|
A
ja tam byłem, miód i wino piłem, ponieważ
za mąż wychodziła jedna z moich studentek. Jednak
opowieść ta nie dotyczy samego wesela — czym tu
zaskoczyć czytelnika: niemal wszyscy mają coś takiego
za sobą, a niektórzy lubią nawet powtarzać
ten rytuał wielokrotnie. Zresztą czemu nie, wszak życie
jest krótkie, a każdy chciałby przeżyć
jak najwięcej mocnych wrażeń? A właśnie
o mocnych wrażeniach po ślubie, o atrakcjach
miodowego miesiąca będzie tutaj mowa.
W Ameryce, jak wiadomo,
poza gośćmi nikt się dzisiaj specjalnie nie rwie do
wstępowania w związki małżeńskie. To
samo dotyczy Rosji, poza tymi, którzy chcą zostać
weselnymi gośćmi. I to jeszcze takimi gośćmi,
którzy stają się gospodarzami. Na naszym
uniwersytecie, jak zresztą na większości innych
uczelni, działają programy wymiany studentów. Grupa
Amerykanów jedzie na pół roku do Moskwy, a potem
studenci stamtąd pojawiają się u nas. Jak się
domyślacie, dobrze płacimy rosyjskiemu uniwersytetowi za
każdego z naszych studentów: za akademik,
wyżywienie, naukę i program kulturalny. Poza tym,
studenci wiozą ze sobą pieniążki, którymi
potem płacą za to, żeby w łazience była
gorąca woda, żeby zamek w drzwiach się zamykał,
żeby wykupić z powrotem ukradziony aparat
fotograficzny, albo po prostu za to, żeby otwarto im drzwi po
jedenastej wieczorem.
No a kiedy do nas
przyjeżdżają rosyjscy studenci, to — jak
myślicie — kto za to płaci? Zgadliście, znowu
my. Oni przecież nie mają pieniędzy. A ponieważ
sytuacja ekonomiczna w Kalifornii, a w konsekwencji także
w uniwersytecie, jest trudna, to trzeba się coraz bardziej
ograniczać. Ostatnio posłaliśmy dwudziestu studentów,
a przyjęliśmy, proszę uprzejmie o wybaczenie,
tylko dwóch — Marinę i Lubę. Na więcej
nie starczyło finansów.
A teraz o powrotach. Jak
na razie nie było przypadku, żeby amerykański student
tam pozostał. Nie, jeden raz chłopak z Kalifornii
trochę się spóźnił. Przed samym odjazdem
jego rosyjscy przyjaciele zorganizowali pożegnalną balangę.
Amerykanin zahulał z aborygenami, a z braku specjalnego
treningu w dziedzinie pochłaniania napojów wyskokowych
padł po drodze do akademika i ocknął się
w izbie wytrzeźwień. A potem jeszcze miesiąc
leżał w szpitalu, lecząc ogólne zatrucie
organizmu.
Zazwyczaj jest jednak na odwrót.
Do Moskwy wyjechało dwudziestu studentów, a wróciło
dwudziestu trzech, czy dokładniej — dwudziestu trzech
i pół. Troje się tam wydało. Jeden chłopak
i dwie dziewczyny, a jedna to nawet zdążyła
w Moskwie całkiem solidnie zajść w ciążę
i wkrótce też powiła. A jej młody
rosyjski mąż, jak to zwykle bywa, wyprowadził się
do innego stanu i tyle go było. W ogóle najczęściej
szybko się rozwodzą, ponieważ Amerykanie, jak i pewne
inne nacje, to nie żaden cymes, tylko środek transportu.
I dzieci nie mają z tym nic wspólnego.
Jednak nie zawsze wygląda
to tak cynicznie. Zdarzają się pozytywne romantyczne
wyjątki. A czasami to nawet wieczna miłość.
No, może nie wieczna (od tego słowa wieje cmentarnym
chłodem), a nazwijmy ją bardziej pragmatycznie:
przedłużona.
Kiedy studenci z Rosji
przyjeżdżają do Ameryki, to z powrotem, jak się
już domyślacie, wyjeżdża tylko pewien procent.
Albo, jak to miało miejsce z moimi wspomnianymi dwiema
studentkami z Moskwy, z powrotem wyjechało zero
procent. Piegowata rezolutna Marina wyszła za mąż za
starszego Amerykanina, profesora języka japońskiego,
tenisistę i wegetarianina. Marina od razu poprosiła
wszystkich, żeby mówili do niej Mary.
Kiedy tylko profesor się
ożenił, okazało się, że Mary pozostawiła
w ojczyźnie dwoje dzieci. Natychmiast poleciała więc
po nie do domu. Bez trudu wpuścili ją z powrotem do
Ameryki, co dowodzi, że w przypadku prawdziwej miłości
nie liczą się żadne granice. Potem do profesora
przyjechała z wizytą w celu skontrolowania
szczęścia córeczki całkiem jeszcze dziarska
teściowa, która, jak się okazało, przed
rozpadem ZSRR pracowała jako etatowy sekretarz partyjny zarządu
moskiewskich restauracji, a po rozpadzie, według jej słów,
utraciła wiarę w komunizm i dobrze zapłaciła
tym, którzy decydowali o wyborze najbardziej
utalentowanych studentek na wyjazd do Ameryki.
Teściowa profesora
oświadczyła natychmiast, że imperializm jako ostatnie
stadium kapitalizmu nie jest nic gorszy od komunizmu jako ostatniego
stadium socjalizmu i że lepszy wróbel w garści
niż gołąb na dachu. Postanowiła pozostać na
zawsze i poszukać sobie pracy w swoim zawodzie. Jednak
ponieważ u nas w stolicy Kalifornii Sacramento nie ma
zarządu miejscowych restauracji, teściowa oświadczyła,
że godzi się na stanowisko sekretarza organizacji partyjnej
w jakiejkolwiek restauracji. Zięć zapytał
wówczas:
— Jakiej partii?
Odpowiedziała
zdecydowanie:
— Jakiejkolwiek. Do
jakiej wyznaczą. Tylko żeby stanowisko było etatowe.
Nawiasem mówiąc,
etatowe stanowisko już posiada: jest teściową.
— Mamo —
prosiła ją Marina-Mary — kiedy wchodzisz do domu,
powiedz mojemu mężowi „haj”.
Później,
kiedy profesor wracał z pracy, teściowa mówiła
do córki:
— Mary, powiedz mu
„haj”.
— Skąd pani
Marina tak dobrze zna angielski? — zapytałem ją
kiedyś.
— Uczyłam ją
od dzieciństwa — odparła z dumą. —
Przeczuwałam, że się przyda. Nie dla tego alkoholika,
jej pierwszego męża (doprowadzę jeszcze do tego, że
ten szubrawiec będzie nam tutaj alimenty przysyłał!),
ale na wypadek końca komunizmu.
I wtedy zrozumiałem,
po co profesor się ożenił: żeby się
wzbogacić dzięki alimentom otrzymywanym z Moskwy od
pierwszego męża swojej żony. Ma się rozumieć
— w rublach.
Mój kontakt z profesorem
nieco się rozluźnił, ponieważ wkrótce
dostał on pracę na innym uniwersytecie i wyjechał
z naszego miasta wraz z młodą żoną,
jej dwiema wystraszonymi córeczkami i dziarską
etatową teściową. Teściowa uparcie trwała
przy decyzji, że będzie mieszkać razem z nimi
i wówczas profesor zdecydował się na podjęcie
nadzwyczajnych kroków. Powiedział teściowej, że
w Ameryce nocą policja kontroluje, czy rodzice nie mieszkają
czasami razem ze swymi dorosłymi dziećmi, co jest zabronione.
Teściowa spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała
po chwili namysłu:
— Aluzję
zrozumiałam.
I profesor wynajął
jej mieszkanie blisko ich domu.
Kolega opowiadał mi,
że teściowa wydrukowała już sobie wizytówkę,
na której widniało: „Taka i taka. Etatowy
sekretarz. Teściowa profesora takiego i takiego”.
Słyszałem nawet, że teraz do profesora wybiera się
matka teściowej z miasta Tobolska. Ta zaś ma pół
Syberii krewniaków, którzy nagle zainteresowali się
poziomem życia w Ameryce.
Zostawiając w spokoju
teściową, zauważę na marginesie, że czasami
dzieci z poprzednich małżeństw są absolutnie
niezbędne dla nowych kontraktów małżeńskich
z cudzoziemcami. Nie tak dawno artystka Wielkiego Teatru Dramatycznego
wyszła za mąż za amerykańskiego dramaturga,
który odwiedził jako turysta Petersburg i zakochał
się w niej na zabój. Wszystko było bardzo
dobrze, poza językiem. W ogóle nie mówiła
po angielsku, a on ani słowa po rosyjsku. Jej siedmioletni
syn z pierwszego małżeństwa, który chodził
do elitarnego przedszkola, gdzie uczono języków obcych,
został ich tłumaczem i oświadczył się
swojej matce, a ta oświadczyny przyjęła. Potem przetłumaczył,
że mama się zgadza. Teraz są w Ameryce i syn
nadal sprawnie od rana do nocy pełni rolę tłumacza
między mamą i nowym tatusiem. No a nocą
jakoś sobie radzą bez tłumacza. Ale to już,
proszę o wybaczenie, trochę inna sprawa.
Z drugą studentką
z Petersburga, Lubą, ożenił się policjant
Patrick Warren z miasteczka leżącego pod Sacramento.
I to nie zwyczajny policjant, ale patrolowy, taki, który
lata helikopterem nad autostradą. Gdzie może się
rosyjska obywatelka poznać z policjantem? Odpowiedź
jest prosta: nie wolno stracić szansy, gdy wlepiają wam
mandat. Luba dopiero co dostała prawo jazdy i pożyczyła
samochód od przyjaciółki — chciała
sobie pojeździć. Kiedy Patrick zatrzymał ją za
przekroczenie dozwolonej prędkości, okazało się,
o czym nie wiedziała, że samochód posiada
prędkościomierz. Warren wypisał jej mandat, a wkrótce
znalazł numer jej telefonu w policyjnym komputerze
i zadzwonił. Luba się wystraszyła.
— Bardzo się
o panią niepokoję — wyjaśnił jej
Patrick. — Doskonale radzi już sobie pani z szybką
jazdą, pozostało tylko nauczyć się jeździć
wolno.
