Jurij Drużnikow: życie i książki  Русский  English  Français  Italiano
www.druzhnikov.com

 Powieści i mikropowieści
 Krytyka
 Humor
PoczątekTekstyPowieści i mikropowieści

J u r i j  D r u ż n i k o w
Mój pierwszy czytelnik
Mikropowieść

      1
      Zadzwoniła jakaś nieznajoma — sądząc po głosie, w starszym wieku. Nie powiedziała, jak się nazywa, powiedziała tylko, że mąż kazał jej się ze mną spotkać. Ostrożnie zainteresowałem się, kim w ogóle jest jej mąż. Odrzekła, że powie później. Zaprosiłem ją do siebie, ale odmówiła: lepiej na ulicy. Następnego dnia spotkaliśmy się na placu Rewolucji koło schodów prowadzących do GUM-u.
      Była mojego wzrostu, a ja nie jestem niski. Wiek trudny do rozpoznania, twarz bez kolorów. Z gatunku suchych staruszek, dla których czas się zatrzymał. Pod zmrużonymi bezbarwnymi oczami worki: może choruje na nerki.
      — Odejdźmy na bok, żeby nas nie potrącali — zaproponowałem.
      — Nie, tutaj jest lepiej — zaprotestowała twardo. — W tłumie nas tak nie widać.
      Jej oczy były rozbiegane i pomyślałem, że może ma coś z głową. Ona jednak jak gdyby czytała mi w myślach.
      — Niech się pan nie boi, jestem zdrowa na umyśle. Nawet bardzo zdrowa.
      — Nie wątpię — starałem się ją uspokoić. — Ale o co pani chodzi?
      — Mąż prosił, żebym to panu przekazała. — Rozejrzała się, czy nikt jej nie śledzi, i wyciągnęła w moją stronę niewielkie zawiniątko. — Oczywiście lepiej by to było od razu zniszczyć i kłopot z głowy. Ale tak sobie życzył. Boję się nie wykonać jego ostatniej woli.
      Przyjąłem zawiniątko i też instynktownie rozejrzałem się.
      — Ale kim był pani mąż? I gdzie teraz jest?
      — Umarł. Tydzień temu.
      — Przepraszam... Znałem go?
      — Mówił, że pracowaliście razem.
      — Nie powiedział, gdzie?
      — Jak to, gdzie? W gazecie. Był u was cenzorem, to znaczy, chciałam powiedzieć, pełnomocnikiem Centralnego Zarządu.
      — Cezar Matwiejewicz? Mój Boże! To był wspaniały, dobry człowiek — załgałem bez najmniejszego wahania. — Wszyscy go lubili.
      Najwyraźniej w moim głosie nie było dość szczerości.
      — Był absolutnie uczciwym i przyzwoitym człowiekiem — powiedziała ostro. — Tak wyszło, że trafił do tej instytucji. Nie jego wina.
      — Oczywiście — zgodziłem się. — Tak w ogóle, to wszyscy zajmowaliśmy się tym samym. A co zawiera to zawiniątko?
      — Nie wiem — odparła. — Co też ja gadam! Wiem, oczywiście, że to są jego, jak by to powiedzieć — notatki.
      — Wspomnienia?
      — Nie całkiem. Najpierw był to jego osobisty dziennik służbowy. Ale potem... Potem mawiał, że wszystko zaczęło wyglądać inaczej i że te notatki zrehabilitują go przed...
      Speszyła się, zamilkła.
      — Zrehabilitują? — upewniłem się.
      — To tak, żeby wnuki o nim źle nie myślały. Potem powiedział, że może pan z tym zrobić, co pan zechce. Byłam przeciwna, przecież mamy dzieci, u nich wszystko jest w jak najlepszym porządku. A wiadomo to? Jednak dzieci też postanowiły tak samo, jak on... Co pan tak wierci tym pakunkiem? Proszę schować do teczki!
      Schowałem posłusznie. Musieliśmy mimo wszystko odejść na bok, ponieważ ludzie potrącali nas co chwila. Koło muzeum Lenina postaliśmy jeszcze przez kilka minut. Ze spokojem, a nawet z pewnym dystansem (co przynosiło jej chlubę) opowiedziała o tym, jak dokonał swoich dni jej mąż.
      — Dobrze umarł, szybko...
      Nigdy dotąd nie słyszałem, żeby ktoś tak powiedział o bliskim człowieku: „Dobrze umarł”.
      — Jak to „dobrze”? — zapytałem.
      — Spokojnie. Nie męczył się, jak inni. Serce — i tyle. Każdy by tak chciał... A pan, kiedy... no wie pan, kiedy wyjazd?
      — Wyjechałbym choćby i dzisiaj, ale nie puszczają.
      — Wypuszczą! — powiedziała z przekonaniem.
      — Mogę do pani zadzwonić, jak przeczytam?
      — A ma pan nasz telefon? — zatrwożyła się znowu.
      — Nie mam, ale...
      — No — zaczęła się spieszyć — właściwie nie ma po co. Wszystko panu oddałam. I życzę panu, żeby wszystko udało się, jak pan sobie zaplanował!
      Odwróciła się gwałtownie i odeszła.

      2
      Trzymając się za poręcz w wagonie metra, opuściłem powieki i przed moimi oczami pojawił się Cezar Matwiejewicz Cukierman. Albo Cenzor Matwieicz, jak nazywano go w całej redakcji. Jeszcze mówiono o nim Cenzor Cezar, w skrócie Tse-Tse. Istniał także eufemizm „Kierownik tego, czego nie wolno”. Niektórzy mówili o nim po prostu Cuka. A naczelny felietonista Awanesian w wąskim kręgu zwał go „nasz sowiecki Sacharow”.
      Cukierman był zwalistym, niespiesznym, zawsze bardzo akuratnym człowiekiem. Przypominał głównego księgowego. Na brązowy garnitur zawsze nakładał czarne narękawniki. W owłosionych rękach trzymał termos, z którego nalewał sobie po łyku herbaty. Pamiętam jego denerwujący nawyk stałego poprawiania krawata pod podwójnym podbródkiem — jak gdyby właśnie teraz miał wejść na trybunę albo do gabinetu wysokiego naczelnika.
      — Sam siebie chce udusić za to, co czyni — burczał Awanesian, któremu dostawało się od cenzora więcej niż innym.
      Wszyscy klęli na niego przy każdej nadarzającej się okazji — oczywiście za plecami. Obwiniano go o rzeczy, w których było tyle samo jego winy, jak i wielu innych. Jednak w kontaktach bezpośrednich cały zespół, włącznie z naczelnym redaktorem i jego zastępcami (nieetatowi współpracownicy w ogóle nie mieli z nim kontaktów), utrzymywał z nim wyraźny dystans. Albo to raczej cenzor trzymał nas na dystans.
