Aluzje są zabronione.
Departament Cenzury stanu Kalifornia
Skargi w sprawie aluzji są przyjmowane w dni robocze
od 8 do 17, z przerwą obiadową od 12 do 13.
Kancelaria adwokacja Kopper & Synowie
1
Ruch zaczął się
w piątek koło południa. Zajęcia skończyły
się poprzedniego dnia, a egzaminy jeszcze się nie
zaczęły — przerwa idealna na zaimprowizowaną
balangę. W poszukiwaniu pretekstu do imprezy któryś
z przyjaciół dokonał odkrycia, że Todd
Donkey ma dzisiaj urodziny. Szubrawiec usiłował ukryć
to historyczne wydarzenie przed lokalną społecznością.
A my mamy gdzieś jego nieśmiałość i zakłopotanie!
Od razu zrobiliśmy zrzutkę
— ile tam kto miał. Dwie osoby poszły do najbliższego
supermarketu po flaszki i zagrychę. Napakowali cały
bagażnik i tylne siedzenie, a po powrocie zaczęli
rozstawiać wszystko na kolorowych papierowych talerzykach
na stołach w salonie i przed domem. Na portyku
ustawili baryłkę piwa i skrzynkę papierowych
kubków. Odszpuntowali piwo i wcisnęli pompkę.
Smakowicie pochrząkując, natychmiast wydała chmielowy
płyn.
We trójkę wynajmowali
dom z trzema sypialniami, obszernym salonem i dwom łazienkami
przy ulicy Monroe, dwadzieścia minut jazdy rowerem od uniwersyteckiego
campusu. Właściciel się domem nie interesował:
wyjechał z Kalifornii na drugi koniec Ameryki, do stanu
Main. Żądał tylko regularnego płacenia czynszu.
Domu nigdy nie zamykano. W salonie często spali jacyś
ludzie, którzy nie mieli akurat gdzie przenocować
— i nikt nie zwracał na to uwagi. Pożaru,
który łatwo mógł się przytrafić
przy takim stylu życia, właściciel się nie
obawiał, ponieważ stary dom był godziwie ubezpieczony.
Czterech spośród
pięciu stałych mieszkańców miało stałe
przyjaciółki. Dobrze znałem ten dom przy ulicy
Monroe, ponieważ mój syn był jednym z tej
czwórki. Para, dla której zabrakło osobnej
sypialni, uwiła sobie gniazdko na mansardzie, pod dachem.
Jednym słowem, dom numer 440 przy ulicy Monroe zamieszkiwało
dziewięć osób. Todd Donkey, który miał
tego dnia imieniny, mieszkał sam w garażu.
Todd był od wszystkich
o sześć lat starszy, zdał już pięćdziesiąt
dwa egzaminy i ukończył studium doktoranckie, jednak
z punktu widzenia wszystkich innych parametrów pozostawał
studentem. Garaż urządził sobie dość
przytulnie: przywlókł ze śmietnika sąsiedniego
hotelu wygniecioną leżankę, na której sypiał,
przykrywając się ciepłym szkockim pledem. W pledzie
tym na wypadek zimnej nocy zostały wycięte dwie dziury,
na oczy i jedną rękę, żeby dało
się trzymać książkę albo zgasić
światło. Miał jeszcze fotel z resztkami złoceń,
wyrzucony z bardzo bogatego domu i pamiętający
niezliczonych właścicieli. Z uniwersyteckiego wysypiska
Todd przytaszczył natomiast skasowaną w czasie
inwentaryzacji półkę na książki. Niezależnie
od drzwi na ulicę, umocowanych w bramie do garażu,
wyciął prostokątną dziurę w ścianie
i mógł dzięki temu, pełznąc jak
wąż, dostać się ze swojej siedziby wprost
do salonu bez konieczności wychodzenia na dwór.