I tutaj opatrzność
podsunęła Lubie najważniejszą kwestię w jej
życiu:
— Ale kto mnie
nauczy? — zapytała kokieteryjnie.
Wiadomo, co odpowiedział
policjant Warren. Lekcja powolnej jazdy przeciągnęła
się długo po północy i zakończyła
się w sypialni Patricka. Rano absolutnie zbaraniał,
kiedy Luba podała mu do łóżka aromatyczną
kawę po turecku, którą zaparzyła, póki
jeszcze spał. Po śniadaniu zatwardziały kawaler Warren
nie miał już innego wyjścia, jak tylko się oświadczyć.
W ten sposób mandat, który wlepił Lubie,
musiał ostatecznie zapłacić sam.
Trzeba powiedzieć,
że Luba jest dziewczyną dość nieskomplikowaną,
ale sympatyczną i wcale niegłupią. Czarne oczka,
pulchne policzki, sama też ma pewną skłonność
do pulchności; baryłeczka, jak zwykł mawiać ekspert
w tej dziedzinie, monsieur de Maupassant. I na dodatek nie
zostawiła w ojczyźnie żadnego potomstwa.
Słowem, do kościoła
weszła Luba Sidiełkina, a pół godziny
później wyszła pani Warren. Tłum gości
na weselu przypominał demonstrację. Półciężarówka,
pełna wazonów na kwiaty, szybko opustoszała, a kwiaty
wręczano dalej. Cały okolica była otoczona samochodami
patrolowymi i motocyklami. Niektórzy goście przybyli
na bojowych koniach. U pasa zebranych wisiały kabury rewolwerowe,
służbowe pałki i kajdanki. Goście przy
stołach ustawionych na polanie, wprost na trawie, pili i gawędzili
trzymając w jednej ręce kielichy, a w drugiej
walkie-talkie. Szeryf ze względu na rangę wydarzenia wyraził
nawet zgodę na salut ze służbowych karabinów,
jego przyjaciel zaś, mer miasta, zarządził fajerwerki.
Huknęła orkiestra dęta miejskiej straży pożarnej
i wydało mi się, że od uderzeń talerzy,
lśniących w świetle reflektorów, rozpocznie
się nieoczekiwane trzęsienie ziemi.
Jeśli nie liczyć
gości z uniwersytetu, narzeczona była najbardziej
wykształconym człowiekiem spośród wszystkich
zebranych: ukończyła już prawie Uniwersytet Moskiewski
i nawet załapała się na pół roku
edukacji w Uniwersytecie Kalifornijskim. Spotkałem na tym
weselu także profesora języka japońskiego z żoną
Mariną-Mary, która przybyła pogratulować
przyjaciółce. Przylecieli na kilka godzin, zostawiając
dzieci z teściową. Profesor, nawiasem mówiąc,
zakomunikował mi, że nie gra już w tenisa, bo nie
ma czasu, i że przestał być wegetarianinem:
teściowa uznała, że to szkodliwe.
— Tak się
cieszę za Lubę — szepnęła mi Mary. —
Przecież z jej słabym angielskim miała mało
szans, żeby wyjść za mąż.
W pełni weselnego
przyjęcia nad stołami powiał wiatr. To zawisła
nad nami terkocąca ważka, czyli policyjny helikopter
i surowy głos z nieba rzekł:
— W imieniu
prawa, wszyscy jesteście aresztowani! — głos
zakrztusił się i uznając widać, że
nieco przesadził, uściślił: — Aresztowani
są tylko ci, którzy nie kochają mojego przyjaciela
Patricka Warrena i Luby Sydelkin.
A ponieważ nikt nie został
aresztowany, powszechna miłość zapanowała na
polanie koło domu policjanta Warrena. Ze śmigłowca
spłynęły na dół setki białych goździków
na maleńkich spadochronikach. Na ziemi wstawiano je do pustych
butelek po szampanie. O weselisku mówiono w radiu,
pokazywano je w telewizji, wiedzieli o tym wszyscy. Powiadano,
że bez policyjnego helikoptera i samochodów patrolowych,
zaparkowanych wokół weseliska, prędkość
na autostradzie wzrosła do śmiertelnych granic.
Pod koniec tej superbalangi,
koło północy, kiedy zamierzaliśmy już
z żoną po cichu się oddalić, zbliżył
się do nas pełen radości życia młody żonkoś
Patrick. Długo potrząsał mi rękę swoją
ogromną, jak czerpak koparki, dłonią, dziękując
z przybycie i wyrzucając z siebie serie innych
uprzejmych wypowiadanych zazwyczaj w takich sytuacjach słów.
A pod koniec podzielił się z nami swoją
radością. Luba powiedziała mu (wymawiał oczywiście
„Łuba”), że ma prababcię, Gruzinkę,
mieszkającą w Suchumi.
— Tam plaża
jest lepsza niż w Los Angeles, a góry są
piękniejsze niż we Włoszech. Jednym słowem, jak
w bajce! Ja bardzo lubię szyszki-bab. Tam to się
nazywa kiszłak...
— Szaszłyk —
podpowiedziałem.
Spojrzał na mnie
z zachwytem.
— To brzmi jak
muzyka! A najważniejsze — kontynuował Warren —
że ja zbieram fajki. Mam już trzysta siedemdziesiąt
dwie.
— I wszystkie
je pan pali?
— Ja w ogóle
nie palę! To po prostu moje hobby. A prababcia Luby w Suchumi,
może pan wierzyć albo nie, ma fajkę, którą
palił sam Stalin. Może uda mi się ją odkupić
albo zamienić, jak pan sądzi? Wezmę ze sobą
fajkę, którą palił wódz indiański
u nas w Kalifornii.
Krótko mówiąc,
postanowili z Lubą spędzić miodowy miesiąc
u prababci i w podróży po Abchazji. Luba, co
prawda, usiłowała mu to wyperswadować, ale jako głowa
rodziny twardo stał na swoim.
— Jedziemy więc
do Abchazji!
— Ale przecież
tam jest wojna domowa — zauważyłem ostrożnie.
Uśmiechnął
się i napiął mięśnie.
— Czytałem o tym
w „New York Timesie”. Dodam tylko, że ukończyłem
Akademię Policyjną. Ale ponieważ Abchazja ma pewnie
swoją specyfikę, nie będę tam wypożyczał
samolotu.
Usłyszawszy to,
zrozumiałem, że moja misja konsultacyjna nie ma żadnych
szans powodzenia.
Patrick jest rzeczywiście
byczkiem pierwszej klasy. Ciemny garnitur pana młodego zdawał
się pękać na nim w szwach. Krawata w pomarańczowe
kwiaty ledwie starczyło, żeby opasać jego dębową
szyję. Potomek poszukiwaczy złota w naszej dolinie,
wprost promienieje zdrowiem. Medycyna rozwija się nie dla niego,
ubezpieczenie jest mu zupełnie niepotrzebne — to przestępców
trzeba by ubezpieczać przed takimi policjantami. Któryś
z gości przy stole opowiadał przez walkie-talkie,
że w zeszłym roku pan młody sam poradził
sobie z pięcioma kryminalistami, z których
dwóch było kiedyś bokserami. Warren z helikoptera
przez noktowizor zauważył szarpaninę koło przydrożnej
meksykańskiej restauracji. Złodzieje zrabowali dzienny
utarg. Policyjny śmigłowiec wylądował na parkingu
koło restauracji. Zanim przybyło wsparcie, Patrick musiał
troszeczkę zmitygować rabusiów: do sądu wszystkich
pięciu dostarczono ze szpitala.
Następnego dnia,
zajęty najróżniejszymi sprawami, zapomniałem
o Patricku i Lubie. Trwały egzaminy, studenci byli
podenerwowani, ich napięcie udzielało się także
mnie. W kolejce do mojego gabinetu siedziała i stała
ogromna liczba studentów pragnących zasięgnąć
konsultacji albo spieszących, by zademonstrować swoje
głębokie zainteresowanie literaturą rosyjską
dziewiętnastego wieku. Niektórzy mędrkowie wycwanili
się i zdobyli zaświadczenie o własnej
umysłowej ociężałości, co dawało im
prawo przedłużenia egzaminu pisemnego z dwóch
do czterech godzin.
Potem przyszły
wakacje i zasiadłem do niedokończonej powieści.
2
Mniej więcej po miesiącu
zadzwonił telefon. Nawet nie od razu zorientowałem się,
kto mówi. Patrick Warren wrócił właśnie
z podróży poślubnej.
— Jak tam jezioro Rica,
Picunda, rezerwat małp, góra Achun? — usiłowałem
przypomnieć sobie coś jeszcze, ale zapasy mojej erudycji
były na wyczerpaniu.
— Fenomenalnie!
Tyle wrażeń — odpowiedział. — Mogę
się z panem spotkać?
Myślałem, że
na dachu wydziału literatury światowej wyląduje
policyjny śmigłowiec, ale tak się nie stało.
Warren po prostu przyszedł i usiadł naprzeciwko mnie.
Był taki ogromny, że w gabinecie od razu zrobiło
się ciasno. Oko i część policzka Patricka
były koloru ciemnogranatowego. Nie pytałem, co się
stało: sam wszystko dokładnie opowiedział.
Do podróży
przygotowywali się bardzo starannie, wzięli walizki
upominków. Luba była w Suchumi u prababci
Maniko dwa lata temu. Piętrowy dom, wybudowany przez świętej
pamięci męża Maniko, który służył
jako ogrodnik na daczy towarzysza Kaganowicza, stał nad samym
brzegiem morza, w otoczeniu winorośli. Tam (u prababci, nie
tylko u Kaganowicza) morze dochodzi prawie do łóżka:
budzisz się i chlup! Nawiasem mówiąc, fajka,
która tak podnieciła Patricka, została podarowana
przez Stalina Kaganowiczowi. Kiedy odebrano mu daczę, ogrodnik,
mąż Maniko, znalazł tę fajkę i zabrał
ją sobie.
Latem w całym domu
i we wszystkich przybudówkach osiedlali się wczasowicze
— osiemnaście rodzin. Sama prababcia mieszkała tam,
gdzie było najciszej: na skraju sadu, w szopce, do snu
ścieliła sobie na podłodze. Jej nogi nie mieściły
się w środku i — jak zwykła była
mawiać — spały na dworze. W tej samej szopce
w starym garnku miała zakopane pieniądze. Gdy sprzedała
owoce albo odebrała zapłatę od lokatora, Maniko rozsuwała
dwie deski w podłodze szopy i wkładała
pod przykrywkę garnka ruble, ukraińskie karbowańce,
gruzińskie kupony, kazachskie tengiu, somy, łaty, zajączki
i inne wymienialne waluty. Bankom Maniko nigdy nie ufała.