      Nie można powiedzieć, że się go bano — był wykonawcą na najniższym poziomie organizacji. Zgodnie ze swoim statusem, nie mógł zupełnie na nic wydać zezwolenia. Mógł jednak stwarzać przeszkody. Jak od onkologa, można było zawsze od niego oczekiwać czegoś nieprzyjemnego.
      Rzadko kiedy ktokolwiek podejmował z nim spór, albowiem szansa wygrania praktycznie była równa zeru. Stała za nim potężna i tajemnicza organizacja, która nazywała się Komitet do Spraw Ochrony Tajemnicy Państwowej w Prasie. Instytucja ta wiedziała wszystko czego nie wolno, a pewnie także i to, co wolno — i owa absolutna wiedza, nie wiadomo jak zdobyta i przez kogo usankcjonowana, owa niewidzialna wszechpotężna władza nad umysłami piszących i czytających była źródłem szacunku w stosunku do przedstawiciela owej organizacji. Może obawy. Może wręcz lęku. A najpewniej — wszystkiego razem.
      Wszystko, co wydarzało się w świecie, w języku Cezara Matwiejewicza nazywało się „informacje”. Informacje dzielił on na ustne i pisemne. Ustne lubił, włącznie z kawałami. Śmiał się głośno i zaraźliwie, wprost trząsł się ze śmiechu i ocierał łzy z oczu, co dla opowiadającego było źródłem niewątpliwej satysfakcji i prowokowało do przypomnienia sobie czegoś jeszcze bardziej pikantnego. Bał się natomiast panicznie wszystkiego, co zostało napisane lub było już wyskładane.
      Jeśli pojawiało się zagrożenie, którego nawet nie podejrzewaliśmy, jego usta zastygały, oczy robiły się zimne i bardziej przenikliwe. Długo i hałaśliwie wciągał powietrze przez nozdrza, jak gdyby usiłując zgromadzić zapas tlenu aż do świetlanej przyszłości. Nie była ona oczywiście zbyt odległa, ale zawsze lepiej mieć trochę powietrza na zapas. Wydawało się, że zaraz wyciągnie specjalne narzędzie, jakąś lornetkę na podczerwień, żeby przejrzeć na wylot nie tylko tekst, ale i ciebie samego. Rzeczywiście wyjmował wielką lupę i jeśli jakaś litera w najbardziej odpowiedzialnych słowach, takich jak „Lenin”, „Breżniew” albo „Biuro Polityczne” nie była dobrze odbita, długo obracał korektę pod powiększającym szkłem, przyglądając się jej na różne sposoby, wnikając w sekretny sens niejasnego znaku.
      — W każdej literze tkwi zagrożenie kontrrewolucją — mówił na naradzie i widząc uśmieszki obecnych, dodawał: — Każda literka to bomba. Mówię to wam z całą odpowiedzialnością, ja — wasz doradca i przyjaciel.
      — Ale jak tu normalnie pracować w takich niebezpiecznych warunkach? — pytał ktoś. — Przecież nie jesteśmy saperami.
      — Nie ma co dramatyzować — odpowiadał pouczająco. — Jestem skromnym strażnikiem interesów państwa. Ale ponieważ niemożliwe jest, żebyście weszli z nim w konflikt, ochraniam także przed nieszczęściem was.
      W szkicu z podróży napisanym przez specjalnego korespondenta Szumskiego cenzor Cezar kazał wykreślić, że z Moskwy do Leningradu jest 707 kilometrów.
      — Żeby amerykańscy szpiedzy zabłądzili — skomentował w kręgu przyjaciół Szumski.
      Tajemnicą była także długość ziemskiego równika.
      — Przecież to strategiczne dane — wyjaśniał cenzor.
      Gdyby zaprotestowano, że informację tę można znaleźć w podręczniku do czwartej klasy, odpowiedziałby: „To znaczy, że tam została ona uzgodniona”. Albo: „Wczoraj można to było publikować, a dzisiaj już nie wolno”.
      W przypadku każdej liczby, faktu, nazwiska, wydarzenia, każdej nazwy własnej Cezar Matwieicz wymagał jednego: uzgodnienia z odpowiednim kompetentnym ministerstwem. A kiedy usiłowano mu cierpliwie wyjaśnić, że przynajmniej w pewnych przypadkach jest to absurdalne, Cezar Matwieicz odpowiadał z uśmiechem:
      — Tak — może macie rację. Ale potem z roboty wyrzucą mnie.
      Pytano go:
      — Czego pan się trzęsie?
      Odpowiadał:
      — Lepiej się trząść w ciepłym gabinecie niż z zimna na ulicy.
      Próbowano go zawstydzić:
      — Ale z pana tchórz!
      — Z waszego punktu widzenia jestem tchórzem. A z punktu widzenia mojego kierownictwa — zachowuję czujność.
      „Czujność” stała się w redakcji przysłowiowa. Jego aforyzmy krążyły po wszystkich działach.
      Pewnego razu wydał na świat myśl, która miała, jak sądzę, fundamentalne znaczenie filozoficzne dla ziemskiej cywilizacji. A może nawet dla całego wszechświata.
      — Z punktu widzenia cenzury — oświadczył — idealną gazetą jest papier bez tekstu.
      — A może by tak chociaż obrazki? — zapytałem ostrożnie.
      — Obrazki to już kryminał.
      Oszukanie cenzora, wyprowadzenie go w pole uważane było w redakcji za wielkie osiągnięcie. Ludzie szli na największe ryzyko: podrabiali kluczowe podpisy, przysięgali, że zezwolenie już mają, tylko nie ma na razie wolnego samochodu, żeby pojechać po uzgodniony podpis. Namawiali go, żeby podpisał, bo zostanie zerwany grafik produkcji gazety: za pięć minut przyniesiemy... To, co wykreślił, wstawiali w inne miejsce tego samego artykułu w sparafrazowanej postaci licząc na to, że nie będzie czytał drugi raz.
      Też tak robiłem — no, może nieco rzadziej od innych: sam bałem się, że trafię na ulicę.
      Kiedy mu wlepili kolejną naganę za brak czujności, ta radosna wieść momentalnie obiegła redakcyjne gabinety. Najbardziej bezczelni dzwonili do niego z gratulacjami, oczywiście zmieniając głos. Denerwował się, groził karami za obrazę honoru i godności odpowiedzialnego organu, którego jest przedstawicielem, i rzucał słuchawkę. Jednak szybko zapominał o urazach i — trzeba mu oddać sprawiedliwość — nie był mściwy. A przecież mógł.