Wieść o tym,
że przy ulicy Monroe szykuje się impreza, w mgnieniu
oka obiegła za pośrednictwem poczty komputerowej cały
campus Uniwersytetu w Stanford. Wybierający się
na wybrzeże z aparatami do nurkowania albo planujący
wyprawę do stadniny natychmiast zmieniali plany, albowiem
Ocean Spokojny w przewidywalnej przyszłości nigdzie
się nie podzieje, a balanga jest tylko dzisiaj. Ludność,
zaprzyjaźniona i całkiem przypadkowa, na rowerach,
motocyklach, rolerach, samochodami czy po prostu pieszo zwaliła
się na ulicę Monroe. Zamożniejsi przynieśli
jakieś przegryzki, pakiet coca-coli czy butelkę wina,
a ci bez kasy liczyli po prostu, że uda się coś
zjeść na krzywy ryj. Samochodu nie dawało się
zaparkować bliżej niż dwie przecznice od domu.
Ktoś przytelepał się na elektrycznym wózku
inwalidzkim pożyczonym od sąsiada i natychmiast
zażądał kabla, żeby naładować akumulator
na drogę powrotną.
Tego pięknego czerwcowego
wieczora nawet niepijący okazali się pod procentem,
lub, wyrażając się precyzyjniej, na bani, gdyż
w Ameryce nie mierzy się poziomu upojenia alkoholowego
żadnymi procentami. Zresztą ktoś szczegółowo
wyjaśnił aktualną sytuację:
— Trzeba jak najprędzej
wypić jak najwięcej! Na campusie alkohol od dawna jest
zakazany. Teraz natomiast chodzą słuchy, że zabronią
studentom picia w ogóle, tak jak zabroniono palenia
tytoniu lekarzom. Taki lekarz zapali sobie i od razu pozbawiają
go prawa wykonywania zawodu, co jest zresztą bardzo słuszne.
A jeśli student się napije, to co? Ot co: sfotografują
takiego z flaszką piwa i wyrzucą z uniwersytetu.
Już czas rozpocząć walkę z totalitaryzmem!
Oratora wyśmiano, jednak
nikt nie wiedział, jak się sytuacja ułoży
naprawdę. Wolny kraj Ameryka, więc musi bać zagwarantowana
także wolność zakazów. Ale znaczy to także,
że mimo wszystko pozostaje jeszcze wolność wyboru
rodzaju wolności. Zapomniałem powiedzieć, że
miasto Palo Alto, gdzie dojrzewała balanga, to najdroższa
miejscowość w Dolinie Krzemowej. Na marne mieszkanko
w starym domu trzeba tu wywalić taką sumę,
za którą w innej części Ameryki dałoby
się kupić pałac. Tutaj, w komputerowej kalifornijskiej
Mekce, wyciskają mózgi jak cytryny, żeby tylko
wpaść na jakiś niewiarygodny pomysł, na którym
pasłby się później postęp elektronicznych
technologii na tym najpiękniejszym ze światów,
a może nawet we wszystkich czarnych dziurach wszechświata.
Wszyscy żyją tu w niezwykłym pośpiechu,
albowiem nowiuteńki komputer, który dopiero co kupiłeś,
starzeje się natychmiast, gdy tylko zatrzaśniesz za
sobą drzwi sklepu.
Chłopcy, którzy
kapują co nieco i którzy mają na dodatek
jeszcze trochę szczęścia, niemal od razu po pożegnaniu
się z uniwersytetem stają się bogaczami. Tyle
że orzą przez kilka lat bez snu i odpoczynku, czyli
też bez cienia prywatnego życia. To właśnie
stąd komputerowe firmy Doliny Krzemowej pełne są
samotnych trzydziestoletnich mężczyzn, których
stać na samolot, ale którzy nie posiadają nawet
własnej łyżki. Marzą o rodzinie, jednak
kobiety nie mają do nich nawet dostępu: flirt w pracy
może doprowadzić do poważnych nieprzyjemności,
a wolnego czasu ci przymusowi kawalerowie przecież nie
mają. Może to dlatego czwórka studentów
w domu przy ulicy Monroe zapobiegliwie zaopatrzyła się
w przyjaciółki, żeby zdążyć
się wyszaleć na zapas.
