenin trzymał na
uniesionej w górę dłoni własną głowę,
jak gdyby zdjął ją, żeby odpocząć od
ciążących mu myśli na temat losów
ludzkości.
Jednak chłopcy kłębili
się pod tym oknami nie z powodu Lenina. Najbardziej ekscytującym
widowiskiem był proces tworzenia rzeźb tkaczek i kołchoźnic,
przodownic pracy. Obok pomnika stała na podwyższeniu po
pięćdziesiąt kopiejek za godzinę cycata modelka,
w odróżnieniu od powstających rzeźb zupełnie
pozbawiona odzieży. Widzowie za oknem, przepychając się
w walce o lepsze miejsce, głośno komentowali owo fascynujące
widowisko.
Modelka zazwyczaj nie zwracała
na tę smarkaterię uwagi i plotkowała z którymś
z rzeźbiarzy, a czasami chowała się z nim za
zasłoną i tam zajmowała się zupełnie inną
sztuką, o której Oleg posiadał wówczas nad
wyraz mętne wyobrażenie. Niekiedy rzeźbiarze wpuszczali
któregoś ze starszych chłopaków do środka.
Taki szczęściarz miesił glinę albo tachał
wodę z hydrantu na ulicy, starając się przejść
jak najbliżej modelki, a jak się poszczęści,
to i zawadzić ją łokciem. Zaczynała wtedy chichotać
i karciła takiego surowo:
— No cóżeś
tak japę rozdziawił? Nie uczyli was w szkole anatomii, czy
co?
W domu, w którym mieszkali
Oleg i Luśka, tynk pokrywały rdzawe zacieki od deszczu,
jednak ściany były solidne. W zeszłym stuleciu zdarzały
się tu często pożary. Wokół zostawały
potem same zgliszcza, ale ten dom zawsze wychodził z takich
kataklizmów cało. Pamiętał jeszcze Napoleona.
Do mieszkania prowadził
szeroki ganek, zbudowany z przegniwających desek, kryty rzeźbionym
w drewnie daszkiem. Luśka, malutki Oleg i kot siedzieli na
wytartych stopniach i wszyscy aż mruczeli, wygrzewając
się na słońcu. W poszarpanych drzwiach była
wycięta szpara. Nad nią widniał wymalowany przez
ojca olejną farbą napis: „Mieszk. nr 1”. Do
tej szczeliny listonosz wciskał gazety, które wpadały
do niewielkiego przedpokoju. Wiszący nad otworem dzwonek, gdy
się go zakręciło, wesoło podzwaniał.
Pokój upiększał
stary kaflowy piec, w którym paliło się od strony
korytarza. Koło okna, zakrywając parapet, stał tapczan.
Spali tam ojciec i matka. Pod drugą ścianą wciśnięte
były dwa łóżka — Luśki i Olega.
Tuż obok stała rozchwiana etażerka z drewnianą
skrzynką, z której niosła się ochrypła
muzyka. Kiedy przychodzili goście, ojciec chwalił się,
jakich to odległych stacji nie odbiera ich radio — czasami
nawet słychać Leningrad.
Najbardziej na świecie
Oleg lubił gości. Jak to było możliwe, że
mieściły się u nich takie tłumy ludzi? Ojciec był
najweselszym człowiekiem nawet w najbardziej rozbrykanym
towarzystwie. Pokpiwał sobie ze wszystkich i z siebie samego,
śpiewał arie operowe i tańczył walca z dziećmi
na rękach. Kiedy przestawał się śmiać,
stawał się ponury i mówił, jak gdyby się
usprawiedliwiając:
— Bardzo śmieszne!
Oleg czasami nie rozumiał
jego żartów i wydawało mu się, że ojciec
obraża matkę. Ona jednak dźwięcznie klepała
go po plecach i śmiała się głośno.
Ojciec pracował jako retuszer.
Narzędzia, którymi operował, to cieniutki pędzelek,
mleczne szkło pomalowane tuszem i lupa. Przynosił z wydawnictwa
całe paczki zdjęć. Oleg wycinał sobie potem
z wybrakowanych fotografii ludzi, którzy mu się podobali.
Pewnego wieczoru rozległ
się dzwonek do drzwi. Weszli dwaj w mundurach NKWD. Ojciec
zrobił się biały jak kreda, a matka przycisnęła
ręce do szyi.
— Obywatel Niemiec?
Wejdźmy do pokoju — powiedział jeden z nich. —
A wy, obywatelko Niemiec, weźcie dzieci i idźcie
pospacerować.
— To znaczy —
jak? — nie zrozumiała matka.
— Nie rozumie pani
po rosyjsku? Proszę wyjść z domu!
Matka rozpaczliwie
zaszlochała, ubrała dzieci i wyprowadziła je na dwór.
Było oczywiste, że przyszli po ojca. Był rok
trzydziesty siódmy. Jednak po półtorej godzinie
mundurowi odeszli. Jeden z nich na pożegnanie nawet zasalutował
matce. Pobiegła do domu, przygotowana na najgorsze. Ojciec cicho
siedział z łokciami opartymi na biurku i tępo patrzył
w ścianę. Nie odpowiadał na żadne pytania, jakby
oniemiał. Mimo wszystko opowiedział potem matce, co się
stało pod ich nieobecność. Ta z kolei milczała
niemal dwadzieścia lat i opowiedziała o tym wszystkim
Olegowi kiedyś, gdy przypadkiem przypomniała sobie całe
to wydarzenie.
Okazuje się, że
ci ze służby bezpieczeństwa posadzili ojca przy
biurku, stanęli po obu jego stronach, jak gdyby zamierzali
wykręcić mu ręce. Jeden z nich otworzył teczkę,
wyciągnął z niej wielką kopertę z lakową
pieczęcią i otworzył ją. Na stole przed ojcem
legła fotografia — przestawiała w zbliżeniu
wąsatą twarz ze śladami po ospie. Nietrudno było
rozpoznać kto to, takie zdjęcie widniało przecież
w każdej gazecie, tyle że bez tych śladów po
ospie.
— Mamy o was dane
jako o najlepszym retuszerze — powiedział drugi z
nieproszonych gości. — Możecie zdjąć z tej
twarzy to, co jest tam niepotrzebne?
— Mogę —
ledwie wydusił z siebie ojciec.
— No to do roboty!
— Ale to dużo
pracy.
— Nam się nie
spieszy...