      Każda profesja wymaga naturalnych predyspozycji, które ułatwiają jej wykonywanie. Ale jeśli czegoś nie posiadał ani na jotę, to poczucia miary w czujności. Dlatego też nigdy się nie dekoncentrował i we wszystkim widział pułapkę. Pewnego razu, gdy byłem dyżurnym w naszym dziale, zadzwonił przed dziesiątą wieczorem na wewnętrzny telefon:
      — Właśnie czytam tutaj w jednym z waszych artykulików o tym, że jutro będziemy mogli natknąć się na ulicy na robota-konia i nie odróżnimy go od prawdziwego. Bar-r-rdzo interesujące. A kto projektuje takie urządzenie?
      — Przecież to fantazja.
      — Rozumiem. A skąd autor wziął taki pomysł?
      — Jak to — skąd wziął? Z głowy...
      — Doskonale! A skąd mu przyszła do głowy taka idea?
      — O, mamo! Z powietrza.
      — Otóż to! — schwytał mnie na gorącym uczynku. — Dokładnie! Czyli że autor mógł o tym pomyśle gdzieś usłyszeć.
      — Powiedzmy, że mógł. Jakie to ma znaczenie?
      — A ma to takie znaczenie — uroczyście wyrzekł Cezar Matwiejewicz — że konia gdzieś projektują, a on o tym usłyszał.
      — Powiedzmy, że usłyszał. No i co?
      — A to, że potrzebny jest podpis z instytutu naukowego, w którym nad takim koniem pra-cu-ją.
      Że też mnie pokusiło palnąć to „z powietrza”. Sprawa zaczęła nabierać rozmiarów afery. Artykuł wypadał z kolumny tuż przed jej podpisaniem do druku. Należało to przewidzieć.
      — Przypomniałem sobie! — zawołałem dziarsko. — Autor mi mówił, że on to sam wymyślił. Absolutnie sam! Dodał jeszcze, że go w nocy olśniło, wstał i od razu zapisał.
      — A on co — lunatyk? Nie picuj mnie tu, mój drogi. Jesteśmy przecież obaj materialistami. Nic nie bierze się z niczego. Gwarantuję panu, że na pewno gdzieś to podchwycił. A jeśli nie zostało to jeszcze opatentowane i zagranica, przepraszam za wyrażenie, podpierniczy?
      Użył innego słowa, bardziej dosadnego, którego zapisać tutaj się nie zdecyduję.
      — Powiedzmy, że podchwycił — wycofywałem się. — I co w tym strasznego?
      — Jak to, co?! A jeśli podchwycił ten pomysł od ludzi, którzy pracują w instytucji bez adresu? Jeśli to wynalazek o charakterze strategicznym? Powiedzmy — jakaś nowa technologia dla konnicy Budionnego. A wie pan, jaki to paragraf? Zagrożenie obronności kraju. Rozgłaszanie informacji, stanowiących państwową i wojskową tajemnicę. Ot, co! Czuje pan, czym to dla nas pachnie.
      — Jaki podpis jest panu potrzebny? — zapytałem, poddając się. — Z Ministerstwa Obrony?
      — Tak... To już, kochaniutki, inna rozmowa. Zaraz dopytamy się u kierownictwa. Proszę nie odkładać słuchawki, ja zaraz...
      Słyszałem w słuchawce, jak wybiera numer z miejskiego telefonu.
      — Warwara Nikołajewna? Tu Cukierman. Mam tu artykuł, rozgłaszający informacje o tym, że jutro zostaną wyprowadzone na ulice sztuczne konie. Tak-tak... Zaraz zapytam.
      Teraz Cezar Matwiejewicz mówił do mojej słuchawki:
      — Jaki to koń? Elektroniczny?
      — A kto to wie? Na pewno, bo jaki by jeszcze!
      — Elektroniczny, Warwaro Nikołajewno... Aha... Rozumiem... Sam dokładnie tak samo myślałem.
      — No i co? — denerwowałem się.
      — A to, kochaniutki, że potrzebny jest podpis z Ministerstwa Przemysłu Elektronicznego, że oni nad takim koniem nie pracują.
      — Skąd ja wezmę takie oświadczenie o dziesiątej wieczorem?
      — Nie jest potrzebne dzisiaj! Po co się śpieszyć, panikować, egzaltować? Nadciśnienie tego nie znosi. W takiej bieganinie można jeszcze przegapić coś ważnego. Dzisiaj tego konia spokojnie zdejmiemy. A niech go tam!
      — A jutro, gdy zdobędziemy ten podpis z ministerstwa, będzie można to puścić?
      Jakkolwiek by patrzeć, miałem swoje kontakty z niegłupimi ludźmi w różnych ministerstwach, którzy zawsze mogli pomóc. Bez takich kontaktów tego rodzaju sprawy trzeba by załatwiać miesiącami.
      — Co jutro? — nastroszył się cenzor.
      — A to! — zdenerwowałem się. — Może coś takiego robią w Ministerstwie Automatyki?
      — Widzi pan, młody człowieku! Mnie to też niepokoi! Wie pan co, kochaniutki, na wszelki wypadek proszę zdobyć oświadczenia z obu ministerstw. Wtedy znowu zadzwonię do kierownictwa i tam powiedzą, dokąd się jeszcze zwrócić.
      Na moje nieszczęście, gazeta drukowała fantastykę i tym zajmował się właśnie mój dział. Jeśli w kolejnym opowiadaniu w stronę Ziemi lecieli przedstawiciele obcej cywilizacji, to wieczorem dzwonił wewnętrzny telefon i lekko zachrypnięty głos Cukiermana wyrażał uprzejme zainteresowanie:
      — Kochaniutki, czy w Sztabie Generalnym są zorientowani, że lecą do nas z gwiazdozbioru Andromedy?
      — Nie tylko wiedzą, Cezarze Matwiejewiczu, ale też nie mają nic przeciwko temu.
      — To świetnie! Czyli że nie będzie pan miał żadnych trudności. Proszę o oświadczenie cenzury wojskowej z ulicy Kropotkina.
      Była jednak obszerna klasa informacji, które nie wymagały ani uzgodnień, ani oświadczeń. Cezar Matwiejewicz zaczynał ochryple mruczeć pod nosem jakąś niewyraźną melodyjkę i przy jej akompaniamencie wychodził do sąsiedniego pokoju.
      — Tak właśnie myślałem! — pojawiał się w drzwiach i unosił ku górze wskazujący palec. — Wszystko w porządku. Nie są potrzebne oświadczenia, nie trzeba nic uzgadniać. O tym, kochany, po prostu nie wolno wspominać w prasie i tyle. Dla was to nawet łatwiej —mniej kłopotów.
      I rzeczywiście, w ciągu wielu lat pracy świadomość „czego nie wolno” konsekwentnie się w nas kształtowała. Do cenzora chodziliśmy coraz rzadziej.
      — Życie człowiekowi brzydnie, kiedy trzeba iść do Jego Wysokości Kastratora — skarżył się Awanesian.