Piąty z nich, Todd,
w odróżnieniu od swoich sąsiadów
i niezliczonych przyjaciół komputerowców,
był humanistą. Co prawda miał na zbyciu łyżkę,
ale nie miał za to żadnych szans na jakikolwiek dostatek.
Młodzieńców z doktoratami z literatury
szwenda się jak psów, a odpowiednie katedry uniwersyteckie
są niewielkie i od dawna zajęto tam wszystkie etaty.
Co prawda, młodzieńcy ci, także w Kalifornii,
są pełni nadziei na lepszą przyszłość,
tymczesem zasiadają jednak w okienku w banku, smażą
mięso w barze McDonald’s albo rozwożą
po domach pizzę. Niechętnie myśli się o takich
sprawach we własne urodziny, albowiem dopóki jesteś
studentem, życie jest piękne. I’m in the pink
— jestem różowiutki, co ma znaczyć, że
wszystko jest w najlepszym porządku. Pewnego razu, jeszcze
w Moskwie, z dumą użyłem tego sformułowania
w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem; zachichotał
ponieważ od lat trzydziestych nikt już tak nie mówi.
Ja natomiast znalazłem owo I’m in the pink w radzieckim
podręczniku zatytułowanym “Współczesna
angielszczyzna”, wydanym w latach siedemdziesiątych.
Część zebranego
tłumu dowiedziała się, kto tu jest jubilatem, dopiero
kiedy balanga rozkręciła się już na całego.
Rozpoczęto więc fetowanie Todda Donkeya w zgodzie
z przyjętą tutaj akademicką tradycją.
Przywiązano go do rosnącej na podwórzu sosny
i wszyscy po kolei zaczęli okazywać mu swoje uczucia
w związku z trzydziestymi urodzinami.
Najpierw Todda po prostu karmiono
i pojono z całej duszy, ponieważ jego własne
ręce były przywiązane do sosny. Potem zaczęto
składać keczupem, kremem i lodami podpisy na jego
koszuli i dżinsach. Potem nastąpiło dowitaminizowywanie
jubilata: na głowę i za koszulę zaczęto
mu wyciskać sok pomidorowy, pomarańczowy, grejpfrutowy
i cytrynowy. Na uszach powieszono zaś długi włoski
makaron spaghetti. Polewano go piwem, żeby lepiej rósł,
doprawiono pagony z kremowych ciastek. Skończyło
się na tym, że wywrócono mu na głowę
niedojedzony tort i czekoladowa fala powoli popełzła
po jego twarzy. Laurki ze zjadliwymi życzeniami czytano do
wtóru chichocącego tłumu i przyklejano je
do niego musztardą albo pikantnymi sosami. Wkrótce
zrobił się podobny do oblepionego afiszami słupa
ogłoszeniowego. Po podbródku spełzały mu
resztki sałatek, na brwiach powisły różowe
kłęby bitej śmietany. Teraz rzeczywiście Donkey
był co się zowie in the pink. A w przenośni
cała ta hałastra — they all were in the pink.
Wokół przywiązanego
do sosny jubilata rozpoczęły się tańce. Potem
krążyła wokół niego uroczysta procesja,
aż wreszcie dziewczyny położyły koniec całej
tej upokarzającej ceremonii. Jedna z nich rozwinęła
węża do mycia samochodu i zaczęła polewać
Todda silnym strumieniem wody.
Balanga trwała do czwartej
rano, kiedy to tłum zaczął się powoli rozjeżdżać.
Kto miał daleko albo bał się siadać za kierownicą
w stanie wskazującym na spożycie, starał się
urządzić na dywanikach w salonie lub — wyszperawszy
gdzieś koc i stosik starych gazet — układał
się na trawie pod drzewami. Trójka gości jakimś
sposobem odjechała wózkiem inwalidzkim, którego
akumulator do tego czasu już się zdążył
całkiem solidnie naładować. W domu długo jeszcze
huczało jak w ulu, do którego powróciły
pszczoły. W ciemnościach słychać było
posapywanie, urywki fraz, śpiewy i miłosne pojękiwania.