Stali nad nim, śledząc
każde poruszenie jego ręki, a on pracował powoli,
ponieważ dłonie dygotały mu ze strachu. Kiedy ospa
znikła i skóra na policzkach się wygładziła
jak u noworodka, jeden z gości zręcznie wyciągnął
fotografię spod łokcia ojca i schował ją do
teczki. A przed ojcem legł papier, na którym kazali mu
napisać, że został dopuszczony do tajemnicy
państwowej, której ujawnienie jest karane z całą
surowością radzieckiego prawa. Nigdy później,
wspominała matka, nigdzie nie widzieli tej twarzy
sfotografowanej z tak małej odległości. Ojciec uważał,
że to zdjęcie wyciągnięto w związku z nowym
zamówieniem na pomnik, ale rzeźbiarzom nie chciano
pokazać właściciela tej twarzy w oryginale.
— A ty mu, nie daj
Boże, jakiejś krostki na twarzy przypadkiem nie zostawiłeś?
— pytała zaniepokojona matka. — Przecież
zamkną!
Ale jakoś się
udało.
Ojciec sam też lubił
fotografować. Wywoływał zdjęcia nocą, rozstawiając
kuwety na stole, koło dziecięcych łóżeczek.
Otworzysz oczy, a tu wszystko połyskuje w dziwnym różowym
świetle. Jedno takie zdjęcie wisiało nad tapczanem:
na tapczanie siedzi matka z Luśką i roześmianym
ojcem. Oleg stoi obok, trzymając w rękach skrzypce i smyczek.
Posadził ich wtedy na tapczanie, aparat ustawił na statywie,
pociągnął do tapczanu nitkę i sam usiadł
obok nich.
— Uśmiech,
proszę! Jak się należy! — krzyknął
ojciec, roześmiał się i pociągnął za
nitkę.
Błysnął
magnez, strzeliła migawka. Wszyscy uśmiechali się, jak
trzeba, tylko Oleg z napięciem przyglądał się
nitce. I tak właśnie wyszedł.
Wojna dla Olega zaczęła
się od drobiazgów. Radio trzeba było oddać na
poczcie za pokwitowaniem. Po pierwszych nalotach ojciec powiedział:
— Będziecie
musieli się ewakuować.
Oleg się cieszył.
Ktoś mu powiedział, że na Uralu, dokąd szły
pociągi z dziećmi, pełno jest samorodków szlachetnych
kamieni i Oleg wybierał się zbierać kolorowe kamyki.
Matka płakała. Ojciec został na peronie. Plastyków
zostawiono, żeby maskowali dachy domów, malując
je w żółte i zielone plamy. Retuszerów uznano
za plastyków.
Matka z dwójką
dzieci trafiła do małego, cichego i biednego miasteczka z
zielonymi ogródkami przed domkami. Ze zbitych z grubych bali
ścian maleńkiego pokoju zwisały warkocze pakuł.
Matka przybiegała z pracy, kiedy Olegowi i podrastającej
Luśce oczy kleiły się już z głodu w
ciemności. Odwracając oczy od kłębów dymu,
matka paliła w piecu, gotowała i kiedy oni łapczywie
pochłaniali posiłek, grzała koło pieca ich
kołdry, pogadując marzycielsko:
— Zobaczycie,
niedługo wróci nasz ojciec...
Listonosz przynosił listy
od ojca, czasami po dwa albo nawet trzy naraz. Oleg wycinał
znaczki z kopert. Potem zaczęły przychodzić koperty
bez znaczków. Wkrótce listy przestały przychodzić
w ogóle. Oleg widział, zasypiając, jak matka siedzi
na okrągłym pieńku i w otępieniu patrzy
na dopalające się węgle.
Wojna się skończyła.
Latem wszyscy troje wrócili do rodzinnego miasta. Nagle matka
pobladła, ścisnęła rękę Olega i długo
stała bez ruchu. Nad szparą zastępującą
skrzynkę na listy, chociaż farba już nieco się
złuszczyła, nadal widać było namalowany ręką
ojca napis: „Mieszk. nr 1”.
Matka opanowała się,
postawiła walizkę, sięgnęła do klamki i
pociągnęła. Drzwi się nie otwarły. Matka
spróbowała zadzwonić, dzwonek ledwie zaskrzypiał.
Luśka pokazała Olegowi
do góry na ścianę. Okien ich mieszkania nie było,
zaś sama ściana była nowa, krzywo wymurowana z kawałków
cegieł i pochylona. Dom wyglądał z tego powodu jak
tymczasowa prowizorka i zupełnie nie był już podobny
do tych solidnych willi, które pamiętały cesarza
Napoleona.
Matka zostawiła dzieci,
żeby pilnowały walizki i poszła za węgieł,
aby zapukać do mieszkania sąsiadów. Wyszła
stamtąd kobieta w puchowej chustce. Niechętnie wyjaśniła,
że dawni mieszkańcy wyjechali na początku wojny nie
wiadomo dokąd. Wprowadzili się nowi. Bomba upadła
tutaj jeszcze w pierwszym roku wojny i część domu
się zawaliła. Mieszkańców nie było dokąd
przeprowadzić, a ściany pękały dalej. Ścianę
podparto i podmurowano, żeby dom się nie zawalił,
ale mieszkania numer jeden teraz faktycznie już nie ma. To
znaczy, drzwi jeszcze zostały, ale tylko tak, bo nie prowadzą
donikąd. A ganek dawno został zużyty na opał.
Kobieta odeszła, starannie
zamykając za sobą drzwi. Matka stała w miejscu i przestępowała
z nogi na nogę, nie wiedząc, co robić. Dzieci patrzyły
na nią, a cóż on mogła, biedna, wymyślić?
Pomogła im ciotka
Polina, daleka kuzynka matki. Nigdzie nie wyjechała i pilnowała
swojego pokoju przez całą wojnę. Mieszkała sama
na skraju miasta. Jednak Niemcowie musieli pomyśleć o
własnym kącie.
Matce nie udało się
załatwić meldunku, bo przecież nie mieli mieszkania, a
do kolejki na mieszkanie w urzędzie nie chcieli ich zapisać,
bo nie mieli meldunku ani opinii z miejsca pracy. Za to na podstawie
przypadkiem zachowanego pokwitowania wydano im na poczcie odebrane na
początku wojny radio. Chociaż też były z tym
kłopoty: pokwitowanie było na ojca, a ojciec zaginął
bez wieści. Od zameldowania zależało całe ich
dalsze życie.
Bez żadnej nadziei
matka chodziła ciągle do administracji i pewnego razu Zoja
Iwanowna, zajmująca się meldunkami, ulitowała się
i dała matce do zrozumienia, że jeśliby tak
dzielnicowemu dać w łapę, to przymknie oko na to, że
mieszkanie nr 1 faktycznie nie istnieje i ich tam zamelduje.
— Jak ja mam mu dać
te pieniądze? — zapytała matka. — A jak nie
weźmie?
— A jak wszyscy
dają? — zdziwiła się Zoja Iwanowna. — Włóż
do książeczki dla dzieci i powiedz: to prezent dla pana
milusińskich.