      Wracał szczęśliwy:
      — Ten temat też został wycięty. Jestem, kochani, eunuchem.
      Fantastyka zaczęła kuleć. Nauka wymarła. Myśli zatęchły. W gazecie pojawiało się coraz mniej nawet niewinnych informacji. Przecież za każdym razem do ich publikacji potrzebne było jakieś oświadczenie. Przy tym nikt nigdy nie wiedział, która instytucja musi je składać. Wkrótce pojawiło się pismo instrukcyjne, żądające przedkładania do urzędu cenzury akceptacji z poszczególnych instytucji na kilka dni przed planowaną publikacją — w celu rejestracji w specjalnym dzienniku i zawiadamiania centralnego zarządu.
      Cezar Matwieicz z termosem w rękach spacerował po korytarzu pełen satysfakcji:
      — Im więcej uzgodnień, tym mniej nerwów.
      Nigdy nie brał urlopu. Kiedy z atakiem nadciśnienia trafił do szpitala, w redakcji pojawiła się sympatyczna dwudziestopięcioletnia dziewczyna, krótko ostrzyżona, starannie ubrana i ze ślicznym pyszczkiem. Przysłali ją od Warwary Nikłajewny na zastępstwo.
      — Literacki Kopciuszek z Głównego Zarządu Literatury — powiedział Awanesian, udatnie mieszając równocześnie z gnojem, słowa „Główny Zarząd Literatury”. — Jak gdybyśmy nie potrafili wychować sobie cenzora we własnym zespole.
      Awanesian, czy trzeba czy nie trzeba, często wspominał, że jest pobocznym potomkiem Puszkina. Że jego praprababka zgrzeszyła, kiedy poeta włóczył się po Kaukazie. Nie można było tego ani dowieść, ani obalić. Nosił takie same bokobrody i na imię miał, nawiasem mówiąc, dokładnie tak samo, Aleksander Siergiejewicz. Jednym słowem, Awanesian poszedł na zwiady, zagarniając dawno opublikowany i — jak sam uważał — nieodparcie śmieszny felieton. Oczywiście w rękopisie. Dalszy ciąg tej historii znam jedynie z opowieści naszego felietonisty. Wierzę mu, oczywiście, ale za pełną zgodność tej opowieści z prawdą ręczyć nie mogę.
      — Luda — powiedział, stając w progu.
      — Lepiej Ludmiła Pawłowna — poprawiła go. — Słucham pana.
      — Cenzor Matwiejewicz, to znaczy Cezar, zawsze uważał, że niezbędna jest wstępna znajomość. — Awanesian przyglądał się jej w najbardziej bezceremonialny sposób. — Jak pani sądzi? Ma pani podobne poglądy, czy też może z panią wstępnie nie trzeba? Może od razu, co?
      — Od razu w żadnym wypadku — z lekka się zarumieniła, nie cenzorskim, lecz kobiecym instynktem wyczuwając dwuznaczność.
      — No to fajnie! Proszę więc rzucić na to zręcznym okiem.
      Zaczęła czytać, a on odszedł do okna, żeby stół, przy którym siedziała, nie przeszkadzał mu w kontemplowaniu jej sylwetki. Od czasu do czasu pani cenzor poprawiała spódniczkę, a on od czasu do czasu spoglądał na podwórko, gdzie robotnicy rozładowywali ciężarówkę z papierem.
      — No i jak? — zapytał, kiedy jej oczy dotarły do ostatniej linijki. — Podoba się?
      Wydawało się, że Ludmiła Pawłowna jest nieco speszona.
      — Miałam w uniwersytecie zajęcia z felietonu i wykładowca mówił, że felieton jest teraz bardzo aktualnym gatunkiem, jednak zdecydowanie trudnym. Czy to prawda?
      — To pani ukończyła dziennikarstwo? Znaczy się, koleżanka! I które z nas ostatnie dni liceum świętować będzie w samotności? Odpowiedź jest oczywista: pani, Ludmiło Pawłowna, ponieważ jest pani młoda i ślicznie pani wygląda.
      — Dziękuję — wyrzekła. — A przy okazji, gdzieś tam w pana felietonie dochodzi do spożywania napojów alkoholowych w godzinach pracy? W centrum obliczeniowym... Jakim? Akademii Nauk? A czy między pijącymi są członkowie partii?
      — Co to ma do rzeczy? — zdziwił się Awanesian z niedobrym przeczuciem.
      — A to ma do rzeczy, że gazety czyta szeregowy prenumerator. Po co ma myśleć, że członkowie partii piją w pracy? Zaraz zadzwonię do Warwary Nikołajewny i przekonsultuję tę sprawę.
      — Nie trzeba, dobrze! — teatralnie zaczął ją błagać Awanesian. — Ona to na pewno wytnie. Proszę sobie wyobrazić, jak będzie niezręcznie, jeśli nasza radziecka cenzura odniesie się negatywnie do praprawnuka Puszkina!
      — To pan?...
      Awanesian skromnie opuścił głowę, dając jej czas na uzmysłowienie sobie tego podniosłego faktu.
      — A co ja mogę sama zrobić? — szczerze zdziwiła się Ludmiła Pawłowna.
      — Pani może wszystko, jeśli pani tylko zechce! — odparował tak samo szczerze.
      Pomyślała jeszcze przez chwilę, ale mimo to zadzwoniła. Warwara Nikołajewna zapytała, o czym jest felieton, pomilczała chwilę i powiedziała:
      — Poczekaj no, oni już raz ten felieton drukowali! Najwyraźniej sprawdzają pani czujność!
      — I wtedy zrozumiałem — oświadczył Awanesian w czasie bibki z przyjaciółmi — że gołymi rękami jej nie weźmiemy.
      Seksualny atak felietonisty znalazł się w centrum uwagi całej redakcji. Wiązaną z tą sprawą określone nadzieje — niezbyt duże, uchowaj Boże, ale liczono choćby na niewielkie przymykanie oka, na to, że nie będzie się specjalnie czepiać. Awanesianowi doradzano, sprezentowano nawet nowy importowany krawat, proponowano klucze do pustego mieszkania cioci.
      — Oczywiście, udało mi się — już wkrótce opowiadał Awanesian. — I jeśli wziąć pod uwagę moje doświadczenie, to nawet bez specjalnych wstępnych kłopotów. Jako kobieta, muszę przyznać, jest niezwykle miękka i podatna. Możecie mi wierzyć, chociaż każdy może sobie sprawdzić sam. Jednak jako cenzor to pociąg pancerny. Żadnych ustępstw, mimo wielkiego i czystego uczucia. Nie pomaga nawet pokrewieństwo z Puszkinem! Twardsi od gwoździ są tacy ludzie!
      Wkrótce, po pobycie w szpitalu, powrócił do nas zachowywać czujność Cezar Matwieicz. A Ludmiłę Pawłownę przeniesiono do drugiego organu prasowego i przepadła, nie pozostawiając Awanesianowi nawet numeru telefonu.