Rozumiała słowo „pieniądze”, problemy
inflacji zaś były dla niej bzdurami, które jej
nie dotyczyły.
W sadzie rosły brzoskwinie
i winogrona, poskręcane ze starości, ale słodkie.
Prababcia Maniko dawniej woziła owoce na rynek, ale gdy się
zestarzała, zaczęła ustawiać swój stragan
na pętli autobusu numer 4. Kierowcy wygrzebywali pieniądze
z kasy, zakładali z powrotem plomby i kupowali
u Maniko owoce. Z drugiej strony domu, za sadem, przebiegała
szosa, a za nią tory kolejowe, a jeszcze dalej były
góry, których łagodne stoki pokrywały winorośle,
dopóki Gorbaczow nie wprowadził prohibicji. Miejscowi
kacykowie wykonali rozkazy z góry, wyrąbując
plantacje winogron do zera. Teraz, kiedy wieje wiatr, pędzą
stamtąd na miasteczko i na plażę kłęby
kurzu.
Luba opowiadała
o tym wszystkim swemu ukochanemu, kiedy przyjeżdżał
fordem ze służby i siadał do obiadu. Patrickowi
wszystko się podobało. Mówił, że bardzo
lubi egzotykę. Śmiał się co chwila i nie
mógł się doczekać wyjazdu w podróż
poślubną.
Do Suchumi dodzwonić się
im nie udało, wysłali więc list, ale odpowiedzi nie
otrzymali. Młodzi postanowili zrobić prababci niespodziankę.
W najgorszym razie Maniko wysiedli dla nich z jednego
pokoju letników. Tak myślała Luba i pouczała
męża:
— Powiesz: „Dzień
dobry! Jesteśmy z Ameryki”. A ja już sama
dodam: „Poznajcie się, Maniko. To mój mąż
— Patrick. W ogóle nie mówi ani po rosyjsku,
ani po gruzińsku, ani po abchasku”. Ty powiesz:
„Witajcie!” A prababcie odpowie: „No,
nareszcie! Przyjechali, nie zaspali”. Zawsze tak mówi
i czułość aż się świeci w jej
oczach. Wtedy ty oszołomisz ją po rosyjsku: „Bardzo
się cieszę”. A dalej to już wszystko samo
się ułoży...
Patrząc na mapę,
Patrick proponował, żeby lecieć przez Istambuł
albo Teheran, ale biuro podróży zaproponowało im
bilety z przesiadką na Aerofłot w Moskwie. Mogli
tam odwiedzić ciotkę Luby, siostrę jej matki.
Babcia Luby, córka Maniko,
dawno już umarła, a dziadka, nie wiadomo dlaczego,
nigdy jakoś nie było. Rodzice Luby zginęli pięć
lat temu, kiedy ojciec kupił żyguli i w drodze na
Kauzkaz uderzył w pełną benzyny cysternę.
A może to cysterna wjechała na niego — suma
ofiar od tej zmiany ról się nie zmienia. Ciotka i wujek
wykładali na Uniwersytecie Moskiewskim. To oni pomogli Lubie
dostać się na praktykę do Ameryki i byli teraz
bardzo zadowoleni, że ich przybrana córka nie praktykowała
na próżno. Proste rosyjskie słowa czasami oszołamiają
mnie swoim proroczym darem.
Przed odjazdem Patrick
szukał w Sacramento stosownej koszulki i sprzedawca
przekonał go, że najmodniej jest teraz nosić
dwugłowego orła z napisem po rosyjsku:
Rosja była wtedy
całkiem pełna szczęścia,
Bo za dwie kopiejki
najadłeś się gęsią.
Chociaż Luba przetłumaczyła
wydrukowany na koszulce wierszyk, Patrick nie za bardzo rozumiał,
o co w nim chodzi, orzeł mu się jednak spodobał.
W Moskwie zachwycił się wiecznie żywym Leninem
w trumnie. Chciał także wejść do McDonald’sa,
ale Luba nie miała siły stać w kolejce jeszcze
dłuższej niż do mauzoleum.
Start samolotu do Suchumi
bardzo się opóźnił, a kiedy już
dolecieli, długo nie mogli wylądować — ze
względów „meteorologicznych”. Patrick był
bardzo zadowolony, że w czasie lotu nie dawano im nic do
jedzenia.
— Rosjanie lepiej
od nas przestrzegają diety — wyjaśnił żonie.
— Bardzo mi się to podoba!
Przylecieli nocą,
kiedy wreszcie wiatr rozpędził chmury. Na lotnisku
pachniało po burzy piołunem, a gwiazdy świeciły
tak samo jaskrawo jak w Kalifornii. Na Lubę nikt nie
czekał. Na pewno prababcia Maniko nie zdążyła
odebrać telegramu, który wysłali do niej z Moskwy.
Taksówek też nie było, ale kierowca śmieciarki
z lotniska, dowiedziawszy się, że to Amerykanie,
zgodził się ich podwieźć. Luba negocjowała
cenę. Kierowca zażądał pięćset dolarów,
ale zgodził się na trzy, żądając jednak
pieniędzy z góry.
Księżyc
przytulił się do skraju góry, łagodnie
oświetlając okolice i zastępując latarnie
uliczne, które były wyłączone. Luba odnalazła
pętlę autobusu numer cztery, a koło niej dom
prababci Maniko. Wyładowali ze śmieciarki walizki
z prezentami.
Luba od dzieciństwa
spędzała tutaj wszystkie letnie wakacje i znała
nie tylko każde drzewo i każdy krzak, ale także
wszystkie szczeliny w asfalcie i każdy sęk
w wysokim, pochylonym parkanie. Przez ten właśnie płot
przełazili wraz z Giwi, sąsiadem, synem sprzedawcy ze
sklepu jubilerskiego, kiedy to Maniko nie puszczała Luby
wieczorami na spacery. Między Lubą i tym sąsiadem
nawet było to i owo, tyle że nie wieczorem, lecz
w środku dnia, kiedy sklep jubilerski na nabrzeżu
pracował pełną parą, a w domu, oprócz
Giwi, nie było nikogo. Teraz jednak nie chciała o tym
wspominać. Szła wzdłuż parkanu, a za nią
Patrick niósł dwie ogromne walizy.
Oto i przekrzywiona
furtka. Luba na wyczucie wsunęła rękę
w szczelinę, odsunęła zasuwkę i pomyślała,
że zaraz usłyszy szczekanie Timura. Zawsze szczekał
przy najmniejszym szeleście, podejrzewając, że jakieś
huncwoty szabrują brzoskwinie, zwisające za płotem.
Zaskrzypiały
zawiasy, lecz Timur nie zaszczekał. Wzdłuż ścieżki
wisiały sznury, jednak nie suszyły się na nich
kąpielówki i kostiumy kąpielowe licznych
lokatorów. W szopach, pełnych dzikich wczasowiczów,
zazwyczaj huczało jak w ulach, teraz jednak trwała tam
martwa cisza.
— Oj, popatrz! —
wyszeptała Luba.
Dom zionął
czarnymi wyrwami wybitych okien. Księżyc oświetlał
potłuczone dachówki.
— Może
wybudowali nowy dom, a ten rozbierają — zastanawiał
się Patrick.
Luba, nie odpowiadając,
pospieszyła w stronę szopy, w której latem
sypiała Maniko. Drzwi były jednak otwarte, a ze środka
donosił się zapach prymusa i wilgoci. Spłoszone
muchy brzęczącym rojem wyleciały na dwór.
— Jakiś pogrom, czy
co? Pojęcia nie mam, co się tu mogło stać i co
mamy teraz robić. — W oczach Luby pojawiły
się łzy. — Druga w nocy, sąsiedzi śpią,
nawet zapytać nie ma kogo...
— Poczekaj
chwilę...
Patrick postawił
walizki na ścieżce, wyjął z kieszeni latarkę
i świecąc sobie pod nogi, wszedł do domu. Po
kilku chwilach wrócił.
— Wygląda to
na wybuch. Meble w środku są zniszczone, zabawki
walają się po podłodze. Może zadzwonić na
policję?
— Na milicję —
poprawiła go Luba. — Telefon był w kuchni, ale
zawsze na lato Maniko go wyłączała, żeby
lokatorzy nie dzwonili. Zaraz zobaczę.
Patrick oświetlał
jej drogę i razem weszli do środka. Drzwi leżały
obok na trawie. Przez zrujnowany dach widać było niebo
i księżyc. Na lewo kuchenka gazowa, za nią
kuchenny stolik. Obok był taboret, na którym zazwyczaj
stał telefon. Luba wzięła od Patricka latarkę.
Telefon stał na swoim miejscu. Podniosła słuchawkę
i usłyszała sygnał — telefon działał.
Wykręciła 02, długo
nikt nie odbierał, potem ktoś odchrząknął
i powiedział coś po abchasku. Luba wyjaśniła
po rosyjsku, że przyjechała do prababci z wizytą,
a tu nie ma nawet domu. To znaczy, jest, ale zrujnowany. I jak
się dowiedzieć, gdzie jest prababcia i w ogóle
co dalej robić...
— Słuchaj,
kochanieńka — ochrypły głos przeszedł na
rosyjski. — Czyś ty spadła z księżyca?
U nas wszystkie domy zrujnowane. Nikt już nie ma prababci.
Co z tobą w ogóle? Dzwonisz w środku
nocy, dyżurnemu spać nie dajesz, widzicie ją!
Aresztujemy cię, jak będziesz wydzwaniać!
W słuchawce rozległ
się krótki przerywany sygnał.
Luba przytuliła się
do Patricka.
— Może obudzić
sąsiadów? Z tej strony mieszkał jubiler,
z tamtej — wujaszek Rezo, syn Maniko...
— Wiesz co — postanowił
Patrick — do świtu niedaleko, jakieś cztery, pięć
godzin. Przywykłem do bezsennych nocy, dla mnie to nie problem.
W końcu przed nami cały miodowy miesiąc. Ułożę
walizki, pościelę moją kurtkę i się
położysz. A ja posiedzę i popatrzę
na księżyc. Księżyc jest tu niezwykle piękny.