Matka pożyczyła
pieniądze od cioci Poli i podarowała dzielnicowemu książkę
„Wujek Stiopa”, do której wsunęła
wszystko, co miała. Posterunkowy był niemłody i bardzo
gruby.
— Poczytam — powiedział,
nadymając policzki.
Po tygodniu, kiedy matka
przyszła po odpowiedź, dzielnicowy, przeglądając
jej dowód, powiedział surowo, że właściwie
to można by ją już zameldować, ale zastępcy
naczelnika wydziału meldunkowego nieco przeszkadza jej nazwisko.
— Jakie mam, takie
mam — obojętnie tysięczny już chyba raz
powiedziała matka.
— Może
pomylili z narodowością? A jeśli tak, to cóż
to za Niemcy w naszym mieście — i to po wojnie? Ale
naczelnik też lubi książeczki dla dzieci...
Matka nie miała więcej
od kogo pożyczyć. Zdjęła z ręki zegarek
i położyła go na biurku dzielnicowego. Ten zmarszczył
się, ale szybko schował go do szuflady. Po tygodniu w dowodzie
matki stał stempel stwierdzający zameldowanie w mieszkaniu
nr 1, które w ogóle nie istniało.
Matka poszła do
pracy do jakiejś spółdzielni jako księgowa. A
gdzie się mogła podziać z takim nazwiskiem?
Oleg rozumiał, że
ojciec nie wróci, chociaż zawiadomienia o jego śmierci
nie dostali. Matka jakoś tak przycichła, jej ręce
stały się chropowate. Głodowali, bo za pierwsze dwie
wypłaty matka kupiła w komisie pęknięte skrzypce.
Oleg sam je skleił i nagle zaczął grać bez
poganiania. Kiedy grał rzadziej na skrzypcach albo miał
jakieś kłopoty w szkole, oczy matki napełniały
się łzami. Nie odzywała się i szybko się
odwracała. Czasami płakała bez żadnej przyczyny.
— Czemu ty ciągle
o tym samym: tylko dzieci i dzieci — pouczała ją
Polina, która była o dwadzieścia lat starsza. —
Pomyśl o sobie!
Matka nie odpowiadała,
jakby jej w ogóle nie słyszała. We wspólnym
mieszkaniu Poliny przemieszkali przez jakiś czas. Kiedyś
wieczorem przyszedł dzielnicowy. Sapiąc, zapytał,
czy może usiąść (że niby to cały dzień
na nogach), bo musi zajrzeć do dokumentów. Poliny nie
było, dzieci matka dopiero co położyła spać.
Oleg udawał, że śpi. Dzielnicowy nie zajrzał
jednak do dowodu matki, który położyła na
stole.
— Nie znajdzie się
coś do picia? — zapytał nagle.
Taka prośba nawet
właściwie matkę ucieszyła: nie będzie
żadnych kłopotów, wypije i pójdzie. Sam
otworzył postawioną przed nim ćwiartkę wódki
i nalał sobie pół szklanki, zakąsił
walającą się na stole skórką chleba, wlał
resztę do szklanki i wypił.
— Jak dobrze! —
powiedział zarumieniony i rozpiął szynel.
— No i dzięki
Bogu! — wymamrotała matka. — Dokumenty mamy w
porządku, można się nie obawiać.
— A jak tam w
kwestii kobiecej? — ścisnął rękę
matki.
— W jakim sensie? —
speszyła się.
— W bezpośrednim.
Jestem silnym mężczyzną, sama rozumiesz, czego
potrzebuję.
Wstał, zatoczył
się i chwycił matkę za drugą rękę.
Odsuwała się jak mogła.
— Nie, nie trzeba!
Proszę, przecież dzieci patrzą — zaczęła
lamentować matka.
— No to wyjdźmy
na korytarz. I nie bój się, podścielę szynel,
jest ciepły.
Wtedy weszła ciocia
Polina.
— Uuu! A tutaj przyjęcie
na całego — zahuczała, od razu rozumiejąc,
co się dzieje. — Jednak trzeba też mieć sumienie,
gospodyni idzie spać. Jutro o świcie do roboty.
— Dobra tam,
przyjdę kiedy indziej — ponuro oświadczył
dzielnicowy, puszczając ręce matki i niepewnym krokiem
kierując się ku drzwiom.
Matka rozszlochała się,
przytulona do Poliny.
Po tygodniu dzielnicowy
przyszedł znowu. Teraz jednak matka była gotowa do
stawienia mu oporu. Wypił swoją porcję, próbował
obłapiać matkę, ale ona, by się obronić,
przytuliła do siebie Olega. Obejmując go, odgrodziła
się od napastnika. Dzielnicowy się wściekł,
chwycił ze stołu pustą ćwiartkę i
roztrzaskał ją o podłogę.
— Tym gorzej dla
ciebie! — oświadczył. — Sąsiedzi już
dawno sygnalizują, że mieszkacie w jednym miejscu, a
jesteście zameldowani gdzie indziej.
Trzasnął
drzwiami i przez kilka dni był spokój.
Matka kładła
się już spać, gdy ktoś zadzwonił do drzwi.
Przyszli dwaj milicjanci, jeden po cywilu. Zabrali dowód matki
i kazali się po niego zgłosić na posterunek. Wkrótce
matka dostała dowód z powrotem. Zameldowanie zostało
anulowane. Kazali jej też podpisać dokument — że
w ciągu czterdziestu ośmiu godzin wraz z dziećmi
opuści miasto. Jeżeli tego nie zrobi, posadzą ją
za naruszenie przepisów meldunkowych, a dzieci wyślą
do kolonii.
— Synu! —
zdecydowała się matka. — Muszę się ciebie
poradzić... Jesteś w rodzinie jedynym mężczyzną.
Nigdy wcześniej z
nim tak nie rozmawiała.
— Nie wiem, co
zrobić — zamilkła i zastanawiała się, jak
to powiedzieć. — Wysiedlają nas. Jeździłam
do wsi — tam, gdzie jeździliśmy na daczę.
Myślałam, że może Pasza weźmie nas do
siebie. Ale już dwa lata, jak umarła... Wynajmować
tutaj jakieś różne kąty i ukrywać się?
Już szukałem. Kiedy tylko zapytają o nazwisko, śmieją
się. A kiedy się dowiadują, że nie mam
zameldowania, to nie chcą wynająć — boją
się. A sama, gdziekolwiek się ruszę, wszystko
przypomina mi ojca... Na nabrzeżu jeździliśmy na
nartach. Dom, w którym cię urodziłam i gdzie czekał
na mnie z kwiatami. Bez ojca nie ma tu dla nas miejsca...
— Co ja ci mogę
poradzić?...