      W te dni, kiedy wszystkie gazety drukowały długie przemówienia wodzów, w redakcji pracowały tylko teleksy agencji TASS i korekta. Dziennikarze z nudów snuli się po korytarzach i robili zrzutki na flaszkę. Spotkałem Cukiermana koło bufetu. Trzymał w dłoni kawałek czarnego chleba.
      — Chodźmy do mnie — zaproponował nieoczekiwanie. — Poczęstuję herbatą. Mocną. Prawdziwą indyjską, ze specjalnego zamówienia. Nie to, co w tym parszywym bufecie.
      Otworzył patentowy zamek i wpuścił mnie pierwszego w drzwi z tabliczką „Pełnomocnik Głównego Zarządu Literatury. Wstęp wzbroniony”. Bywałem tu nie raz. Pod oknem stał stół — pusty i na dodatek brudny. Całą płaszczyznę wszystkich czterech ścian zakrywały półki, zapełnione grubymi skoroszytami, których, jak sądzę, nikt nigdy nie otwierał.
      — Zaraz przyniosę jagódki — powiedział wesoło Cezar Matwiejewicz.
      — Jak to? — nie zrozumiałem.
      — Tutaj mamy kwiatki, a jagódki są tam. Zgodnie z zasadami, powinienem pana w takiej sytuacji wygonić na korytarz. Ale co tam!
      Zaczął grzebać w pęku kluczy, otworzył jeden zamek, potem drugi i zniknął w sąsiednim pokoju. Wiodące tam drzwi całe były pokryte plamami plasteliny, którą zapieczętowywano zamek na koniec pracy. Jagódkami Cezar Matwieicz nazywał tajne rozporządzenia, zarządzenia, instrukcje, spisy, które były tam przechowywane. Pojawił się, uroczyście dzierżąc paczkę herbaty. Nie zapomniał przy tym sprawdzić nogą, czy drzwi się zamknęły.
      — Indyjska! — powiedział z dumą i wetknął grzałkę do gniazdka. — To, oczywiście, zacofany kraj, ale herbatę mają jak ludzie. Zaparzymy ją jak bogowie.
      — Przecież jesteśmy ateistami — nie umiałem się powstrzymać.
      Popatrzył na mnie badawczo, jak gdyby sprawdzając swoje podejrzenia.
      — Posłuchaj — burknął z wyraźną pasją, przechodząc nagle na „ty”. Wziął ze stołu szpaltę ze świeżym przemówieniem i na razie jeszcze niewyraźnym portretem sekretarza generalnego. — O czym ten bęcwał myśli, co? Co oni sobie wszyscy w ogóle myślą? W kraju nędza, ludzie żyją gorzej od bydła, wszystko się wali, a on bredzi o zwycięstwie postępowej ideologii...
      Schowałem głowę w ramiona, nie wiedząc jak zareagować. Na wszelki wypadek rzuciłem okiem na telefony. Cezar Matwiejewicz z nienawiścią cisnął na stół świeżą szpaltę gazety.
      — Przecież to... To wszystko... — najwyraźniej nie wiedział, jak to opisać. — To wszystko... nie tak!
      Nigdy nie słyszałem, żeby nawet największe przekleństwo zawierało tyle intelektualnej energii. Na wszelki wypadek nie podtrzymałem rozmowy. Cukierman wyładował się i zrezygnował z drążenia tematu. W milczeniu nasypał herbaty do czajniczka. Napiliśmy się herbaty, gadając o różnych mało ważnych sprawach. Niedopitą herbatę zlał do termosu. Odjechałem w spokoju.
      Moja pozycja w redakcji była wątpliwa, a teraz stała się zaś całkiem marna. Pewnego razu kierownik działu międzynarodowego Spicyn, którego wszyscy nie bez podstaw mieli za kapusia o nieokreślonej randze, chuchnął na mnie zapachem whisky. Whisky trafiała mu się na konferencjach prasowych w obcych ambasadach.
      — Chodzili tu tacy do szefostwa i wypytywali o ciebie.
      — Kto?
      — Z organizacji, która się wypytuje. Nawiasem mówiąc, Tse-Tse też się interesowali. Śmiesznie, nie? Zapamiętaj: nic ci nie mówiłem. Ale za to, że nic ci nie powiedziałem, jesteś mi krewny flaszkę.
      Wkrótce odszedłem z redakcji na własną prośbę — postanowiłem po prostu zająć się prozą. Od tego czasu nigdy Cezara Matwieicza nie spotkałem. Moją prozę kastrowali i zakazywali w innych redakcjach i wydawnictwach inni pełnomocnicy tej samej instytucji.

      3
      Oddawszy się wspomnieniom, o mało co nie przejechałem swojej stacji. Po deszczu dobiegłem z metra do domu, przebrałem się w suche rzeczy i póki woda w czajniku się gotowała, rozwinąłem pakunek.
      Znalazłem tam zwinięty w rulon szkolny zeszyt. Jego okładka, cała wymazana farbą drukarską i pełna plam od herbaty i masła, świadczyła, że zeszyt służył długo. Był w linie. Wzdłuż tych linijek wił się wyraźny, niemal bez skreśleń tekst. Tytuł utworu głosił: „Dziennik byłego cenzora”.
      Utwór Cezara Matwieicza poprzedzały dwa motta:
      „Cenzor to surowy strażnik wstydliwości i skromności” (Marek Cyceron).
      „Zgadzam się w stu procentach. A jeśli coś nie tak, to cenzor nie jest winny” (Cezar Cukierman).
      Zaparzyłem herbatę, postawiłem kubek na podłodze koło tapczanu, wziąłem trochę cukru i rozgrzawszy się już po wiosennej moskiewskiej mgle, zacząłem popijając herbatkę pokonywać uzyskany w taki dziwny sposób „Dziennik”.
      Cenzor to pierwszy czytelnik absolutnie wszystkiego na świecie i właśnie dlatego spoczywa na nim ogromna odpowiedzialność wobec całej postępowej ludzkości — pisał w przedmowie Cezar Matwieicz. Niestety, brak w uniwersytetach wydziałów, przygotowujących cenzorów, a także cenzuroznawstwa jako samodzielnej dyscypliny naukowej, prowadzi do tego, że zamiast z rozumnie uzasadnionymi ograniczeniami mamy do czynienia z woluntaryzmem i decyzjami wypływającymi z prywatnych gustów. W rezultacie nasza dziedzina nie nadąża za wymogami czasu i pracuje w niej niemało dyletantów.
      Niniejsza praca jest pierwszą w historii adresowaną do początkujących cenzorów próbą prezentacji błędów popełnianych przez ich starszych kolegów. I czyni to nie na podstawie słuchów i plotek, lecz na drodze bezpośredniego przekazywania doświadczenia doświadczonych kolegów, którzy niejednego guza już sobie nabili.
