Jurij Drużnikow: życie i książki  Русский  English  Français  Italiano
www.druzhnikov.com

 Powieści i mikropowieści
 Krytyka
 Humor
PoczątekTekstyPowieści i mikropowieści

J u r i j  D r u ż n i k o w
Fragment z powieści Wystrzępiony żagiel miłości

      Charia rzeczywiście miał poważne powody do pośpiechu, jako że, o czym wie każdy głupi, święte miejsce nigdy nie bywa puste. A w dodatku Charia nie był pierwszym, który okazał się taki mądry. Istniały precedensy.
      W okresie inwazji na Amerykę słynnej trzeciej fali emigracji z krajów bloku sowieckiego w Nowym Jorku pojawił się jeszcze jeden Rosjanin, który okopał się tu w niezbyt tradycyjny sposób, omijając biura paszportowe i urzędy celne. Przybył cicho.
      Może słuchaliście wtedy przez radio zagłuszanej wrogiej „szczekaczki”. Radziecki statek handlowy szedł przez Kanał Panamski; jego kapitan Iwan Warwarcew w nocy skoczył do wody i pognał do najbliższej ambasady prosić o azyl polityczny. W ogóle to kapitan powinien opuszczać statek ostatni, ale tu stało się odwrotnie. Zły przykład jest zaraźliwy i za kapitanem skoczyło jeszcze trzech czy czterech ludzi. „Szczekaczka” zameldowała o tym i umilkła. Uciekinierzy rozbiegli się w różne strony.
      Kapitan Warwarcew znalazł się w Chile. Pętał się jako tragarz w porcie, dźwigał ciężary za kawałek chleba, a potem ukrył się na statku, płynącym na Florydę. Tam, nie czekając na wejście do portu, znów skoczył do wody i skierował się w stronę plaży, ryzykując, że nakarmi swymi piętami głodne rekiny, ale te go oszczędziły. Przedostał się do Nowego Jorku. Utrzymywał się z ulicznego handlu orzeszkami w cukrze, nasypując je turystom do papierowych torebek: płać dolara i jedz na zdrowie. Handel słodyczami to niezbyt słodkie zajęcie. Przechodnie litują się nad omdlewającym z upału sprzedawcą i ten humanitaryzm sprzyja rozkwitowi biznesu.
      Zresztą, o Warwarcewie przeczytałem później w broszurze, zawierającej jego program i zaopatrzonej w jego portret, którą sam wydał i mi wręczył. Oto ona, leży u mnie na biurku.
      Spotkaliśmy się przypadkowo, kiedy dorabiałem sobie w Nowym Jorku w radiu Swoboda. Przyszedł tam i zażądał czasu antenowego, by wystąpić z apelem do wszystkich Rosjan, mieszkających w Ameryce. Takie typy zazwyczaj budzą nieufność. Prosty fakt, że Swoboda nadaje dla Rosjan, mieszkających nie w Ameryce, lecz w Rosji, bynajmniej Warwarcewa nie speszył. A to, że swobodę w Swobodzie przełożeni ostro ograniczają, nawet mu nie przyszło do głowy.
      Muszę tu dodać, że chłop robił dość odstręczające wrażenie. Zalatywało odeń brakiem dezodorantu i paradontozą. Kiedy mówił, zdawało się, że myśli tylko o tym, iż nikt go nie docenia, i że jest wiecznie obrażony. Totalny egoista i zarozumialec. Przekonany, że tylko on się nacierpiał, toteż wszyscy są mu coś winni. Nie słucha argumentów – ciągnie wciąż swoje. Ale to „swoje” było dość ciekawe.
      Naturalnie, nikt nie zamierzał dawać mu czasu antenowego, ale w nadziei, że wypuści parę, zapytaliśmy, o czym chce rozmawiać z radiosłuchaczami.
      Zapoczątkowałem nowy ruch – oznajmił. – Popiera mnie emigracyjna grupa inicjatywna. Trudem własnych rąk stworzymy w Ameryce nową ojczyznę. Moja walka toczy się już pełną parą.