Chociaż Oleg uważał
się już niemal za dorosłego i matka od dawna nie
mówiła od niego Ola, jak do dziewczynki, to jednak nie
potrafił jej nic poradzić.
— Każą
nam się jeszcze raz ewakuować — powiedziała
zrozpaczona matka. — Wszystkiemu winni Niemcy, a teraz my —
bo to my jesteśmy Niemcy. Wrócimy tam, gdzie mieszkaliśmy
w czasie wojny. Tam chociaż... Chociaż ojciec jeszcze wtedy
żył... Pamiętasz, zawsze się denerwował,
kiedy mówiłam do ciebie Ola? Teraz już tak nie
mówię.
Oleg nie wszystko wtedy
zrozumiał. Było mu wszystko jedno, gdzie będą
mieszkać. Ale tam zostali jego przyjaciele, z którymi
bawili się na ogrodzie w wojnę, zimą ścigali się
na łyżwach, czepiając się hakami z drutu za
ciężarówki, a latem podkradali marchewkę na
ogrodach sąsiadów. A tutaj tak naprawdę z nikim się
nie zaprzyjaźnił. Na podwórku same złodziejaszki.
Jedni wracają z odsiadki, inni tam trafiają. I jedni, i
drudzy wyzywają go od fryców i jeszcze biją. Luśka
też aż się rwała, żeby tam wrócić.
Miała tam Niefiodowa, który był już niemal jej
narzeczonym.
I Niemcowie wrócili.
Luśka wkrótce wyszła za mąż i urodziła
dwie córeczki. Oleg skończył szkołę
muzyczną, otwartą po wojnie i trafił do orkiestry w
miejscowej filharmonii. Też się ożenił, urodził
mu się syn. Pewnego razu pierwszy skrzypek, sekretarz
organizacji partyjnej, kiedy popijali sobie po koncercie, powiedział
do Olega:
— Jeśli chcesz
się rozwijać, wstąp do partii. Bez partii nigdy nie
zostaniesz dobrym muzykiem.
Trzeba było posłusznie
poddać się tej procedurze — dlaczego zresztą
nie wstąpić, jeśli obiecują różne
korzyści?
I rzeczywiście, szybko został trzecim skrzypkiem.
Żeby wykonać plan, orkiestra wyjeżdżała
grać w sąsiednich kołchozach i jednostkach wojskowych,
by masy oswajały się z muzyką klasyczną. Komunista
Niemiec w ciągu pięciu lat dorobił się mieszkania.
Niewiele później kupił sobie meble i na półkę
z książkami postawił dzieła zebrane rosyjskich
i postępowych zachodnich klasyków, żeby było
jak u wszystkich. W ciągu kilku lat wybudował też
niewielki letni domek na otrzymanej z filharmonii działce.
Czekał też w kolejce na moskwicza. Powoli jego syn Wala
skończył tyle lat, ile on sam miał przed wojną.
Nie można
powiedzieć, żeby Oleg był szczęśliwy,
chociaż przecież powodziło im się całkiem
dobrze. Można nawet powiedzieć, że żyli lepiej od
innych. Jednak pewnego razu jego energiczna żona Ninel, która
ukończyła w Moskwie Instytut Gospodarki Narodowej im.
Plechanowa i pracowała jako ekonomista w biurze projektów,
zapytała:
— Odpowiedz mi,
proszę, na jedno pytanie: kto jest w naszej rodzinie mężczyzną?
— Załóżmy,
że ja — zapytał ostrożnie Oleg. — Bo co?
— A kto jest w
naszej rodzinie Niemcem?
— Ale to przecież
tylko takie nazwisko...
— Widzisz, jak to
jest: znowu ty. Oczywiście lepiej by było, gdybyś był
prawdziwym Niemcem albo Żydem, no ale co na to poradzić?
Tak w ogóle to ty jesteś mężczyzną, ty
jesteś Niemcem, a w rosyjskich kolejkach muszę stać
ja. A ja mam tego dość!
— Nie bardzo wiem,
o co ci chodzi — burknął, chociaż tak naprawdę
to dawno się już domyślił. — Co to za
aluzje? Chcesz rozwodu? Marzysz o lepiej brzmiącym nazwisku?
— W żadnym
razie! To aluzje do Ameryki, albo przynajmniej do Niemiec —
odpowiedziała żona. — Wszyscy wyjeżdżają.
— Naprawdę? —
zapytał Oleg, który na co dzień był jak
najdalszy doraźnych kłopotów. Dla niego istniały
tylko te jego skrzypce. — Dlaczego?
— Dlatego, że
puszczają — wyczerpująco wyjaśniła żona.
To był poważny
argument.
— Oczywiście wszystko
już ustaliłam — kontynuowała natarcie Ninel.
— Puszczają głównie Żydów, ale
też Niemców i Ormian. Gdyby się zakręcić,
to myślę, że z takim nazwiskiem też dostalibyśmy
jakieś zaproszenie. Napiszemy, że jesteś nie tylko
Niemcem, ale też Żydem. A ja już będę z
tobą, kim zechcesz. Pomyśl tylko: wyrwiemy się i
już nigdy w życiu nie będziesz potrzebował
żadnego zameldowania.
Ten argument pokonał
jego niezdecydowanie.
Z partii Oleg Niemiec
wystąpił tak samo łatwo, jak się tam zapisał.
Z filharmonii też zwolnił się na własną
prośbę. Był najlepszy czas na wyjazd, i Niemcowie po
kilku miesiącach oczekiwania i na fali aktualnej mody dostali
zaproszenie od nieznajomej cioci z Izraela. Nie była wiadomo,
czy nie była raczej wujkiem, ale daj jej (czy jemu) Boże
zdrowie na długie lata. Luśka ze swoim Niefiodowem i
córkami zostali. A matka po pewnych wahaniach wyjechała z
nimi.
I wtedy okazało się,
jak skromny jest Oleg — dostrzeżono, że nie jest
po prostu utalentowany, ale że jest bardzo utalentowany, bowiem
w jego nowej ojczyźnie średnich muzyków w dobrych
orkiestrach nikt nigdy by nie zatrudnił. Od tego czasu widział
kawał świata, jeżdżąc na występy z
trzema orkiestrami, w których przyszło mu pracować,
ale nikt nigdy w żadnym kraju, pozy tym pierwszym, nie śmiał
się z Olega Niemca, że ma takie nazwisko. No a syn Walik,
który ukończył w Ameryce uniwersytet i pracuje
jako komputerowiec, w ogóle nie zna tego problemu: rosyjskie
Nemets po angielsku nie znaczy dokładnie nic, a nawet
gdyby znaczyło, to i co? Najbliższe do ich nazwiska słowo
nemesis, oznacza zemstę albo karę. Przy odrobinie
dobrej woli można się tu dopatrzyć pewnego symbolicznego
zbiegu okoliczności, ale na co dzień nikt tego nawet nie
zauważa.