      Zebrano tu błędy na czas dostrzeżone przeze mnie osobiście, niedopatrzenia, z powodu których wiele wycierpiałem, a także pomyłki moich kolegów pełnomocników Urzędu w najróżniejszych organach radzieckiej prasy, radia i telewizji.
      Na podstawie opowieści moich nauczycieli, których nie ma już wśród nas, zapisałem dla potomnych także błędy cenzorów dawnych lat. Młodzi cenzorzy będą mieli możliwość nauki na podstawie nagan, otrzymanych przez starszych kolegów, i w ten sposób unikną przykrości, czyhających dosłownie w każdej literce naszej radzieckiej masowej informacji. Albowiem, jak powiedział wielki przyjaciel cenzury A.S. Puszkin, nauka oszczędza nam doświadczeń upływającego szybko życia.
      Na dalszych stronach zeszytu znalazłem zebrane przez świętej pamięci Cukiermana myśli i fakty. Z ich obfitości, która wydała mi się męcząca, przytaczam najbardziej pouczające na wypadek, gdyby czytelnik, zgodnie z ostatnią wolą Cezara Matwieicza, poczuł powołanie i wybrał na dalszą drogę swego życia szlachetne rzemiosło pełnomocnika Urzędu. A przecież w wielu krajach sprawy cenzury stoją wręcz fatalnie. Władze nie mają po prostu komu zaufać. W każdej literce ukryte jest niebezpieczeństwo kontrrewolucji.
      A oto, o czym przeczytałem w dzienniku.
      Słowo „cenzor” pochodzi z łaciny. Cenzura istnieje dwa tysiące czterysta lat, a okres swojego rozkwitu osiągnęła w naszych czasach. Pełnomocnictwa cenzora w starożytnym Rzymie były o wiele bardziej rozległe, prestiż większy, sytuacja materialna o wiele korzystniejsza. W Rzymie cenzorów uroczyście wybierano spośród najbardziej szanowanych obywateli na pięcioletnią kadencję. Nawet w carskiej Rosji, jak pisze Dal, „cenzorom rząd dawał prawo cenzorowania utworów, akceptowania ich lub zakazywania”. A ja dostałem prawo zachowania czujności od Warwary Nikołajewny. Myślałem o tym, stojąc w kolejce do bufetu, kiedy kierowca dyrektora wydawnictwa niósł skrzynkę z zaopatrzeniem ze specjalnego sklepu.
      Słowo „niecenzuralny” oznacza „nieprzyzwoity, niedopuszczalny”. Czyli że to, co niecenzuralne, jest amoralne i nieetyczne. Fakt ten powinien być źródłem natchnienia dla pełnomocników Urzędu w ich walce o wprowadzenie autocenzury myśli wszystkich radzieckich pisarzy, aby nie liczyli oni, że ktoś ich zawsze i na czas poprawi.
      Ważna myśl: drobny, pozornie nic nieznaczący błąd może się przekształcić w poważną sprawę polityczną. Dzisiaj w tytule „Redakcyjny punkt widzenia” o mało co nie została opuszczona litera „d”. Dostrzegłem na czas.
      Dostaliśmy instrukcję zakazującą publikowania czegokolwiek negatywnego o ochronie przyrody. Można pisać tylko o tym, jak jest ona u nas świetnie ochraniana. Przyczyna tkwi w tym, że prezydent Nixon zwrócił się do Kongresu z wezwaniem, aby pieniądze pozostałe z programu „Apollo” zostały wydane na ochronę przyrody. Powiedział: „Ameryka powinna dać przykład Rosjanom, jak dbamy o naszą przyszłość”. U nas z programu kosmicznego nie zostało żadnych pieniędzy, ale w gazetach powinno być widać, jak wiele się czyni w tej dziedzinie.
      Dosłownie przed chwilą znalazłem na przysłanej do podpisu kolumnie „proletariacki unternacjonalozm”. Czy czasami linotypista nie jest sabotażystą. Ograniczyłem się do telefonicznego upomnienia w związku z zamianą litery „i” na „u”, nie zawiadamiając o tym incydencie Warwary Nikołajewny.
      Co za afera! W referacie Leonida Iljicza nadawanym przez radio sam słyszałem: „Jesteśmy dumni z tego, że na naszym sztandarze widnieje pięć złotych liter — ZSRR”. Trzy razy czytałem referat przygotowany do druku w naszej gazecie. TASS na czas poprawiła pięć na cztery.
      Warwara Nikołajewna opowiadała na odprawie. Do kierownictwa Urzędu zadzwoniono z KC i zapytano, dlaczego w „Prawdzie” znalazł się taki tekst: „Na budowę nie jest dostarczany beton, aparaty spawalnicze i bielizna”. Zaczęło się sprawdzanie. Okazało się, że w oryginalnym tekście było „aparaty spawalnicze i konsole”. Maszynistka uznała, że to błąd i napisała „kalesony”. A korektorzy zadecydowali, że słowo „kalesony” jest nieestetyczne i zastąpili je wyrazem „bielizna”. Nie wiem, co ich wszystko za to spotkało, ale co tu ma do rzeczy cenzura?
      Moskiewskie kino „Sztandar” zostało przemianowane na „Iluzjon”, co może wywołać uśmiech czytelnika. Lepiej nie podawać starej nazwy i sformułować tak: jedno z kin nazywa się teraz „Iluzjon”.
      Tytuł „Dziewictwo pewnych towarzyszy” bez mojej interwencji korekta sama zamieniła na „Dziwactwa”.
      Na korytarzu w pewnym urzędzie spotkałem kolegę Sz. Był członkiem komisji kontrolnej w Kursku. Budują tam nowy cyrk. Jedna z kurskich gazeta zakończyła notatkę o przebiegu budowy w sposób następujący: „Skończymy ten cyrk na stulecie Lenina!”. Jacyś towarzysze nie pomyśleli, a ucierpiał na tym cenzor.
      Tragiczne ustne wspomnienia weterana Urzędu emeryta K-skiego. Zamiast „Leningrad”, opowiadał mi szeptem, opublikowano „Leningad”. W słowie „Stalin” literę „t” zastąpiono przez „r”. Ten sam, później zrehabilitowany cenzor wspominał, jak na Kołymie spotkał pewnego towarzysza niedoli. W artykule o Azji Środkowej przepuścił on informację, że w mieście Stalinabadzie wzniesiono pomnik Stalina, a Stalin jeszcze wówczas żył. Ten towarzysz też jeszcze żył, ale do postalinowskiej amnestii nie dotrwał.