Rankiem usłyszeli czyjeś
głosy w domu, w którym mieszkał Rezo,
syn prababci Maniko, czyli, jak by to powiedzieć, cioteczny
dziadek Luby. Zaspana Luba poderwała się i poprawiając
w biegu fryzurę, pobiegła tam. Boże mój,
co się tam zaczęło! Od razu ją poznali, podnieśli
lament. Wokół niej zaczęły biegać całe
stada kobiet i dzieci, których w większości
w ogóle nie znała. Przybiegli po Patricka, który
niczego nie rozumiał, przyprowadzili go, przynieśli ich
walizki.
— Dzień dobry,
jesteśmy z Ameryki — powiedział do wszystkich
Patrick. — Bazzzo szyjemnie.
— A gdzie
Maniko? — zapytała Luba.
— Zaraz
przyprowadzimy twoją prababcię — odezwał się
dziadek Rezo. — Nie zginęła.
Był garbaty, bezzębny,
siwy i dawno niegolony.
— Czyli jest tutaj!
Dzięki Bogu!
Rezo poszedł do
szopy i powoli wyprowadził siwą, kudłatą
staruszkę w białej nocnej koszuli do samej ziemi. Szła
o lasce.
— Maniko! —
zawołała Luba i rzuciła się jej na szyję.
— Kto to? —
zapytała Maniko.
Przez jej twarz przebiegł
skurcz.
— Przecież to
Luba — powiedział Rezo.
— Jaka Luba?
— Twoja Luba,
prawnuczka.
— Nie pamiętam.
— Maniko po wybuchu straciła
pamięć — wyjaśnił Rezo, zwracając
się nie wiadomo dlaczego do Patricka. — Jest trochę
nie tego... Zresztą wszyscy tu jesteśmy jak nie wiadomo
co. Widzicie, co się wyprawia? Ty na razie siadaj, genacwale,
co będziesz tak stał.
Patrick uśmiechał
się, ale nic nie rozumiał i nie wiedział jak
zareagować.
— A on co —
głuchy? — zapytał Rezo.
— Nie, to
Amerykanin.
Patrick usiadł na
ławce przy dużym stole pod drzewem.
— Prawdziwy
Amerykanin? — zaciekawiła się czarnooka dziewczynka
z dwoma cieniutkimi warkoczykami.
Podeszła do Warrena
i dotknęła jego kolana. Patrick pogłaskał
dziewczynkę po głowie.
— Prawdziwy,
prawdziwy... — odpowiedziała za niego Luba. —
A gdzie Timur?
— Czołg go
przejechał — odpowiedziała dziewczynka. —
Całkiem niedawno.
— Co tam Timuuur! —
śpiewnie wtrącił się Rezo. — Sąsiad,
ten syn jubilera, zginął razem z całą rodziną.
Złota szukali. A my jeszcze jakoś żyjemy...
— To Giwi też
zabili? — wyrwało się Lubie.
— Jego pierwszego,
próbował zasłonić ojca...
Luba ze strachu
przytuliła się do Maniko.
— Kto to? —
znowu zapytała staruszka.
— Przecież ci
mówię, że Luba! — zdenerwował się
Rezo.
Luba pocałowała
Maniko, westchnęła i postanowiła rozdać
prezenty, które przywieźli ze sobą. Otworzyła
walizkę i zobaczyła, że była niemal pusta.
Druga — tak samo. Żeby nie dało się odczuć
różnicy wagi, ktoś przezornie włożył
do nich po kilka solidnych kamieni. Patrick obejrzał zamki.
— Widzisz,
uszkodzone! Ktoś na lotnisku w Moskwie albo w Suchumi
zabrał sobie część naszych rzeczy.
— To się teraz
często zdarza — powiedział dziadek Rezo. —
Dobrze jeszcze, że w ogóle coś wam zostawili.
Garnek z pieniędzmi wyrwali Maniko z rąk. I tak
dobrze, że ręce zostały całe...
Prezentów nie
starczyło dla wszystkich i zaczęły się łzy.
Dwie dziewczynki się pobiły, a jedna powiedziała:
— Lepiej byście
niczego nie przywozili, wtedy byłoby dla wszystkich po równo.
Luba nie przetłumaczyła
tego Patrickowi. A on, widząc, że furtka się
niemal przewraca i lada chwila może runąć,
podniósł z ziemi siekierę i, podparłszy
ramieniem słup, zaczął kombinować, jak by tu ją
umocować. Rezo w milczeniu przyniósł mu kilka
desek i gwoździe.
Potem siedli do
śniadania. Rezo długo przepraszał, że nie ma nic
prócz bryndzy, chleba i brzoskwiń prosto z drzewa.
— Mamy wojnę —
powiedział. — Brat przeciw bratu... W dom mamy trafił
pocisk. Dobrze, że w dzień, nikogo w domu nie
było, tylko dwóch raniło. Zawieźli ich do
szpitala, no i mama... Trochę ją kontuzjowało.
— Byliście u lekarza?
— spytała Luba, usiłując objąć Maniko.
Ona jednak odsuwała się od Luby, jak od kogoś obcego.
— Doktor powiedział,
że może Maniko dojdzie jeszcze do siebie — opowiadał
dalej Rezo. — I tak tanim kosztem się wykpiła...
Abchascy powstańcy wyganiali Gruzinów z domów
na ulice. Swoi, a gorsi od faszystów, bydlaki. Bóg
im rozum odebrał. Własnych krewniaków gotowi wykończyć,
w imię jakiejś bzdury. Kto wie po czyjej stronie
jest tu racja? Kto jest Gruzinem, kto Abchazem, kto Rosjaninem,
kto Osetyńcem, kto jest połówką, kto ćwiartką?
Weźmy mnie: ja i jeszcze dwóch moich braci, wszyscy
pobraliśmy się z Abchazkami. I kim są teraz
nasze dzieci? Rozumiesz coś z tego, genacwale?
Luba tłumaczyła,
Patrick potakiwał.
— A wy
przyjechaliście odpocząć? No, no... Jaki tu teraz
odpoczynek? Dom zrujnowany, jeść nie ma co. Kanalizacja
uszkodzona, wszystko cieknie na plażę. Oczywiście,
bardzo się cieszymy, żeście przyjechali. Ale powiem
wam szczerze: lepiej zmykać stąd jak najdalej. Jedźcie
raczej gdzie indziej.
— Jak ona się nazywa?
— zapytała prababcia Maniko, potrząsając stertą
dawno nieczesanych siwych włosów.
— Luba, to Luba! —
zdenerwował się dziadek Rezo i jeszcze raz powtórzył:
— Wyjedźcie, póki tu się znowu nie zaczęło...
— Ale dokąd? —
zapytała Luba, nie wiedząc, co począć.
— Wydaje mi się
— powiedział Rezo — że najlepiej jest jechać
w stronę Soczi, byle bliżej do Rosji. Tam mniej
zabijają.
— Zapytaj ich, Luba
— zainteresował się Patrick — gdzie tu można
wynająć samochód? To by było teraz dla nas
najwygodniejsze...
Rezo, wysłuchawszy tłumaczenia,
uśmiechnął się ze smutkiem.
— A może
ktoś nam sprzeda używane auto? — nie ustępował
Patrick.
— Luba objaśnij mu,
jakie to wszystko jest skomplikowane — cierpliwie perswadował
Rezo. Ale zawahał się chwilę i zaproponował:
— Wiecie co? W stodole stoi moskwicz. Mojego syna, Otara.
On jest w Tbilisi i raczej na pewno do nas nie przyjedzie.
Ogłosili tutaj, że jest wrogiem. Samochód stoi
bez potrzeby, i tak nie ma benzyny. A na dodatek mówili,
że będą samochody zabierać dla wojska... Jedź
nim, synku. Jeżeli tylko potrafisz uruchomić tego grata.
Może Amerykaninowi dadzą trochę benzyny?
— Ale jak go wam potem
oddamy? — zapytał Patrick. — Wrócimy tutaj?
— W żadnym
razie! Mój Otar ożenił się z Rosjanką,
a jej matka mieszka w Dagomysie koło Soczi. Luba ją
zna. No i postawicie auto u niej w sadzie, jak
będziecie wyjeżdżać. Zrozumiałaś, Luba?
Młodzi porozmawiali
chwilę i Patrick poweselał. Długo potem trząsł
rękę dziadka Rezo.
Moskwicz stał
w stodole. Trudno powiedzieć, żeby był nowy, ale
tu i ówdzie można było jeszcze dostrzec resztki
błękitnego lakieru połyskującego dawną
świetnością. Patrick widywał takie automobile na
wystawach starych samochodów, były bardzo drogie.
— Niech tak będzie
— postanowił Rezo. — Mam jeszcze schowane pół
kanistra. Oddasz mi cały, dobra? Jak cię drogówka
zapyta o dowód rejestracyjny, daj im trochę dolarów,
to nawet lepsze od dowodu rejestracyjnego, rozumiesz? Macie jeszcze
dwa koce, gdybyście nie znaleźli żadnego hotelu.
W aucie też się można całkiem znośnie
przespać, szczególnie z młodą żonką,
nie?
— Dzięki,
jesteście dla nas bardzo dobrzy — uprzejmie powiedział
Patrick i Luba przetłumaczyła. — Nigdy o tym
nie zapomnę. Przyjdźcie do nas do Kalifornii, też dam
wam swojego forda i pojedziecie sobie na wycieczkę nad
jezioro Tacho.
— Dzieci! —
zawołał Rezo. — Chleb jest na kartki, nigdzie
przecież nie kupią ani kawałka. Przynieście
z piwnicy bochenek chleba i słoik morelowych
konfitur...
— A można
chociaż raz popatrzeć na morze? —zapytał
ostrożnie Patrick.
Zrozumiawszy, czego chce
Amerykanin, Rezo wziął go pod łokieć
i poprowadził za krzaki na skarpę. Patrick zatrzymał
się i zamarł z otwartymi ustami. Zobaczył
głęboką dal, czystą i cichą. Gdzieś
na samym horyzoncie płynął dymiący stateczek. Pod
urwiskiem przypływ szeleścił o kamienie.
— Popatrzeć
można — stojący z tyłu Rezo kręcił
głową. — Masz to swoje morze. Ale kąpać się
w żadnym wypadku nie wolno: woda zatruta ściekami.
Wrócił do
sadu.
— Łuba —
powiedział Patrick — mam ważne pytanie do Maniko. Czy
można zobaczyć fajkę, którą palił pan
Stalin?