Ważne było
natomiast to, że Olega Niemca nieodparcie ciągnęło
tam, gdzie się urodził, do mieszkania nr 1. Przeżył
życie w mieszkaniach noszących najróżniejsze
numery, ale pierwsze było tylko jedno. Może, chociaż
to pewnie głupio brzmi, chodzi o to, że właśnie
tu był zameldowany?
Oleg już więcej
nie potrzebuje żadnego zameldowania. I tylko do tego kraju, w
którym takie zameldowanie posiadał, potrzebna jest mu
teraz wiza — musi płacić ponurym urzędnikom za
to, żeby wydali mu skrawek papieru, zezwalający na
odwiedzenie własnej ojczyzny.
Kroczył więc w upale
wystrojony w garnitur i w krawacie. Był cały spocony.
Zdjął marynarkę, zawinął ją w płaszcz,
rozpiął koszulę: brakowało mu powietrza, było
ciężko oddychać. Kiedy jednak do domu pozostała
już tylko ostatnia przecznica, Oleg nie wytrzymał i przyspieszył
kroku, zaczął biec. Mógłby się nie spieszyć:
jeżeli domu nie zburzono w ciągu półwiecza,
to będzie stał nadal jeszcze przez te pięć minut.
Dom był na swoim miejscu.
Niemiec zatrzymał się i westchnął. Ich dawna
uliczka stała się teraz ślepym zaułkiem. Nowa
ulica biegła tuż obok, wzdłuż nabrzeża.
Za cerkwią, w poprzek dawnej jezdni, widniała betonowa
budowla połyskująca szkłem i aluminium. Ulokowano
tam, jak można było sądzić po wielkiej liczbie
samochodów przy kilku wejściach i kręcących
się milicjantach, bardzo poważną instytucję.
Cerkiew obrosła
rusztowaniami. Przekrzywione krzyże zostały wyprostowane,
cebulkowate kopuły pokryto blachą i pomalowano na jaskrawy
żółty kolor zastępujący złocenia.
Oleg zajrzał do środka przez kratę w oknie. Rzeźby
i rzeźbiarze gdzieś przepadli. Wewnątrz stały
muszle klozetowe i paczki z kafelkami — po prostu magazyn. Oleg
o mało się nie spóźnił: nieopodal stało
kilka spychaczy. Już wkrótce po zaułku nie zostanie
pewnie nic poza cerkwią, na której pojawiła się
tablica podobna do kamienia nagrobnego: „Obiekt zabytkowy.
Niszczenie jest karane przez prawo”. Nie bardzo było
jednak co tutaj niszczyć.
Drzwi do ich mieszkania
jak dawniej wisiały nad ziemią. I ciągle jeszcze można
było rozszyfrować ten napis: „Mieszk. nr 1”.
Drzwi były zabite na krzyż deskami. Niemiec obszedł
dom dookoła, potykając się o resztki gruzu, z
ciekawością przyjrzał się nowym fragmentom muru,
które odgrodziły część domu, i wreszcie
zdecydował się zadzwonić do mieszkania nr 2. Długo
nikt nie otwierał, potem rozległ się głos jakiejś
staruszki:
— Kto tam?
— Z zarządu
budowy — powiedział Oleg. Tylko to przyszło mu do
głowy. Starał się przy tym, żeby jego cichy głos
zabrzmiał grubo i rzeczowo.
— A o co chodzi? —
dopytywał głos za drzwiami.
— W sprawie
wyburzenia... Kontrola techniczna.
Zaszczękały dwa
zamki, zasuwa się odsunęła. Staruszka w brudnym,
niegdyś kolorowym fartuchu podejrzliwie przyjrzała się
Olegowi. Był jednak przyzwoicie ubrany, a na jego twarzy nie
było wypisane nic kryminalnego.
— Dom gnije,
będziemy go burzyć — powiedział surowo Niemiec.
I starając się nie nadawać specjalnego znaczenia swoim
słowom, dodał: — Dlaczego drzwi mieszkania nr 1 są
zabite deskami?
Stali po przeciwległych
stronach progu. Kobieta długo nie odpowiadała. Włożyła
do ust spinkę i poprawiała włosy. Trzymając
się ręką futryny, wyciągnęła szyję,
spojrzała na drzwi mieszkania nr 1, jak gdyby zobaczyła
je po raz pierwszy. I powiedziała to, co Oleg wiedział
już od dawna: że dom został zbombardowany w czasie
wojny, że potem jeszcze bardziej popękał i że
z tej strony wymurowano nową ścianę.
— Można do
pani wejść na chwilę? Chciałem zobaczyć, czy
ściany dalej nie pękają...
— Wchodź, jak
masz takie zadanie. Tylko jeszcze nie sprzątnęłam od
wczoraj...
Bałagan i brud w
pokoju, do którego wszedł, były monumentalne.
„Wysłuchaliśmy pieśni o naszej ojczyźnie”
— radośnie zakomunikował spiker. Oleg uważnie
obejrzał ścianę, oddzielającą zapleśniałe
apartamenty staruchy od nieistniejącego mieszkania nr 1. Wyjrzał
przez okno, zakratowane zardzewiałymi prętami i uzmysłowił
sobie, że ściana mieszkania staruszki nie sięga nowego
fragmentu muru. Była tam jakaś przestrzeń, część
domu, do której nie można się było dostać.
Żeby uspokoić
gospodynię, Oleg wyjął notatnik, coś tam w nim
maznął i podziękował. Zapytała, kiedy będą
ją wysiedlali, bo ileż można człowiekowi
obiecywać?
— Niedługo —
uspokoił ją Oleg. I nie wytrzymał, dodał jeszcze:
— Można nie sprzątać.
— Ja też tak
uważam — zgodziła się. — Co mam tu
szorować, jak wysiedlają? Bardzo ci dziękuję,
kochanieńki.
— Nie ma za co!
W administracji Oleg
znalazł ślusarza. Tryskający zdrowiem, ale opuchnięty
z lenistwa leżał rozwalony na starym tapczanie w maleńkim
pomieszczeniu z umywalką i muszlą klozetową.
Przedstawiciel klasy robotniczej długo nie mógł
pojąć, o co może temu przybyszowi chodzić.
Mruczał, że zawracają mu głowę
najróżniejszymi głupotami, a on tu ma problemy z
wyciekami z bojlerów.
— Po jaką ci
jasną niespodziewaną te nieszczęsne drzwi? Powiedz, to
ci otworzę...
Oleg wyciągnął
z kieszeni woreczek foliowy z grubym plikiem banknotów.