      Zażądałem zdjęcia zdania w artykule o ogrodach zoologicznych w USA: „Dawniej zwierzęta mieszkały w klatkach, a teraz mają obszerne wybiegi”. Takie aluzje do praw zwierząt do niczego nie są nam potrzebne.
      Istnieją ogromne trudności z kadrami wykwalifikowanych cenzorów na prowincji. Na odprawie w Zarządzie Warwara Nikołajewna aż się zaczerwieniła. W lokalnej gazecie opublikowano notatkę o złej pracy stacji sztucznego unasieniania zwierząt. Kończyła się ona tak: „Kołchoźnicy siedzą tam i czekają na pojawienie się spermy”.
      Czytelnicy przysłali do KC partii inną lokalną gazetę, która także trafiła potem do Urzędu. Był tam artykuł o chamskiej sprzedawczyni w sklepie spożywczym, która ukrywa deficytowe towary. Jeśli klient się jej nie podoba, odmawia sprzedania mu tego, czego żąda. Artykuł został zatytułowany: „Iwanowa nie daje”.
      Skandal! Znów znalazłem błąd korektorski na jednej z kolumn. „Radziecka technika kosmiczna” — w słowie „kosmiczna” opuszczono literkę „s”. Przeprowadziłem naradę z korektorami oraz z kierownictwem gazety na temat czujności. Zakomunikowałem Warwarze Nikołajewnie o konsekwencjach zastosowanych przez redaktora naczelnego: kierownik działu korekty — surowa nagana, korektorzy — nagana.
      W centralnej telewizji i radiu obowiązuje osobiste rozporządzenie tow. Łapina, by nie pokazywać na ekranie ludzi z brodami, a także bez krawata. Wszystkich zmusić, by się golili, i trzymać w studiach dyżurne krawaty. Ciekawe, jak będą realizować to rozporządzenie w radiu? Możliwe jednak, że wprowadzą tę samą zasadę w związku z publikowanymi u nas zdjęciami. Wziąć pod uwagę, z góry przekonsultować zarówno w kwestii bród, jak i krawatów.
      Został zwolniony pracowni literacki działu propagandy. Przeprowadził wywiad z sekretarzem organizacji partyjnej instytutu. Okazało się, że nie był to sekretarz, tylko jakiś nieznany człowiek podający się za sekretarza. Wytknięto mi, że nie zażądałem oświadczenia. Pomyślmy jednak szerzej: czy wprowadzimy zasadę sprawdzania paszportów przed rozpoczęciem wywiadu?
      Miał miejsce specjalny instruktaż w sprawie niekontrolowanych asocjacji. Podawano przykłady podtekstów. Cały kłopot polega na tym, że aby je odnaleźć, trzeba po kilka razy czytać ten sam tekst, a czujność przy tym słabnie. Doszedłem do wniosku, że pewne źródła, dobrze już znane, nie powinny być teraz cytowane. A w radiu akurat puszczają arię z opery „Demon”. Szalapin, wyobraźcie sobie, śpiewa tam: „Przeklęty świat!”. Możliwe, że pełnomocnik Urzędu nie był na tym instruktażu.
      W związku z niekontrolowanymi asocjacjami, w prognozie Instytutu Meteorologii dostrzegłem stwierdzenie: „Z Zachodu nadchodzi ocieplenie”. Zakomunikowałem kierownictwu o dwuznacznej informacji. Kierownictwo nie zrozumiało. Zakomunikowałem Warwarze Nikołajewnie. Pochwaliła mnie i powiedziała, że koniecznie należy to włączyć do kolejnego okólnika. Wolałbym premię.
      Znowu nie wykazałem dostatecznej czujności i dostałem naganę z powodu bałaganiarstwa redaktora dyżurnego działu ilustracji. Portret marszałka Greczko przy kopiowaniu fotografii przesłanej przez TASS na płytę cynkową okazał się lustrzanie odwrócony: ordery znalazły się na prawej stronie. Dotarło to do nas dopiero, jak rankiem zadzwonił ktoś z Ministerstwa Obrony.
      Z wywiadu z dyrektorem Instytutu Stomatologii: „Każdy kraj wnosi swój ogromny wkład w rozwój stomatologii. USA kroczy na czele w leczeniu zębów, my zaś jesteśmy pierwsi w teorii przygotowywania protez”. Politycznie wszystko jest tu w porządku, ale subiektywnie cierpię z tego powodu, że u nas teoria odeszła tak daleko naprzód.
      Uwaga! Skróty tekstów grożą znacznym niebezpieczeństwem. Znalazłem w jednym artykule: „Dzięki podjętym krokom, KGB-2 obsługuje w ciągu miesiąca o 1200 ludzi więcej”. Okazało się, że KGB to Kijowska Grupa Bankowa nr 2...

      4
      Na tym dziennik się kończył.
      Cezar Cukierman nie zakończył swego dzieła, poświęconego bogom. Nie doszedł do żadnych uogólnień, a to i owo nieco upiększył — na przykład historię z starorzymską cenzurą, którą przecież w istocie Rzymianie znieśli. Do żadnych wniosków nie doszedł Cenzor Cezar ani na papierze, ani w życiu. A może doszedł? Przecież kazał w końcu oddać ten zeszyt. Dlaczego właśnie mnie?
      Mało się kontaktowaliśmy, nawet kiedy tam pracowałem. Ale i wówczas stosunki te nosiły charakter, jak by to najgrzeczniej powiedzieć, specyficzny charakter.
      Pracował uczciwie i starannie i na dodatek, jak się okazuje (komu coś takiego mogłoby przyjść do głowy?), po cichutku wszystko notował. Gazeta często drukowała moje opowiadania, fragmenty przygotowanych do wydania książek, recenzje i on właśnie był pierwszym czytelnikiem, najbardziej uważnym. Oczywiście nie umknęły mu żadne moje niekontrolowane asocjacje — pojęcia nie mam, jak na nie reagował. Jeśli to i owo się przemykało, to ciekawe dlaczego? Nie zauważył? A może, myślę sobie teraz, udał, że nie zauważa?
      Potem mój pierwszy czytelnik jako pierwszy dowiedział się z tajnego okólnika, że moje nazwisko nigdy więcej nie pojawi się już w druku. Ciągnęło się to latami. Nie spotkałem go potem nawet przypadkiem. A on zachowywał czujność, bym nie spotkał się z nim w literaturze. Spójrzmy teraz na działania tego odpowiedzialnego, rzekłbym nawet, oficjalnego czytelnika nieco szerzej. A może to, co robił Cenzor Cezar, było naszym zbawieniem?