Prababcia w milczeniu
wzruszyła ramionami. Odpowiedział za nią dziadek Rezo:
— Jakże to,
znam przecież tę fajkę doskonale. Mama jej bardzo
strzeże, jako pamiątkę po ojcu. Kiedy byłem
młody, paliłem ją czasami w sekrecie przed matką.
I przyjaciołom dawałem pociągnąć, bo
dla wszystkich to była atrakcja.
— I gdzie ona
teraz jest?
— Mama zobaczyła
kiedyś, że palę i gdzieś ją schowała.
Ale gdzie?... Całkiem już teraz marnie z jej pamięcią.
Nawet szukałem... Może dojdzie kiedyś do siebie i przypomni...
Wybacz, genacwale!
Na pożegnanie lekko posmutniały
Patrick wyjął kamerę wideo i zaczął
kręcić wszystko jak leci: morze, zarośnięty,
zaniedbany sad, zrujnowany dom Maniko, fantastyczny samochód
moskwicz, który jeszcze nie wiedział, że czeka
go podróż poślubna, oraz wszystkich swoich nowych
krewnych, ustawionych ze skamieniałymi twarzami długim
szeregiem wzdłuż płotu.
Najwięcej trudności
sprawiło Patrickowi usadowienie się w samochodzie.
Drzwi były trochę za małe. Patrick zajął
półtora przedniego siedzenia i dla Luby została
tylko połówka. Nie dawało się wyprostować
nóg, ale jechać było można. Silnik nie chciał
zaskoczyć. Patrick roześmiał się, uniósł
pokrywę, pogrzebał z pół godziny w gaźniku
i przy świecach — i moskwicz ożył.
Wszyscy stali i machali
im w ślad. Prababcia Maniko płakała, chociaż
do końca Luby nie poznała. Miodowy miesiąc nareszcie
się rozpoczął. Miesiąc ten, teraz, kiedy Patrick
mi o tym opowiadał, wyglądał jak historia wzięta
wprost z filmu. A przecież był to kawałek
najprawdziwszego życia.
3
Luba pokazywała drogę,
moskwicz trzeszczał i pokasływał, ale dziarsko
toczył się po zniszczonej asfaltowej drodze prowadzącej
pomiędzy opuszczonymi plażami i górami. Minęli
przedmieścia, gdzie stały dacze ludzi znanych nie tylko
w Suchumi: Berii, Stalina, Kaganowicza, Mikojana. W centrum
miasta Patrick ze zdumieniem przyglądał się zburzonym
domom, czołgom stojącym na ulicach i tłumom
ludzi w kolejkach przed sklepami.
— Jakie to
interesujące! — wykrzykiwał co chwila. —
Wygląda na to, że jesteśmy tu jedynymi turystami.
Zatrzymano ich przy wyjeździe
z Suchumi. Droga była zastawiona dwoma ciężarówkami
i milicyjnym samochodem.
— Patrol! —
krzyknął wąsaty lejtnant i zaczął
badanie: — Broń? Naboje? Granaty?
— To twoi koledzy —
wyjaśniła Luba. — Policja.
Kazali im otworzyć
bagażnik.
— Co macie
w walizkach?
Walizki były niemal
puste: wszystko, czego nie ukradziono, rozdali krewniakom.
— A to co
takiego? Nie wolno wywozić benzyny z miasta.
Milicjant wytaszczył
kanister z benzyną, podał go drugiemu, a ten
szybko wyniósł go gdzieś w krzaki.
— Jak to? —
uprzejmie zainteresował się Patrick.
Nie uzyskał
odpowiedzi.
— Jechać
prędzej, nie tamować ruchu, bo jeszcze wlepimy mandat.
Droga znów wiła
się nad morzem, odsłaniając coraz fantastyczniejsze
widoki.
— Wiesz co — zaproponował
Patrick— skoro tu jest wojna, to Rezo ma rację: trzeba
jechać do Rosji — tam odpoczniemy. Sądząc według
mapy, to jeszcze jakieś sto mil. Zobacz, jak tu pięknie:
uwielbiam góry.
Długo jechali wijącą
się wśród gór drogą. W wioskach
stały transportery opancerzone, tu i tam słychać
było wystrzały. Pytani o drogę przechodnie patrzyli
na nich z obawą. Mijali zabite deskami sklepy, restauracje,
wymarłe bazary. W pewnym domu, niedaleko od szosy, sprzedano
im dwie puste butelki, żeby mieli do czego nabrać wody
ze źródła.
Słońce minęło
południe, kiedy zjechawszy z drogi, zatrzymali samochód
koło opuszczonego sadu, zeszli ze wzgórza i usiedli
pod rozłożystą jabłonią, aby coś zjeść.
Wokół ani żywej duszy. Chleb z konfiturami,
które dał im Rezo, i źródlana woda
smakowały jak nigdy. Patrick zrelaksowany wyciągnął
się na suchej trawie. Luba położyła głowę
na jego piersi i oboje — po tej szalonej nieprzespanej
nocy — zapadli w sen.
Patrick obudził się,
słysząc jakiś hałas. Trzy czarne limuzyny z zaciemnionymi
szybami, szeleszcząc oponami, powoli wytoczyły się
zza góry i zatrzymały nieopodal. Warren wodził
oczami od jednego samochodu do drugiego, jednak przez jakiś
czas nie dawały one znaku życia. Potem z pierwszej
i trzeciej limuzyny wysypały się dwie grupy młodych
ochroniarzy w czarnych garniturach i w krawatach. Stanęli
półkolem. Przednie drzwi drugiej limuzyny uchyliły
się. Łysawy generał ze złotymi pagonami wylazł
na pobocze, rozejrzał się i pochyliwszy się
służalczo, zaczął otwierać tylne drzwi.
Długo nikt się w nich
nie pojawiał. Następnie wyczyszczony na wysoki połysk
czarny oficerski but opuścił się na ziemię.
Po chwili obok niego pojawił się drugi. Obie oficerki
poruszały się trochę, rozprostowując ukryte
w nich nogi. Z ciemności doniosło się postękiwanie.
Wreszcie jakiś męski głos zaklął z gruzińskim
akcentem, a potem zapytał:
— Ludzików
żadnych nie ma?
— W żadnym
wypadku — zameldował generał — wszystko
zbadane.
Opierając się o drzwi
i podtrzymującego go generała, z samochodu wypełzł
staruszek z twarzą pokrytą śladami ospy i wąsami
opadającymi na usta. Był w białym znoszonym
trenczu z rozpiętą stójką, dwiema kieszeniami
na piersi i w białym kaszkiecie. Staruszek, mrużąc
oczy, spojrzał na słońce i powiedział:
— Ale piecze, mać jego w tę i we w tę!
Pokasłując i zataczając
się, staruszek obszedł samochód od tyłu i ustawiwszy
się przy kole, zaczął załatwiać swoją
potrzebę. Patrick spojrzał skonfundowany na Lubę,
ale spała słodko. Staruszek zakończył swą
ważną misję i westchnął z ulgą.
Zapinając rozporek z trudem zginającymi się
palcami, podszedł do skraju drogi i przesunął
kaszkiet na tył głowy. Spojrzał na góry, wyciągnął
z kieszeni fajkę i zaczął ją nabijać,
upychając tytoń kciukiem.
Ochrona rozstawiła się
szerokim kręgiem, uważnie rozglądając się
po okolicy. Generał stał obok z zapalniczką
w ręce. Staruszek wsunął fajkę do ust i zacmokał,
rozpalając ją. Nagle Patricka olśniło, dotarło
do niego, kto przed nim stoi. Zerwał się, zrozumiawszy,
jakie go spotkało szczęście. Drugi raz los nie da
mu takiej szansy. Zawołał:
— Panie Stalin!
Kiedy tylko Warren się
poruszył, ochrona rzuciła się na niego, powaliła,
pojmała, obezwładniła. Patrick mógł
oczywiście poradzić sobie z nimi bez trudu, ale
wysunął tylko głowę spomiędzy dwóch
osiłków zwisających mu na ramionach i grzecznie
się przestawił.
— Widzisz? I to się
nazywa ochrona osobista — powiedział staruszek do generała,
spluwając wściekle i rozcierając plwocinę
butem. — I za co naród płaci wam pensje?
— Nasza wina,
towarzyszu Stalin!
— Panie Stalin,
zamieńmy się — pospiesznie zawołał Patrick.
— Ja dam panu fajkę indiańskiego wodza, a pan mi
da swoją.
— Mnie, przywódcy
całej postępowej ludzkości, proponujesz fajkę
wodza jakiegoś podrzędnego plemienia?
— Ale ta fajka, jak
głosi legenda, daje nie tylko władzę, ale
i nieśmiertelność!
— To wszystko
bzdury! My, marksiści, jesteśmy ateistami. Ale ponieważ
tak bardzo pragniesz fajki, którą osobiście palił
towarzysz Stalin, to masz, weź ją sobie. Wypuśćcie
go. Generale, podaj mu moją fajkę.
I staruszek, postękując,
zaczął się sadowić na tylnym siedzeniu limuzyny.
Ochrona rzuciła
Patricka na ziemię i momentalnie wsiadła do
samochodów.
— Jak chodzi o tych
młodych ludzi tam na trawce... — powiedział staruszek
do generała. — To przecież Amerykanin... Rozważyłem
to i postanowiłem... czy wywiad Stanów Zjednoczonych
musi wiedzieć, że towarzysz Stalin znajduje się teraz
na daczy w Abchazji?
— Może wydać
rozkaz, żeby przelecieli po nich serią z kałasznikowa?
— Po co
z kałasznikowa? Niech sobie goście spokojnie
odpoczywają. A kiedy już odpoczną, niech
towarzysz Beria całą sprawę obiektywnie rozpatrzy. Po
co mają wracać do tego siedliska imperializmu. Niech taki
silny fizycznie Amerykanin popracuje trochę na rzecz socjalizmu.
A fajka wróci do jej prawowitego właściciela.
Jedziemy!
Zaryczał silnik.
Patrick trzymał w rękach fajkę, z której
wydobywał się jeszcze dymek. Teraz obudził się po
raz drugi, już naprawdę. Otworzył oczy i zobaczył,
że w jego ręce znajduje się podniesiony z ziemi
sęczek. Hałas z drogi i dym z rury
wydechowej były natomiast prawdziwe. Ich moskwicz właśnie
dziarsko zawracał i odjeżdżał wypełniony
młodzieńcami z ogolonymi na łyso głowami.