— Wystarczy?
Proletariacka duma
zamajaczyła w źrenicach przedstawiciela najbardziej
postępowej klasy społecznej, jednak nie na tyle długo,
żeby klient się rozmyślił.
— Od tego trzeba
było zacząć — powiedział pouczająco,
niedbale chowając do kieszeni woreczek suszonych rubli. —
Wszyscy o coś proszą, a ja tu jestem sam jeden.
Ruszyli do domu skrótem
przez podwórka, którego istnienia Oleg nawet nie
podejrzewał. Kiedyś go nie było. Zatrzymali się
przed mieszkaniem nr 1. Ślusarz postawił na ziemi skrzynkę
z narzędziami, przyjrzał się drzwiom.
— Poważna
sprawa — powiedział, żeby dodać wartości
swoim usiłowaniom. — Trzeba najpierw to wszystko
obmózgować.
Powoli zapalił
papierosa. Oleg czekał. Potem wyjął swoje papierosy,
pstryknął zapalniczką i też zapalił.
— A ty kto?
— Skrzypek.
— Ale zalewa! —
roześmiał się ślusarz. — Skrzypek...
Wszyscy tu skrzypimy. Artysta, naprawdę? Toteż widzę,
portfel nabity. Ale za tymi drzwiami nie ma żadnego
antykwariatu! Jak zabili to dechami w czasie wojny, to do teraz stoi.
Odrzucił niedopałek,
kopnął skrzynkę z narzędziami, która
otworzyła się posłusznie. Wyciągnął
stamtąd ogromny pęk kluczy nawleczonych na drut.
— Może lepiej
najpierw oderwać deski? — ostrożnie zaproponował
Niemiec.
— Z deskami się
zdąży.
Ślusarz zaczął
próbować kolejne klucze. Żaden nie pasował,
a może po prostu wszystko przerdzewiało. Zerkając
na Olega, ślusarz się nie spieszył. Obawiał
się, że ten go robi w konia. Jeśli tam nic nie ma,
to po jaką cholerę tan gość wyciągnął
całą paczkę sałaty, a nie tylko kilka papierków,
jak to robią inni?
— A ty jak się
nazywasz?
— Niemiec.
— Z Federalnych?
— Takie nazwisko —
Nie-miec!
— Dziwne
nazwisko... Żydek, co? A czego to ci tam trzeba? Zara bedom
burzyć — przychodź se i patrz.
— Nie jestem stąd.
— A skąd?
— Z San Francisco.
Tutaj tylko parę dni. Występy gościnne...
— Gościnnie,
znaczy się... Jak to się mówi, były zdrajca
ojczyzny, a teraz nasz przyjaciel i brat. Pokaż no paszport...
Oleg uśmiechnął
się i podał mu granatową książeczkę.
Ślusarz z zaciekawieniem poobracał go na wszystkie strony.
— Coś tu nie
po naszemu. Czyli że jakiej to ty jesteś nacji?
— Amerykanin.
— A nazwisko,
mówisz, Niemiec? Dziwne!
Olega zaczynało to
wszystko powoli męczyć.
— No to jak?
Otwierasz czy...
Miał już dość.
Wyrwał z rąk ślusarza paszport i wyciągnął
z kieszeni skrimer — takie pudełeczko, które
wydawało dźwięk podobny do syreny policyjnej; ktoś
poradził mu, żeby przed wyjazdem do Rosji kupił sobie
coś takiego.
— A to co za
sztuka? — zdziwił się ślusarz.
— Zaraz cię
napromieniuję i zostaniesz impotentem. Wykładaj kasę
na beczkę, znajdę sobie kogo innego. Włączyć?
— Tutaj ja jestem
gospodarzem — obraził się robol. — Po co tak
ostro?
Schylił się i
wyciągnął ze skrzynki siekierkę. Gwoździe
zawyły i deski odpadły. Siekiera wcisnęła się
w szparę, zaskrzypiała i odłamując kilka szczap
podważyła drzwi. Drzwi z kolei zapiszczały,
zachrzęściły — i otworzyły się.
— Właź,
pobrudź sobie ten garniturek, jak cię naszła taka
ochota...
Z ustami zagryzionymi z przejęcia
Oleg przekroczył próg. Pajęczyna i smętne
girlandy kurzu zwisały z sufitu i poruszały się jak
żywe. Pod warstwą ceglanego pyłu i śmieci na
podłodze widniały jakieś papierki. Oleg podniósł
je, otrząsnął i oczyścił z kurzu. Były
to dwa wrzucone przez otwór w drzwiach i przez nikogo nieodebrane
listy — jeden trójkątny, drugi w kopercie. Wsunął
je do kieszeni i z głową wtuloną w ramiona ruszył
do przodu. W przedpokoju zasłanym pokruszonymi cegłami
i kawałkami tynku panował półmrok. Drzwi do
pokoju były urwane i w poprzek tkwiła odłamana belka.
Oleg nie dał rady jej odsunąć i brudząc
garnitur, przedostał się do pokoju. Dalej było już
całkiem ciemno. Wyciągnął ręce jak ślepiec
i zrobił krok, potem jeszcze jeden. Pod nogami coś zachrzęściło,
chrupnęło. Namacał w kieszeni zapalniczkę, pstryknął.
Oderwał ze ściany kawałek odklejającej się
tapety, zapalił ją i kiedy zapłonęła, rzucił
na podłogę.
Płomień rozpalał
się powoli. A kiedy cały kawałek tapety zapłonął
jasnym ogniem, w jego świetle Oleg zobaczył wydeptane
deski podłogi, kiedyś malowane farbą. Uniósł
oczy: miał przed sobą kawałek kaflowego pieca ze
śladami od odłamków. Te kolorowe, złocone
kafle widział, będąc jeszcze w pieluszkach, obrazki
na nich zainteresowały go nieco później. Granatowi
muzykanci. Tańce granatowych dam z granatowymi kawalerami,
goście wyjeżdżający z balu — granatowe
karety i granatowe konie.
Dopiero teraz Oleg
spojrzał na podłogę i dostrzegł to, co rozdeptał
przed chwilą obcasem. Leżały tam okruchy białego
szkła z czarnymi plamkami tuszu. Zebrał je na wyciągnięty
z kieszeni list i wsypał do kieszeni.
Płachta tapety
dopalała się. Oleg oderwał ze ściany jeszcze
jeden, rozdarł go na pół i dołożył
do ognia. Poleciały strzępy sadzy, zapachniała paląca
się olejna farba, którą pomalowane były deski
podłogi. Teraz było widać, że przy piecu
zaczynała się nowa ściana — krzywa, wymurowana w
pośpiechu z potłuczonych cegieł. Było tego jakieś
półtora metra. Z drugiej strony murek sięgał
ściany mieszkania staruszki. Obok stały pogięte i
przyciśnięte do ścianki zardzewiałe łóżka
Luśki i Olega. Odblask płomieni, zanim zgasł
ostatecznie, oświetlił ciemny prostokąt nad łóżkiem.