      Słowa „moja walka” wszystkich zainteresowały; wokół Warwarcewa zebrał się tłumek pracowników, niezajętych na antenie. Ochroniarze rozgłośni, nieprzyzwyczajeni do zamieszania, zaczęli się denerwować.
      A właściwie o co pan walczy?
      Uznaliśmy za konieczne stworzenie w Ameryce niepodległego państwa rosyjskiego.
      Ale przecież pan z niego uciekł!
      No właśnie! I tu stworzymy je na nowych zasadach.
      Jak? Państwo w państwie?
      A czemu nie? Albo w najgorszym razie rosyjski stan.
      Quebec, który chciał się wtedy oddzielić od Kanady, nieco przygasił zapał
      Warwarcewa.
      Ale przecież stany w Ameryce to po prostu terytoria, bez akcentów narodowościowych – zauważył ktoś.
      My stworzymy coś szczególnego. Najważniejsze to wejść w posiadanie ziemi, a potem ja i moi zwolennicy jakoś sobie poradzimy...
      Jak to „wejść w posiadanie”?
      Po prostu: zająć teren, ogrodzić i ustawić silną ochronę. Mam już na oku potencjalne terytoria na środkowyn Zachodzie i nawet wymyśliłem nazwę: „Rossijanka”. Obywatelstwo będziemy mieć własne, rossijańskie, a nie jakąś tam zieloną kartę, którą daje się po znajomości. I Rossijańcy będą się czuć na tej ziemi nie jak ubodzy krewni, których Amerykanie przygarnęli, ale jak gospodarze.
      Tu zorientowałem się, że sam Warwarcew jest tu na razie nielegalnie, i postanowiłem przemówić mu do rozsądku, malując rzecz w czarnych barwach:
      Jest pan już Amerykaninem?
      Powiedzmy, że nie...
      No więc musi się pan najpierw zalegalizować, bo inaczej, jeśli zagarnie pan kawałek ziemi, będzie to agresja. Z najbliższej bazy lotniczej wystartuje bombowiec i z pańskiej grupy inicjatywnej nie zostanie nic, co można by złożyć do grobu.
      Kupimy radary i inne środki obrony – zareplikował.
      A kto stanie na czele waszego państwa?
      Warwarcew skromnie spuścił oczy.
      No, tu nie powinno być dwóch zdań...
      Zapachniało führerem. Bojownik o siebie samego i przeciwko wszystkim okazał się jeszcze głupszy, niż myślałem. Zainteresowanie opadło, ludzie zaczęli się pomału rozchodzić. Warwarcew zdjął z ramienia plecaczek, rozwiązał sznurki, wyciągnął plik broszur w czerwonych okładkach i krzyknął za odchodzącymi:
      Wszystko tu jest wyłożone, przeczytajcie... Bierzcie, starczy dla wszystkich. Jeszcze pożałujecie, kiedy zaanektujemy wasze radio!
      Na okładce broszurki pod jego nazwiskiem i zadowoloną z siebie fizjonomią widniał optymistyczny tytuł „Słuszna sprawa!”. Były kapitan Warwarcew wyszedł, ciągnąc za sobą plecak i trzaskając drzwiami jak zwyczajny schizio.
      Nawiasem mówiąc, jego pomysł nawet bez wystąpienia w radiu stał się znany w wąskich kręgach i powszechnie dyskutowany, najczęściej z odcieniem ironii. „Po co Rosjanom wewnątrz wolnego kraju osobne państwo?” – zapytywano w nagłówku wpływowej nowojorskiej „Nowej Rosyjskiej Gazety”, wydawanej w duchu całkowitej wolności słowa. Artykuł zaczynał się polemicznie i kulturalnie: „Czego chce ów Rossijaniec, rymujący się z innym znanym słowem?” Czcigodny dysydent Brunowski nadesłał z Paryża list otwarty, w którym wyszydzał Warwarcewa, nazywając jego pomysł (cytuję) „bredzeniem chorego na umyśle osiwiałego wałacha”.