Patrick poderwał się
zręcznie i trzema skokami dopadł asfaltu, jednak
samochód był już dla niego nieosiągalny. Gonić
go byłoby głupio. Ręka machinalnie sięgnęła
do kieszeni: kluczyki też przepadły.
— Luba, fajka! —
jęknął Patrick.
— Jaka fajka?
— Fajka
indiańskiego wodza, którą chciałem zamienić
na fajkę wodza Stalina. Pojechała...
Wraz z fajką
odjechały ich ubrania, kamera Patricka, koce — wszystko
zostało w bagażniku moskwicza. Nie przepadł za to
portfel, ukryty w tylnej kieszeni spodni. Patrick leżał
na nim w czasie drzemki.
Jak się czytelnik mógł
zorientować, staram się przekazać wszystko, co mi
Patrick opowiedział, słowo w słowo, bez cienia
interpretacji. Jeśli Warren dla efektu nawet nieco przesadził,
opisując spotkanie z towarzyszem Stalinem, to ja za to
żadnej odpowiedzialności nie ponoszę. Niedawno czytałem
w jakimś poważnym piśmie, że nawet długie
sny trwają w naszej świadomości jedynie chwilę
i fajka wodza mogła się przyśnić Warrenowi,
kiedy złodzieje uruchomili już silnik ich moskwicza. Żonie
o tym dziwnym śnie Patrick postanowił nie wspominać.
Luba szlochała
i pochlipywała, mówiła, że nie chce
takiego odpoczynku. Patrick ją pocieszał: wczasy się
przecież dopiero zaczynają. A Luba uważała,
że to już koniec. Pod drzewem na trawie pozostał słoik
z morelowymi konfiturami, który obsiadły pszczoły,
i pół bochenka szarego chleba.
Na ścieżce,
wiodącej z góry do jabłoniowego sadu, pojawił
się białobrody staruszek z torbą przez ramię,
wyglądający na żebraka. Zatrzymał się
i poprosił o kawałek chleba. Luba odłamała
mu połowę tego, co zostało. Zaczął łapczywie
jeść. Dowiedziawszy się, co się stało,
staruszek powiedział:
— Toż to
kryminaliści. Wypuścili ich z więzień
i robią sobie, co chcą.
— Gdzie pan
mieszka? — spytała Luba.
— Teraz? Nigdzie.
Jestem Grekiem, a Greków Abchazi wysiedlili, tak samo jak
Gruzinów i Ormian.
— To dokąd pan
idzie?
— Wszyscy stąd
uciekają. A ja idę do Batumi, żeby się
przedostać do Turcji. Może w Turcji jest lepiej, bo tu
już się całkiem nie da żyć.
— A daleko tu jest
do lotniska? — zapytał nagle Patrick, patrząc na
zapłakaną żonę, i Luba to przetłumaczyła.
— Lotnisko?
Jesteśmy teraz całkiem niedaleko Gagry. Jedyne lotnisko
znajduje się koło Adlera. Ale to jest już za granicą,
czyli w Rosji. Autobusy teraz nie kursują. Okazji nie
złapiecie, boją się zatrzymywać. Pozostaje iść
na piechotę. Za półtora-dwa dni dojdziecie.
Patrick z Lubą
ruszyli w drogę, zabierając słoik z resztką
konfitur, dwie puste butelki i kawałek chleba. Czasami,
słysząc z tyłu nadjeżdżające
samochody, Patrick unosił rękę, próbując
je zatrzymać, ale nikt nie reagował.
Pod wieczór doszli
do miejscowości Gantiadi. Patrick cały czas przeliczał
kilometry na mile i wychodziło mu, że do lotniska
zostało dwadzieścia-dwadzieścia pięć mil.
Luba otarła obie nogi i nie mogła dalej iść.
Chciał ją nieść, ale Luba znała swoją
wagę i nie dała się wziąć na ręce.
W ciemności
usłyszeli wystrzały. Gdzieś w oddali strzelano
z armat. Z tyłu doniósł się jakiś
hałas i obok nich zatrzymał się transporter
opancerzony. Ktoś krzyknął coś z niego po
gruzińsku.
— Kto to może być?
— rozmyślał Patrick. — Abchazi, Gruzini, Rosjanie?...
W każdym razie na pewno nie złodzieje. Przecież
nie ukradli czołgu...
— To Gruzini —
powiedziała Luba.
Zaczęto im świecić
z różnych stron latarkami w twarz.
— Czego oni chcą?
— zapytał Patrick, kiedy ze dwudziestu żołnierzy
w maskujących mundurach zeskoczyło z pojazdu,
okrążyło ich i zaczęło się o coś
kłócić po gruzińsku.
— O co chodzi,
panowie? — spytała Luba. — Coście za jedni?
Jeden z nich odparł
przechodząc na rosyjski:
— Kontrola
dokumentów, panienko. Gruzińskie regularne siły
zbrojne. Paszport! Paszport!
Siły zbrojne ożywiły
się i zgadały z ożywieniem, stwierdziwszy,
że mają do czynienia z cudzoziemcem.
— Łuba — obruszył
się Patrick— powiedz im, żeby nas natychmiast puścili.
Luba przetłumaczyła.
— Powiedz mu, żeby
nie podskakiwał, bo zaraz go aresztuję — zareagował
natychmiast jeden z żołnierzy. — Niech daje
dolary, dolary! Bez dolarów przejścia nie ma.
Patricka niełatwo było
wystraszyć. Popatrzył speszony na Lubę, nie wiedząc,
co się zazwyczaj robi w takich sytuacjach w tej dziwnej
Abchazji.
— Daj im dziesięć
dolarów — poleciła Luba.
Obejrzeli banknot
w świetle latarek.
— Dziesięć?
Masz tam więcej, a my nie mamy nic. Nie dziesięć,
dawaj setkę.
Patrick dał im
jeszcze kilka papierków i wtedy zwrócili mu
paszport.
— Ej, genacwale,
a nie wypożyczysz nam na trochę dziewczyny?
Tego już Luba
Patrickowi nie przetłumaczyła.
Żołnierze zachichotali,
zaczęli poklepywać Patricka po ramionach. Potem ktoś
krzyknął coś do nich z transportera, odwrócili
się, obsiedli pojazd i wymachując automatami, odjechali
z krzykiem.
Trzeba było szukać
jakiegoś noclegu. Warrenowie postanowili iść przed
siebie, dopóki nie znajdą czegoś odpowiedniego.
Mijali ich różni także bezdomni ludzie, idący
w jedną i w drugą stronę, w pojedynkę
i w niewielkich grupkach. Nigdzie nie chciano ich przenocować.
Maszerując tak po poboczu szosy, gdzie przysiadali czasami dla
odpoczynku, dotrwali do świtu. Bez przeszkód minęli
śpiące w zieleni miasteczko Leselidze, gdzie im
powiedziano, że do rosyjskiej granicy już niedaleko.
Patrick i Luba, podniesieni na duchu, spojrzeli po sobie
i roześmiali się z ulgą: komary pogryzły
ich do tego stopnia, że z trudem rozpoznawali swoje
zapuchnięte twarze.
Następnego dnia
dotarli niemal do granicy abchasko-rosyjskiej, kiedy w zagajniku
czy może starym parku z pohukiwaniem i piskiem
otoczyła ich podejrzana grupa młodzieńców.
— Wujaszku,
poczęstuj papierosem! — wykrzykiwały małolaty.
— On nie pali —
powiedziała Luba.
Szarańcza ta,
najwyraźniej zbiegła z miejsc odosobnienia,
chichotała, pokrzykiwała, usiłowała wyżebrać
pieniądze, szalała zamroczona narkotykami w poczuciu
wolności i bezkarności. Przepychali się, rzucali
się pod nogi, trzeba było przez nich przeskakiwać.
Jednego Patrick uniósł za oszywę i zadek, żeby
usunąć go z drogi, i szczeniak uderzył go
obcasem w oko. Patrick aż przysiadł z bólu.
Natrętna sfora
znikła w lesie tak samo, jak się pojawiła.
— Mój portfel!
— spostrzegł się Patrick. — Paszporty, bilety,
pieniądze...
Lubie wyrwali też torbę
z resztą morelowych konfitur. Policzek i brew Patricka
spuchła i nabrała krwawogranatowego koloru. Oko było
jednak na szczęście całe.
Most przez rzekę
Psou zagradzały transportery. Z jednej strony mostu stały
oddziały abchaskie, z drugiej — rosyjskie. Długo
przesłuchiwali ich najpierw jedni, potem drudzy, ale teraz
odpowiadał już tylko Patrick. I chociaż nikt nie
rozumiał ani słowa, jego wypowiedzi działały na
nich hipnotycznie. Koniec końców dali im się napić
wody i objaśnili, jak dotrzeć do lotniska w Adlerze.
Szli coraz wolniej, coraz
częściej przysiadając i odpoczywając. Na
wpół nadzy, głodni, kiedy już zapadał
zmrok i tracili ostatki sił, dotarli do lotniska. Na placu
przed dworcem lotniczym sprzedawczyni zamykała na ciężką
żelazną kłódkę drzwi skleconego naprędce
baraczku z krzywym napisem „Pielmienie”. Luba
rzuciła się do niej.
— Kochana,
najdroższa, niech nam pani da cokolwiek do jedzenia, dwa dni nic
nie mieliśmy w ustach.
— Przecież
pani widzi, że zamknięte.
— Jesteśmy
z Ameryki, to Amerykanin — widzi pani, jaki głodny.
— A dolary ma?
— Nic nie mamy —
speszyła się Luba i nagle (skąd się też
bierze taka mądrość u rosyjskich kobiet!)
skojarzyła: — Dam pani biustonosz, amerykański. Nowy,
dopiero co włożyłam.
Opuściła ramiączka
sukienki, żeby bufetowa mogła się przekonać,
że nie kłamie. Patrick, nie rozumiejąc, o czym
mówią, a tym bardziej nie domyślając
się niczego z wykonywanej przez obie kobiety pantomimy,
speszony odwrócił wzrok, by nie patrzeć na żonę
wykonującej striptiz za trochę pierożków.
Luba zdjęła stanik i podała go kobiecie. Ta
bez specjalnego entuzjazmu poobracała go w dłoniach,
rzeczowo wsunęła do torby, zdjęła z drzwi
kłódkę i skryła się wewnątrz.
Wkrótce wyszła, niosąc przed sobą dwa talerze,
pełne pielmieni, i kawałek chleba.