Fotografia była tak mocno przyklejona do ściany, że
Oleg połamał sobie paznokcie, a i tak nie dał rady jej
oderwać. Kiedy ojciec przyklejał zdjęcia do ścian,
matka zawsze bardzo marudziła. A ojciec odpowiadał:
— Tapeta to
rzemiosło, a fotografia — sztuka...
Mrużąc oczy,
Oleg wyszedł z mieszkania. Ślusarz siedział na swojej
skrzynce i palił.
— Daj nóż!
— zwrócił się do niego Oleg.
Ten uniósł brwi,
ale podniósł się w milczeniu i wyciągnął
ze skrzynki nóż, a właściwie naostrzony kawałek
piły, do połowy owinięty taśmą izolacyjną.
Oleg spróbował zapalić jeszcze kawałek tapety,
jednak w zapalniczce skończył mu się gaz. Macając
rękami po ścianie, ruszył do przodu, odnalazł
fotografię i wsuwając nóż pomiędzy tapetę
a tynk, wyciął ją ze ściany z dużym zapasem.
Wyniósł zdjęcie na światło słoneczne
i kiedy oczy już się przyzwyczaiły, zobaczył,
że prawie go nie uszkodził, tylko odciął niewielki
rożek.
Ślusarz palił,
siedząc na skrzynce w pozie myśliciela.
— Podobny? —
zapytał Oleg i tknął palcem w chłopca z białą
kokardą na szyi, ze skrzypcami w jednaj ręce i smyczkiem w
drugiej.
— No, no...
Niemiec, Amerykaniec... Od razu się kapnąłem.
Mieszkałeś tu?
— Przed wojną.
A potem tylko byłem zameldowany. A mieszkaliśmy...
— Siedziałeś,
co? — Ślusarz giął swoją linię. —
Wszystko masz wypisane na twarzy. Myślisz, że się
wystraszyłem twojego pudełeczka? Żal mi się
ciebie zrobiło i tyle! Niemców to wszystkich wtedy
zabierali. Teraz sobie pitolisz na skrzypkach, a my tu musimy
odpowiadać za wycieki z instalacji sanitarnej.
Oglądał Olega
od stóp do głów, jak gdyby go szacując, potem
znowu spojrzał na fotografię i powiedział miękko:
— Wybrudziłeś
się pajęczyną!
Niemiec poklepał się
po ramionach. Zapytał obojętnie, tylko tak, żeby coś
powiedzieć:
— Masz rodzinę?
— Jakbym kiedyś
miał...
— Jak to rozumieć?
— A tak, że
lepiej nie wiedzieć, gdzie są, żeby się nie
szarpać z alimentami. Ty, chociaż i skrzypek, artysta,
to jednak ciemny jesteś. Żyjesz tak, bez praktyki. Wiesz
co? Daj mi jeszcze paczkę — masz tego w teczce tyle... Sam
widziałem!
Jasne, że żona będzie
miała do niego o to pretensje, ale Oleg odpalił mu jeszcze
trochę. Proletariusz poweselał, wziął siekierę,
jednym uderzeniem umocował drzwi, przybił na krzyż
deski, jak przedtem i podnosząc skrzynkę, ruszył
przed siebie, nawet nie żegnając się z Olegiem.
Po kilku krokach jednak się odwrócił:
— Jakby co —
przyjeżdżaj! Zawsze tu jestem. Znowu ci otworzę.
— Przecież
wyburzą...
— E-e!... Ile to
już lat burzą, a ciągle jakoś stoi.
Nagle obudziło się
w nim poczucie humoru:
— A można
pewnie i w ogóle nie burzyć — wyszczerzył się.
— Zależy ile i komu posmarować...
Na sąsiednim
podwórku na wydeptanym klombie bawiły się dzieci.
Obok w cieniu stała ławka. Oleg usiadł, zamknął
oczy i spróbował zebrać myśli. W głowie
miał zupełny mętlik. Żżżżi-ik! —
rozległo się za jego plecami. Chłopcy łamali bez.
Łamali, rzucali na ziemię, deptali nogami i zaśmiewali
się na cały głos. Oleg westchnął, wyciągnął
z kieszeni listy i zaczął je oglądać.
Były zakurzone i wypłowiałe,
a ten trójkątny to nawet zapleśniał. Oleg
obracał je w rękach i mrużąc oczy, usiłował
rozszyfrować, co tam jest napisane. Pewne słowa były
już całkiem nieczytelne, pozostały tylko błękitnawe
plamy. Na jednej z kopert widniała brunatna smuga. Pewnie dobrało
się do niej słońce przez otwór na listy. Na
skos przystawiony był czarny stempel poczty polowej z numerem.
Fioletowa pieczątka z herbem i napisem „Kontrolowane
przez cenzurę wojskową” zachowała się
jak nowa. Oleg nie spieszył się z otwieraniem listów.
Poprosił idącego obok przechodnia o ogień, zaciągnął
się. Listy na moment zginęły w obłoku dymu.
Oleg spojrzał na nazwiska. Oba były zaadresowane do matki,
a to już piętnaście lat, jak umarła w szpitalu
w San Francisco. Do ostatniej minuty była przekonana, że
ojciec żyje. Że żyje i wróci — na przekór
zdrowemu rozsądkowi. Luśka porzuciła na tydzień
wnuki, męża i za pieniądze Olega przyjechała
na jej pogrzeb.
Energicznym ruchem Oleg
rozwinął złożony w trójkąt kawałek
papieru — była to pożółkła kartka z
zeszytu. Imię i nazwisko — Wiktor Rumiancew —
umieszczone na końcu listu, nic mu nie mówiły.
Człowiek, który napisał list, był w tej samej
kompanii, co ojciec. Na moich oczach, pisał, ojciec został
zabity, walcząc w obronie ojczyzny i towarzysza Stalina. I
żołnierze przysięgli, że się zemszczą
na Niemcach za śmierć naszego towarzysza broni, który
tylko przez przypadek nosił takie okropne nazwisko Niemiec. Ze
stempla wynikało, że stało się to wszystko przed
końcem września czterdziestego pierwszego.
Na drugim liście był
znaczek i stempel — czterdziesty szósty rok. Oleg szybko
rozerwał kopertę. Kartka w środku była dobrze
zachowana. Może Olegowi się tylko tak wydało, a może
rzeczywiście poczuł zapach lekarstwa.