      Drukować mogli się tylko ci, którzy zgadzali się na takie warunki, przystosowywali się. Jak wielu innych, próbowałem to czynić także ja. Cezar nie dopuszczał do druku prawdziwych artystów, prawdziwej literatury i w taki sposób działał na rzecz zachowania wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość, w postaci niecenzuralnej. A co, jeśli to on dawał nam szansę, abyśmy nie stawali się konformistami, pozostali czyści i nie pchali się w tę pułapkę? Przeszkadzając w publikacji znaczących niezależnych myśli, cenzor zmuszał gadulskich do ucieczki w stronę aluzji, niedopowiedzenie, w najwyższe asocjacje i w ten sposób wpływał na udoskonalenie kultury komunikowania się w tekstach. Zakazując wszystkiego, cenzura doprowadzała do gromadzenia się niezadowolenia, postaw opozycyjnych, tworzyła aureolę tajemnicy nad głowami dysydentów. Zakaz stwarzał duchowy deficyt. Rodziły się rezultaty wprost przeciwne do oczekiwanych. Cenzura kształtowała postęp!
      Czy Cezar Matwieicz to rozumiał? Do czego dążył on sam? Oto pytanie, na które nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Najwyraźniej coś się w nim działo. Żeby się nie rozwodzić, opuściłem przedtem końcówkę mojej rozmowy z żoną Cezara Matwieicza. Teraz jednak rozumiem, że muszę o tym powiedzieć.
      Szybko odeszła ode mnie na placu Rewolucji. Nagle obejrzała się i wróciła.
      — Proszę wybaczyć — powiedziała zdyszana. — Boję się. Może oni śledzą takich jak pan.
      — Nie sądzę. Wszystkich nie da się śledzić.
      — Jest pan pewien? W młodości sama pracowałam w NKWD, fakt, że jako prosta maszynistka. I już wtedy usiłowali śledzić wszystkich. Wie pan, Cezar Matwiejewicz w ostatnim czasie często wspominał o panu. Bardzo się interesował różnymi rzeczami.
      — Jakimi rzeczami? — zapytałem, udając, że nie rozumiem.
      Chciałem, żeby sama wszystko wyjaśniła. Wzruszyła tylko ramionami i uśmiechnęła się smutno.
      — Pan to już jest jedną nogą tam...
      — Ale drugą tutaj i to fest przywiązany. A on co, też chciał wyjechać?
      — Nie! — odcięła przestraszona. I dodała już spokojnie: — Kto by tam nas wypuścił, z jego zawodem? A wie pan, jak on zaczynał? Wysyłał do najwyższych instancji memoriały, żeby w Moskwie otwarto jeszcze jeden tajny instytut: Naukowo-Badawczy Instytut Cenzury. Potem zaczął pisać skargi do wyższego kierownictwa, że pełnomocnikom Urzędu nie płacą premii za przekroczenie planu. A skończył...
      Znowu się rozejrzała, chociaż nikogo blisko nas nie było, i przeszła już całkiem na szept:
      — Zaczął rozważać zagadnienie, kto był gorszy — Hitler czy Stalin.
      — I rozważył?
      — Oj, strach pomyśleć! Mówił, że Stalin był gorszy, wyobraża pan sobie? Kiedy czytał gazety, kiedy był już na emeryturze, ciągle mnie przekonywał, że na ten jego Urząd należałoby rzucić bombę atomową.
      — To jak w ogóle Cezar Matwieicz z tą odsiadką trafił do cenzury?
      — Sam się dziwił. Walczył przez całą wojnę, wrócił jako major. Potem zajmował się kwatermistrzostwem w wojsku, dopóki go za Chruszczowa nie przenieśli w stan spoczynku. W Urzędzie pracował jego kolega z frontu, którego przerzucili tam w ramach wsparcia z organów. Proszę sobie wyobrazić, ważny czekista i zupełnie nie antysemita!
      — Niemożliwe — poszczułem ją.
      — Słowo honoru! — obraziła się. — Powiedział Cezarowi: „Masz stopień oficerski, dwie rany, kupa orderów — spróbujemy tym wszystkim zasłonić twój defekt genetyczny”.
      Przypomniałem sobie Dzień Zwycięstwa, kiedy to Cezar Matwieicz pojawił się obwieszony orderami i medalami. Redakcyjna młodzież wtedy już kpiła sobie z tych wszystkich dekoracji. Powiadano, że ordery można kupić na bazarze po piątaku za sztukę.
      — Sam przecież byłem na froncie — usprawiedliwiał się. — Sam! Nie wujek!
      Ktoś wtedy w kolejce do bufetu, nie wiedząc, że Cezar Matwieicz stoi z tyłu, powiedział, że cenzor dostał te ordery za kastrowanie literatury i sztuki. A on rzeczywiście dwadzieścia pięć lat po wojnie jeszcze walczył. Jak się wyraził Awanesian, „pod dowództwem Warwary Nikołajewny”.
      — Czyli że defekt genetyczny udało się zasłonić?
      — Zasłonić zasłonili... Ale potem dzieci dorosły... Mamy syna i córkę, oboje noszą moje nazwisko, są Rosjanami. Dzieci zaczęły się wstydzić jego profesji. Zebrał się na emeryturę. I wtedy...
      W jej oczach zabłysły łzy.
      — Pochowano go uroczyście, z honorami — oświadczyłem z uczuciem.
      — Skąd pan wie?
      — Słyszałem.
      Oczywiście, że nic nie słyszałem, po prostu chciałem powiedzieć jej coś pocieszającego.
      — Chcieliśmy go sami pochować. Ale przyjechał przedstawiciel redakcji, taki mistrz ceremonii, i oświadczył, że Cezarowi Matwiejewiczowi należy się zgodnie z jego rangą cywilna uroczystość na koszt pracodawcy. A mąż zostawił mi testament na piśmie. Widniało tam: pochowajcie mnie na jakimkolwiek cmentarzu tylko przy wtórze hymnu Izraela.
      — Izraela? — drgnąłem zaskoczony.
      — O to właśnie chodzi! Oświadczyłam o tym towarzyszowi z redakcji szeptem na ucho. Chrząknął, jak pan teraz i obiecał, że zamelduje kierownictwu. I wie pan, rzeczywiście się szarpnęli, zamówili orkiestrę.
      — I zagrali hymn Izraela?
      — Zagrali hymn Związku Radzieckiego. Przygotowali nekrolog do gazety. Kazali mi przyjechać sprawdzić, czy wymieniono wszystkie ordery. Mocno napisali: „Bezlitosna śmierć wyrwała z naszych szeregów wiernego bojownika wielkiej bolszewickiej prasy”... I dalej w tym stylu.
      — A przecież, ja to czytałem! — potwierdziłem.
      Na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu i od razu zniknął.
      — Nekrologu o swoim towarzyszu nie puściła cenzura.
      Pocałowałem w rękę wdowę po moim najbardziej wymagającym czytelniku i kobieta cicho odeszła.

      Przełożył Piotr Fast


PoczątekTekstyPowieści i mikropowieści

© Teksty: Jurij Drużnikow.