Luba i Patrick
usadowili się na stole wkopanym w ziemię koło
drzwi. Pielmienie były zimne, pokryte zastygłym tłuszczem,
nie miało to jednak dla nich żadnego znaczenia. Pożarli
wszystko w mgnieniu oka.
— Na śniadanie mam
jeszcze amerykańskie majteczki — powiedziała wesoło
Luba. — Ale co dalej?
— Co dalej? Ja też
mam slipki — ze skromną miną odparł Patrick.
Na lotnisku nie witano
Luby i Patricka kwiatami. Do poczekalni wpuszczano tylko
pasażerów posiadających bilety. Ludzie spali na
workach, deptano po śpiących. Przed kasami kłębiły
się ogromne kolejki. Co zresztą można było w tej
kasie kupić? Urzędnicy, do których się
zwracali, w ogóle nie chcieli z nimi rozmawiać.
Patrick swoim potężnym jak lodołamacz torsem przebił
przez tłum dojście do drzwi z napisem „Kierownik
zmiany”. Luba usiłowała wyjaśnić, że
są z Ameryki i że muszą natychmiast dostać
się do Moskwy.
— Wszyscy muszą
natychmiast — przerwał jej kierownik, mężczyzna
w sile wieku, rzucając podejrzliwe spojrzenie na granatowe
oko Patricka. — Kiedy to jednak będzie możliwe, nie
mam pojęcia. Prawie wszystkie loty są odwołane:
brakuje paliwa. Paszporty!
— Okradziono nas
w Abchazji.
— Bilety?
— To samo...
— W takiej
sytuacji nic nie mogę zrobić, idźcie na milicję.
Następny!
Na posterunku zaczęło
się wszystko od nowa, potem jednak pojawił się jakiś
starszy stopniem i zaprosił ich do swojego gabinetu.
— Skomplikowana
sprawa... Ale dobrze... Skoro jesteście amerykańskimi
turystami, zrobimy wyjątek. Spróbujemy pomóc... To
będzie jednak kosztować. Drogo... I tylko w twardej
walucie.
— Przecież
zostaliśmy ograbieni. Rozumie pan — ograbieni!
Luba się rozpłakała.
— A to już
wasz kłopot. Poproście o pieniądze krewniaków.
Inaczej nie mogę wam pomóc.
Jednym słowem, nie
znaleźli dla siebie miejsca pod dachem. Położyli się
spać na polanie koło ogrodzonej płyty lotniska,
pościeliwszy jakiś dywanik i przytulając głowę
do słupa podtrzymującego ogrodzenie z drutu
kolczastego. Na świecie są jednak dobrzy ludzie: dywanik
przyniosła im litościwa sprzątaczka, która
ściągnęła go z poczekalni dla posłów
na piętrze dworca lotniczego. Uczyniła to, ponieważ
jej ukochany wnuk uciekł do Ameryki.
Od rana, głodni i zagubieni,
snuli się po budynku dworca lotniczego i okolicy. Podkarmiała
ich starszawa sprzątaczka za złożoną przez Patricka
obietnicę, że znajdzie jej wnuka w Ameryce i pomoże
mu. Sprzątaczka przyniosła nawet z domu ciepłą
bluzkę dla Luby.
Tymczasem jednak nie
udawało się znaleźć żadnego wyjścia
z sytuacji, w jakiej się znaleźli, nikt też
nie miał zamiaru im pomóc.
Na trzeci dzień
nieogolony Patrick, umywszy się jako tako w brudnej
toalecie, usadził Lubę w zwolniony akurat fotel i snuł
się po poczekalni, kiedy nagle usłyszał kogoś
mówiącego z czystym londyńskim akcentem.
Szybkim krokiem zmierzał w stronę poczekalni dla
VIP-ów siwy człowiek w eleganckim garniturze,
rozmawiając przez tłumacza z towarzyszącym mu
mężczyzną w generalskim mundurze. Za nimi
kroczyła cała świta.
— Chwileczkę,
sir! Proszę się zatrzymać.
Patrick rzucił się
do przodu, został jednak zatrzymany przez barczystego
ochroniarza. Błyskawicznie ocenił sytuację
i skonstatował, że mógłby oczywiście
w pół minuty rozprawić się z wszystkimi
czterema gorylami. Ale nie to było przecież jego celem.
Ostatnia deska ratunku wymykała mu się z rąk.
— Sir, jestem
Amerykaninem. Czy mogę z panem porozmawiać? —
krzyknął Patrick, podążając za cudzoziemcem.
Nikt nie zwracał na
niego najmniejszej uwagi.
— Halo, to bardzo
ważne! Muszę z panem porozmawiać! Proszę
zaczekać, do cholery, niech pana szlag trafi razem z tą
pańską bandą!
Cudzoziemiec w końcu
zatrzymał się, odwrócił i ślad
uśmiechu zagościł na jego zmęczonej twarzy.
Okazał się urzędnikiem z ambasady brytyjskiej
w Moskwie. Patrick krótko objaśnił mu, o co
chodzi. Dyplomata kiwnął ręką, żeby
Amerykanina przepuszczono. Ochroniarze nie rozumieli, co się
dzieje, jednak się odsunęli. Patrick pospiesznie
opowiedział o całej swojej poniewierce.
— Boże ty mój!
— wykrzyknął dyplomata. — Chociaż coś
takiego zdarza się tutaj coraz częściej. Proszę
mi napisać wasze dane, adres, telefon. Wieczorem będę
w Moskwie i rano zadzwonię do amerykańskiego
konsula.
— Przecież nie
mam żadnego adresu ani telefonu. Adler, lotnisko i tyle.
Śpimy na ulicy.
— To już
lepiej zaadresować na komendanta dworca lotniczego —
poradził generał. Zdjął furażerkę
i otarł mokrą łysinę. — Ja mu wszystko
wyjaśnię.
— Pewnie
potrzebujecie pieniędzy — uzmysłowił sobie nagle
dyplomata. — Ile wam dać i jakich? Funtów,
dolarów, rubli?
— Jeśli pan
tak miły, proszę nam dać ze trzy-cztery setki dolców
i pana namiary — powiedział Patrick. — Zwrócę,
jak tylko uda mi się dodzwonić do Bank of America. Niech
Bóg pana błogosławi!
Po jakiejś półtorej
godzinie za dolary wpuszczono ich do hotelu na lotnisku. Wreszcie
miodowy miesiąc zaczął się jakoś układać.
Jednak zakwaterowano ich osobno: Lubę w pokoju z pięcioma
innymi kobietami, a Patricka w czteroosobowym męskim
numerze. Kobiece i męskie natryski oraz toalety znajdowały
się w końcu korytarza, po którym spacerując,
młodzi mogli napawać się rodzinnym szczęściem.
Następnego dnia
ustalili, że firma lotnicza „Delta” odtworzyła
ich bilety z Moskwy do domu. Minęły jednak jeszcze
trzy dni, zanim „Aerofłot” sprzedał im nowe
bilety do Moskwy, gdyż — jak im powiedziano — stare
mogły zostać wykorzystane przez złodzieja, co było,
oczywiście, zupełną bzdurą.
W związku
z przedstawionymi tutaj radykalnymi dysproporcjami czytelnik
mógłby sobie ukształtować pogląd, iż
autor wykorzystuje konwencję amerykańskiego socrealizmu,
skoro jakoś tak wychodzi, że u nas, w Ameryce
wszystko idzie jak po maśle. No więc, kiedy przylecieli do
Moskwy i pojawili się w amerykańskim konsulacie,
Patrickowi natychmiast wydano nowy paszport. Lubie jednak, której
studencka wiza była już dawno przeterminowana, oświadczono,
że będzie musiała poczekać kilka miesięcy,
dopóki odpowiednie amerykańskie organy nie wydadzą
jej zezwolenia na wjazd do Ameryki do męża-Amerykanina.
Przecież nie ma nawet rosyjskiego paszportu.
Patrick uzmysłowił
sobie, że po miodowym miesiącu nastanie wielomiesięczny
post. Nienawiść do amerykańskiej biurokracji, której
sam broni, nie szczędząc zdrowia, zapłonęła
w sercu policjanta Warrena. W tym miejscu najwygodniej
byłoby poprowadzić akcję w następującym
kierunku: nagle nie wiadomo skąd pojawia się zręczny
werbownik z KGB i być może Patrick Warren przeszedłby
do komunistów czy jakichś tam innych „istów”.
Jednak takie dalekie od życia kombinacje nie należą
do moich obyczajów. Wprost z konsulatu rozgniewany Patrick
zadzwonił do swojego szeryfa w Sacramento, ten —
do gubernatora Kalifornii, gubernator do Waszyngtonu i z Waszyngtonu
gniew wrócił do Moskwy w postaci uprzejmej prośby,
aby uczynić wyjątek od obowiązujących reguł.
Od ambasadora z nakazem, aby wydano wizę wjazdową
żonie inspektora Warrena, przybył młody sympatyczny
urzędnik o posturze koszykarza, który widząc
w sekretariacie oczekującego Patricka, nagle rzucił
się do niego z objęciami.
— Genacwale —
wyszeptał. — Po co była ta cała awantura?
Przecież chodziliśmy w Sacramento do tej samej klasy
i graliśmy w kosza w tej samej drużynie?!
Trzeba było od razu do mnie i załatwilibyśmy
wszystko w pięć minut!
Oczywiście wstawiłem
owo „genacwale” dla większego efektu, bo młodzieniec
wyszeptał „buddy”. A Patrick nie wiedział
przecież, że jego kumpel pracuje w ambasadzie. W ten
sposób chciałem jedynie podkreślić negatywne
aspekty amerykańskiej rzeczywistości. W konkretnych
nietypowych sytuacjach Amerykanie okazują się takimi samymi
kombinatorami jak Rosjanie.
4
— Ale dieta była
tam wręcz doskonała — wspominał teraz Patrick
rozparty w fotelu w moim gabinecie. — Prawie nic nie
jedliśmy. W rezultacie doszedłem do wniosku, że
nigdy w życiu nie miałem tak zajmującego
i pełnego atrakcji urlopu. Moc wrażeń.
Zapamiętamy z Lubą nasz miodowy miesiąc na całe
życie.
— A jakże!
— zgodziłem się.
— Po tej podróży
mam trochę więcej spraw na głowie. Pieniądze na
samochód dla ciotecznego dziadka Rezo już przekazałem
dzięki uprzejmości pewnego znajomego. Czek dla tego
dyplomaty w Londynie też wysłałem. Służbowymi
kanałami znalazłem tutaj w Ameryce wnuka sprzątaczki
z lotniska w Adlerze i będę wysyłał
mu co miesiąc niewielką kwotę, a na razie
spróbuję mu pomóc w znalezieniu pracy.