Pisał ten sam Wiktor
Rumiancew, ale literki były mniejsze i skreślone bardziej
pośpiesznie. Zawiadamiał, że już czwarty rok jest
po kontuzji w szpitalu psychiatrycznym. Właściwie jest
zdrowy i czuje się dobrze. Ale nie chcą go wypuścić
ze szpitala, bo cały czas opowiada o tym piekle, jakie
przeszedł. A to się lekarzom nie podoba. Nie może
zapomnieć — i tyle. I nie może zapomnieć swojego
zabitego przyjaciela, z którym dzielili się chlebem i
wódką. Wtedy z frontu nie napisał całej prawdy,
bo się bał, że go za to rozstrzelają. Teraz tutaj
też sprawdzają wszystkie listy, jak na froncie, ale ten
wyniesie i wyśle pielęgniarka, której ufa i która
na pewno go nie wyda.
Mój przyjaciel,
pisał Rumiancew, zginął nadaremnie. Pogonili na
faszystów tłum nieuzbrojonych ludzi i po prostu
podziurawiono nas dosłownie kulami, niech będzie przeklęty
na wieki ten bydlak, towarzysz Stalin. Mnie uratowało tylko to,
że byłem w drugim szeregu, za plecami mojego
przyjaciela i sam też od razu upadłem, jak zabity. Leżałem
tak, aż zapadł zmrok. Wyciągnąłem z jego
kieszeni portfel i zabrałem wszystko, co tam było. Złożyłem
mu ręce na piersiach, odczołgałem się do lasu
i przedarłem się do swoich. Zawsze jak relikwii
strzegłem fotografii chłopca ze skrzypcami i córki.
Była jeszcze pocztówka z pozdrowieniami dla syna Olega z
okazji urodzin. Nie zdążył jej wysłać.
Oleg oblizał spierzchnięte
wargi, zamrugał wzruszony powiekami i zaczął dalej
rozszyfrowywać wyblakłe słowa. I jeszcze, pisał
Rumiancew, było tam papierowe zawiniątko, a w nim zasuszony
kwiatek bzu, tyle że miał nie cztery, ale sześć
płatków. Ciągle myślałem, że jak
wojna się skończy, to odwiedzę rodzinę mojego
przyjaciela i oddam to wszystko, ale kiedy byłem kontuzjowany,
to wszystko przepadło razem z innymi moimi rzeczami jak
kamień w wodę. Często śni mi się teraz
ten sam sen: siedzimy z moim przyjacielem Niemcem w cyrku, a na
arenie bije się Hitler ze Stalinem. Każdy usiłuje
drugiemu przywalić w zęby albo podstawić nogę.
Widzowie siedzą cicho, w ogóle nie reagują. W żaden
sposób nie mogę się zorientować, który
zwycięży — Stalin czy Hitler. Ile razy się
obejrzę na widzów, to się budzę, bo na widowni
siedzą same trupy. I mój przyjaciel o nazwisku Niemiec
siedzi martwy koło mnie i w ogóle nie żartuje,
jak miał to w zwyczaju, tylko cały czas przewraca się
na mnie. Ledwie starcza mi sił, żeby go utrzymać.
W cyrku panuje martwa cisza. Jestem tam jedynym żywym człowiekiem.
Kończąc list, Wiktor
Rumiancew przeprasza, że nie może odwiedzić rodziny
przyjaciela i o wszystkim opowiedzieć, ale ciągle ma nadzieję,
że wyjdzie ze szpitala, chociaż coraz częściej
zdarzają mu się omdlenia. Ale jak wyjdzie, to jeszcze
napisze. Więcej listów jednak nie było. Dziwne
zresztą, że i ten, ostatni, listonosz wrzucił, kiedy
mieszkanie było już zbombardowane. Zostały przecież
tylko drzwi.
Oleg schował list do portfela
i starannie wywrócił kieszeń. Na dłoni znalazły
się kawałki białego szkła, pokrytego śladami
czarnego tuszu. Te ślady zostawił pędzelek ojca.
Kiedy ojciec siadał do retuszowania fotografii, białe
szkiełko zawsze leżało przed jego oczami. Ospę
towarzysza Stalina pokrył właśnie ten tusz. Na okruchach
szkła zastygły kropelki krwi. Potrzymał na dłoni
te okruchy i wysypał je pod ławkę. Dopiero wtedy
zauważył, że zbierając szkło, pokaleczył
się. Włożył dwa palce do ust i splunął:
rozcięcie było dość głębokie.
Wokół ławki,
na której siedział, hałasując biegały
dzieci. Upał zelżał. Luśka, kiedy odwiedziła
go w Kalifornii, od razu w jego ogrodzie rzuciła się do
krzaka bzu i ze zdumieniem odkryła, że pełno
tam kwiatów z pięcioma i sześcioma płatkami,
takich, co przynoszą szczęście.
— Taki tu mają
gatunek — roześmiał się Oleg.
— Dziwne tylko, że
prawie w ogóle nie pachnie. A pamiętasz?...
Luśka nie
dopowiedziała i jej oczy nabiegły łzami.
Oleg poczuł, że jest
zmęczony. Potrząsnął głową, żeby
dojść do siebie. Włożył marynarkę,
płaszcz przerzucił przez ramię. Fotografię naklejoną
na kawałek tapety zwinął w rulonik. Zmusił się,
żeby wstać i skupić się na tym, co się
dzieje wokół niego. Zatrzymał taksówkę,
usiadł na tylnym siedzeniu i pojechał na lotnisko. Wystarczy!
— postanowił po drodze. Jeszcze tylko dzień w Moskwie,
a potem do domu, do San Francisco. Należy zapomnieć o
sentymentach z dzieciństwa. Jedni mają szczęśliwe
dzieciństwo, inni nie. Czasami lepiej do tego nie wracać
— ani fizycznie, ani w pamięci. Nic to nie daje, poza
pogłębianiem urazów, cierpienia spowodowanego dawną
biedą i bezsensownością strat, kompleksem niższości
albo manią prześladującą człowieka przez
całe życie. Należy wykreślić czarną
przeszłość choćby tylko z własnego
życia, wyrzucić ją, zlikwidować i zapomnieć.
Jednak Oleg nie był
specjalnie pewien, czy mu się to uda. Zanim wysiadł
z taksówki na lotnisku, rozwinął pogniecioną
i pożółkłą fotografię — ostatni
sygnał ze świata dzieciństwa. Niemcowie siedzą
we troje na tapczanie: pełna młodzieńczej kobiecej
siły matka, Luśka z nieco tępą miną i
szczęśliwy, śmiejący się ojciec. A obok
czwarty z Niemców — pyzaty chłopiec. Uroczyście
dzierży w rękach maluteńkie skrzypce i smyczek.
Przełożyl Piotr
Fast
|