      Rzeczywiście, mnóstwo ludzi w Ameryce, wyznających najprzeróżniejsze religie, żyje sobie jak chce. Mołokanie, indyjscy guru, nie mówiąc już o rdzennych Indianach – wszyscy mają prawie państwo w państwie: komuny, falangi, wspólnoty, czego tylko dusza zapragnie. Jest miasteczko, będące prywatną własnością aktorki Kim Bassinger – po prostu wykupiła tam wszystkie domy. A dlaczego nie?
      Fanatycy nabywają ziemię, budują się, głoszą swoje idee, zakazują używania samochodów i jeżdżą konno, wieczory spędzają przy świecach, uczą dzieci po swojemu w domowych szkołach, egzystując ze stulecia na stulecie niezależnie od władz federalnych i lokalnych: te liczą się z nimi i nikt nikomu nie przeszkadza. Niewątpliwie, wszyscy płacą podatki, aby ich własności i praw broniła policja, gwardia narodowa, wojsko.
      A tymczasem zwolennicy Warwarcewa chcieli mieć konkretne, niepodległe państwo i na serio się zastanawiali nad zasadami polityki, jaką ich państwo będzie prowadzić wobec breżniewowskiego Związku Radzieckiego.
      Niemniej zamysł ów krył w sobie i kryje poważne aspekty. Niektórzy z nas mają imperialne instynkty we krwi, w genach, w neuronach.
      Rosjanie od niepamiętnych czasów usiłowali zdobyć posiadłości w Ameryce. Żeby nie skłamać, już w XVI wieku, po rozgromieniu przez Iwana Groźnego Nowogrodu Wielkiego, niektóre nowogrodzkie rodziny uciekły na Syberię, po czym, przeprawiwszy się przez Cieśninę Beringa, osiadły na Alasce. Chociaż cieśnina jeszcze wtedy nie miała nazwy, otrzymała ją po wyprawie Beringa i Czirikowa, którzy na dwóch statkach wyruszyli do Ameryki – Piotr Pierwszy oczy miał zawistne, a ręce go swędziały.
      Wysłanych w szalupach na ląd rosyjskich marynarzy Indianie po prostu pozabijali i uczcili zwycięstwo procesją z pochodniami. Droga powrotna na Kamczatkę stała się dla ocalałych koszmarem. Pionierzy jeden po drugim umierali na szkorbut. Przy wyspach po drodze do domu statek doszczętnie się rozbił. Cudem ocaleni pochowali tam samego Beringa.
      Potem powstała Kompania Rosyjsko-Amerykańska. Ale nie wierzcie tej nazwie – była czysto nasza, rosyjska, z kolonialnymi ambicjami. Pojawił się nawet Wielkorządca Rosyjskiej Ameryki pan Baranow.
      Zaborcy oszukiwali i wyzyskiwali Aleutów i Indian, wywozili futra, szukali złota i diamentów, dla zachowania pozorów wprowadzali prawosławie, wywołując konflikty z katolickimi misjonarzami. Majaczyły im się rozkosze Kalifornii, do której też dotarli; zapragnęli uczynić ją rosyjską. W 1812 roku rosyjscy eksploratorzy zbudowali na wybrzeżu Pacyfiku twierdzę Fort Ross.
      Napoleon pomieszał im szyki, stawiając pod znakiem zapytania samo istnienie państwa rosyjskiego, i rząd rosyjski stracił zainteresowanie Ameryką.
      Zabrakło mu sił na realizację imperialnych planów. Fort Ross kupił słynny John Satter, którego działania zapoczątkowały w pobliżu miejsca, gdzie teraz mieszkam, gorączkę złota. Aleksander II sprzedał Alaskę rządowi amerykańskiemu.
      Większość rosyjskich osadników została, marynarze uciekali z odpływających statków, żeby nie wracać do kraju. W języku sowieckim (zaglądam do encyklopedii) „amerykańscy kapitaliści rozpoczęli rabunkową eksploatację”, „rdzenna ludność, okrutnie uciskana, stopniowo wymierała”. Ludzie wszędzie ciężko pracują. Ale dlaczego, myślę sobie, tak dobrze żyje się na Alasce i tak ciężko na Syberii, która nie została sprzedana?