— OK, Patrick —
powiedziałem, rezygnując z misji umoralniającej
w tym zakresie. — Ale przyjechał pan przecież
do mnie na uniwersytet nie tylko po to, żeby opowiedzieć
całą tę historię. Co mogę dla pana zrobić?
— Paasłuchaj, genacwale
— oświadczył dziarsko i nie dając mi nawet
sekundy na skwitowanie uśmiechem jego postępów
językowych, od razu przeszedł na normalny angielski: —
Chcę zacząć kurs rosyjskiego, gruzińskiego i abchaskiego.
Ale wieczorami, po pracy.
— Nie prowadzimy
ani gruzińskiego, ani abchaskiego...
Zawahał się.
— No to chociaż
rosyjski. Mówią, że cały czas da się
jeszcze po rosyjsku dogadać na całym tym terenie.
— Tak mi się
też wydaje. Trzeba jednak w tej sprawie pogadać
z szefem programu rosyjskiego, profesorem Gallantem. Właśnie
teraz ma konsultacje. A po co panu gruziński i abchaski?
— Jak to, po co? —
powiedział z dumą. — Przecież tam są
moje korzenie! Wie pan, jaki sens kryje słowo „Abchazja”?
To w tłumaczeniu na angielski „kraina duszy”!
Rozmowa ta miała miejsce
zeszłego lata. Zimą zostaliśmy z żoną
zaproszeni do San Francisco na koncert artystów z Moskwy.
Byliśmy spóźnieni, samochodów na autostradzie
było niewiele i cisnąłem pedał gazu, ile
się dało, rozglądając się uważnie
wokół i co chwila spoglądając we wsteczne
lusterko, żeby nie przegapić policyjnego patrolu. Strzałka
szybkościomierza przekraczała już dziewięćdziesiąt mil. Prawie
dojeżdżaliśmy, kiedy nagle usłyszałem uprzejmy
głos z nieba:
— Kierowca ciemnozielonej
toyoty! Proszę zjechać na pobocze! Bardzo pana proszę,
sir! Tylko proszę się nie zatrzymywać pod mostem,
ale na otwartym terenie, proszę...
Wokół nas nie
było więcej ciemnozielonych samochodów i nic
nie dało się zrobić. Trzeba było zjechać na
pobocze i zahamować. Czarno-biały śmigłowiec
przysiadł na wyschniętej trawce w pobliżu. Minęło
jeszcze kilka minut, póki śmigło przestało się
obracać.
— Dobrze by było,
gdyby dyżur miał Patrick Warren — powiedziałem
do żony. — W końcu nasz człowiek. Ale
to prawie niemożliwe: pracuje tu całe stado policjantów.
I oto Patrick Warren we
własnej osobie zawitał przed moje okienko, zasłaniając
mi cały świat.
— Przykro mi, sir, nie
wiedziałem, że to pan i już wprowadziłem
numer pańskiej toyoty do komputera. Tutaj jest ograniczenie
do sześćdziesięciu pięciu mil. Pan jechał dziewięćdziesiąt, a to
— licząc w myśli poruszał ustami —
po rosyjsku będzie jakieś sto czterdzieści kilometrów na godzinę.
Ale napiszę panu siedemdziesiąt pięć mil. Zawsze
to będzie trochę taniej. Państwowy skarbiec w Kalifornii
jest pusty i mandaty dla kierowców przekroczyły
już dwieście piećdziesiąt dolców.
— Ale to przecież
rozbój w biały dzień!
— Sam jestem
oburzony, sir. Ale co robić? Wszyscy musimy karmić tych
żarłocznych biurokratów, niech to diabli wezmą.
Może pan, oczywiście, złożyć skargę do
sądu, ale straci pan kupę czasu i przecież trudno
wygrać spór z policją. Bardzo pana proszę,
niech pan tak nie pędzi. Dzisiaj na tym odcinku były już
trzy wypadki — jeden śmiertelny.
Wręczył mi
mandat.
— Przez pana
spóźniliśmy się na koncert — powiedziałem
rozdrażniony.
Warren zrozumiał to
po swojemu.
— Proszę
wybaczyć, ale nie mogę podrzucić państwa do San
Francisco: nie wolno mi latać na tamtą stronę zalewu,
to już nie moje królestwo.
Krótko uścisnął
mi rękę łopatą swojej koparki. W tylnym
oknie dostrzegłem, jak helikopter, rozwiewając wysuszoną
trawę, unosi się nad autostradą.
Całą jesień,
zimę i wiosnę widywałem Patryka na campusie.
Wyróżniał się w tłumie studentów
swoją pokaźną sylwetką i policyjnym mundurem.
Widocznie nie miał czasu wpaść po służbie
do domu, by się przebrać.
— Żeńdobyy!
— wykrzykiwał, dodając już z mniejszą
pewnością siebie: — Ia iusz dopsze mówicz
rosyjskemu.
Pewnego razu wpadł
do mojego gabinetu radośnie podniecony.
— Gaatuluje! Luba
rodzil chlopcu!
Oczywiście, zamierzał
powiedzieć: „Proszę mi pogratulować”.
— Zuchy, nie
tracicie czasu na darmo.
— Wie pan, gdzieśmy
go zmajstrowali? Łuba z doktorem dokładnie to
wyliczyli: w Adlerze na skraju lotniska, kiedy nie mogliśmy
stamtąd wylecieć. Pole tak pięknie pachniało
piołunem, że nie potrafiłem się powstrzymać.
Fakt, że jechało tam jeszcze paliwem samolotowym i pobliską
toaletą, ale starałem się na to nie zwracać
uwagi. Wszystko to stało się na chodniczku z poczekalni
dla VIP-ów. Proszę tylko pomyśleć, kto chodził
po tym dywaniku! Może sam Stalin i Beria. I Kaganowicz.
I Gorbaczow. I ten tyran Mikojan!
— Głównym
tyranem był Stalin! — uśmiechnąłem się.
— A Mikojan to płotka: był tylko ludowym
komisarzem przemysłu spożywczego, odpowiadał za hot
dogi.
— Jasne — zgodził
się Patrick. — Nic nie robili, tylko hot dogi. Teraz
za dwa kopiejka gensi tam kupi nie.
W jego rozumieniu
specyfiki rosyjskiej historii nastąpił najwyraźniej
pewien postęp — potrafiłem to docenić.
Powróciwszy w środku
lata z Europy, natknąłem się na czekający
na mnie faks od policjanta Patricka Warrena. Tekst zaczynał
się od słów: „Mamy przyjemność
zawiadomić wszystkich krewnych, przyjaciół i znajomych...”.
Dalej komunikat uroczyście donosił, że Luba znów
jest w ciąży i oczekuje drugiego dziecka. Zadzwoniłem,
żeby im pogratulować.
— Ogląda pan rosyjskie
wiadomości? — zapytał. — Tam ciągle trwa
ten sam bałagan. Gruzini walczą z Abchazami. Mołdawianie
kłócą się sami ze sobą. Ormianie popadli
w konflikt z Azerbajdżanami. Tadżykowie naparzają
się z Afgańczykami... W Czeczenii koszmar. Trzeba
z tym skoń-czyć!
— Trzeba —
zgodziłem się chętnie. — Tylko jak?
— Czyżbym panu
nie mówił? Znowu się tam wybieram.
— Z Lubą?
— Boję się,
że tym razem nie. Przecież oczekuje dziecka.
— A co pan
zamierza tam robić?
— Jak to —
co?! — wykrzyknął Warren. — Po pierwsze, od
ciotki z Moskwy Łuba dowiedziała się, że
prababcia Maniko doszła do siebie po tej kontuzji. Mam nadzieję,
że przypomni sobie, gdzie schowała fajkę Stalina. Po
drugie, pamiętam twarze wszystkich, którzy nas ograbili.
Znajdę ich. Po trzecie, mam genialny pomysł: postanowiłem
ich wszystkich po-go-dzić.
— Poważnie?!
— Wystarczy już
tych głupot! Doprowadziłbym do zgody już poprzednim
razem, ale okazało się, że jeszcze nie jestem gotowy.
Przecież byłem tam tylko gościem. Dlatego, kiedy na
mnie napadali, nie mogłem reagować adekwatnie do sytuacji.
Zupełnie nie wykorzystałem więc swoich fizycznych
możliwości. Poza tym byłem bez munduru i nie
miałem ze sobą ani broni, ani pałki, ani kajdanek, ani
walkie-talkie. Teraz wszystko będzie całkiem inaczej,
genacwale!
Od tego gruzińskiego
słowa, wypowiedzianego z kalifornijskim akcentem dostałem
takiego ataku śmiechu, że absolutnie straciłem dar
mowy. Dlatego też pozostaje mi jedynie sformułować
wstępne wnioski.
Warrenowie nie tylko
wychowują gruzińsko-abchasko-rosyjsko-amerykańskiego
chłopca, ale — jak już słyszeliście —
Luba znowu jest w ciąży, o czym została
zawiadomiona faksem cała Kalifornia, ze szczególnym
uwzględnieniem prezydenta Reagana i Nancy; wiadomość
została także przesłana do prababci Maniko —
listem poleconym z potwierdzeniem odbioru.
Jednak ani Reagan z Nancy,
ani Maniko, ani Gruzini, ani Abchazowie, ani Ormianie, ani Azerbejdżanie,
ani Mołdawianie, ani Tadżycy, ani Czeczeni, ani rosyjski
MSZ, ani CIA, ani ONZ nie wiedzą jeszcze rzeczy najważniejszej.
Rosyjska instytucja, miłośnie zwana Federacyjną Agencją
Kontrwywiadu — skrótu, proszę mi wybaczyć,
przy damach głośno wymawiać nie wypada (czekiści
i tak szybko się połapali i natychmiast zmienili
tablicę na budynku) — nie wie o najważniejszym.
Nie wie bowiem nikt, że
genacwale Patrick Warren dzisiaj z samego rana wyleciał
w pełnym umundurowaniu z Sacramento do Moskwy, a stamtąd
wybiera się na Kaukaz, aby zaprowadzić tam trwały
pokój. Dodam tylko: najpierw na Kaukauzie, a potem...
Cśśś...
Ale o tym na razie ani słowa!
Przełożył Piotr Fast
|