      Nieszczęście rosyjskich emigrantów w Ameryce polega na tym, że w odróżnieniu od emigrantów z wielu innych krajów my nie mamy dokąd wracać. Na przykład w Irlandii już małym dzieciom, gdy tylko pójdą do szkoły, mówi się i powtarza: „Uczcie się dobrze, bo nasz kraj jest mały i nie dla wszystkich wystarczy pracy. Wielu będzie musiało emigrować. Najprawdopodobniej będziecie mieszkać w Ameryce aż do emerytury, a potem, jeśli zechcecie, wrócicie do kraju”.
      Irlandzkie wspólnoty w USA są bardzo silne. Parady uchodźców z Irlandii gromadzą miliony widzów. „Pocałuj mnie, jestem Irlandczykiem!” – to chyba najpopularniejszy znaczek noszony na piersiach przez tysiące Amerykanów. Rodzina Kennedych również wywodzi się stamtąd, nie mówiąc już o wielu innych. Ale Irlandczycy nie tworzą w Ameryce żadnych państw i falang. Przeciwnie, wielu z nich, po zbiciu majątku i przejściu na emeryturę wraca do ojczyzny.
      Powracających emigrantów rodacy przyjmują jak bliskich krewnych, pomagają się im aklimatyzować. Co miesiąc amerykańska emerytura regularnie wpływa na ich konta bankowe. Kupują domy i jak nóż w masło wchodzą w nowo-stare wspaniałe życie.
      Dla repatriantów stworzono rozsądny system stowarzyszeń, aby ich przyjąć, ugościć, rozerwać. Mój przyjaciel Irlandczyk, profesor średniowiecznej literatury francuskiej, pracuje w Kalifornii, ma dwie dorosłe córki. Każdego lata jeździ na urlop do Irlandii. Marzy, by wraz z rodziną wrócić tam na zawsze. Nawet upatrzył tam już sobie domek. Ale do emerytury chce pracować tutaj, w Ameryce.
      Zresztą na przykład pisarze nie muszą wyjeżdżać ze swych rodzinnych gniazd w Irlandii. „Ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno dyszyt wsiak poet”. Wspaniale wydane książki (zajrzyjcie do pierwszej lepszej księgarni w Dublinie!) wychodzą dzięki subsydiom państwowym. W podziemiach dublińskiego Muzeum Literatury i Związku Pisarzy, w restauracji, która nazywa się (proszę to docenić!) „Rozdział pierwszy”, miło jest posiedzieć i pogawędzić z braćmi po piórze, którzy w Irlandii są oficjalnie zwolnieni z podatków. „Jesteśmy krainą Grafomanią” – powiedział mój irlandzki kolega, chociaż sam jest prawdziwym profesjonalistą.
      Rosjanie, w odróżnieniu od wielu innych emigrantów, nie mają w Ameryce swojej wspólnoty. Kluby, jeśli nawet powstają, wyglądają żałośnie i szybko się rozpadają. Apele, by się zjednoczyć, rozpływają się w powietrzu. Być może idee kolektywizacji naszej świetlanej przeszłości odebrały Rosjanom wszelki zapał do łączenia się w grupy, a wodzowie w typie Warwarcewa odstraszają normalnych ludzi. A wrócić się nie da: nikt na nas w Rosji nie czeka z otwartymi ramionami.
      Mojego znajomego, który wrócił, dwukrotnie wyśledzono i obrabowano po tym, jak zgłosił się na milicję, by się legalnie zameldować – nic innego, tylko gliniarze wystawili bandziorom byłego Amerykanina. Znajomi i nieznajomi powtarzali mu w kółko, jedni żartem, inni serio: „Tylko ciebie nam tu jeszcze brakowało. Wracaj, skąd przyjechałeś!”. No i musiał wrócić do Cincinnati i zaczynać wszystko od początku.

      Tłumaczenie Ewa Rojewska-Olejarczuk
      Wydawnictwo DomNaWsi


PoczątekTekstyPowieści i mikropowieści

© Teksty: Jurij Drużnikow.