Na pewno sąsiedzi niejeden raz wydzwaniali na policję,
prosząc o położenie kresu tej błazenadzie.
Mnie się zresztą
także zdarzało dzwonić na policję, kiedy w sąsiedztwie
aż huczało do studenckiej imprezy, a mnie rankiem
czekał wykład. Absolutnie wykluczone było wybranie
się tam z prośbą o ciszę; to już
ingerencja w cudzą prywatność. Policjanci
też ograniczają się do uprzejmego stukania do drzwi
i grzecznej prośby, by trochę ściszyć
muzykę. A przecież są przedstawicielami prawa i po
dziesiątej wieczorem mają do takich działań
absolutny obowiązek. Tak więc, pewnego razu zadzwoniłem,
a dyżurna odpowiedziała mi:
— Zaraz przekażę
do samochodu patrolowego. Postaramy się panu pomóc,
ale jest koniec semestru, sam pan rozumie. Pańska skarga
nosi numer sto trzydzieści dziewięć, a mamy
w mieście tylko jeden patrol.
I rzeczywiście przyjechali,
chociaż do tego czasu wszystko się już samo uładziło.
Krótko mówiąc,
w szaleństwach na ulicy Monroe nikt nie przeszkodził.
I zakończyło się wszystko dzięki naturalnemu
wyczerpaniu materiału. Todd, który musiał wziąć
gorący prysznic i zużyć butelkę szamponu,
żeby zmyć z siebie cały ten tłuszcz,
krem, śmietanę, oddzielić własne włosy
od cudzej czekolady, a także pozbyć się lepkiego
pikantnego sosu, długo leżał w swoim garażu,
tępo wpatrując się w sufit i przysłuchując
się niejasnym dźwiękom dobiegającym z pokoi
jego przyjaciół. Jak już było powiedziane,
tylko on spał bez przyjaciółki.
Doktoranta Donkeya lubili
wszyscy. Był to facet szczery i pogodny, jasnowłosy
z ryżawą bródką, nawet wtedy, kiedy
nie była wymazana czerwonym keczupem, wzrostu nieco wyższego
niż średni i dość solidnej budowy. Lubił
pływać i nawet czasami pędził nad ocean,
żeby trochę posurfować, naciągając strój
z pianki, kiedy woda była trochę za zimna. Miał
tylko jeden słaby punkt: wszyscy w tym towarzystwie
dawno po wiele razy byli już czyimiś chłopakami,
schodzili się i rozchodzili bez trudu, albo też
drąc szaty, albo całkiem przypadkowo, on zaś, jak
powszechnie podejrzewano, przy swoich dzisiaj ukończonych
trzydziestu latach, pozostał niewinny. Zresztą wyglądało
na to, że z powodu dziewictwa Todda cierpieli o wiele
bardziej jego przyjaciele niż on sam.
Niejednokrotnie usiłowali
już podłożyć pod niego jakąś ochoczą
do tych zajęć studentkę. Todd najpierw wiózł
ją nad górskie jezioro Tacho (albo ona wiozła
jego) — przez pięć godzin siedząc kolano
w kolano — potem spacerował wzdłuż brzegu,
napawając się bezdennym błękitem wody, i przepuszczał
z nią z dziesięć dolarów w kasynie,
żeby się rozerwać, ale bez przesadnych emocji.
Potem zazwyczaj prowadził ją do restauracji na obiad
(przyjęcie przez kobietę zaproszenia do restauracji
w amerykańskich obyczajach oznacza często —
chociaż bez wątpienia zapłaci ona za siebie rachunek
sama — że gotowa jest do dalszego zbliżenia).
Potem jednak, zamiast, żeby, jak to czynią wszyscy,
wynająć pokój w pierwszym nadarzającym
się motelu i postąpić według zasady “kuj
żelazo, póki gorące”, Todd proponował
wynajęcie czterokołowego roweru, na którym następnie
jeździli po rezerwacie, albo zabierał ją do kina,
żeby o piątej nad ranem wrócić do Palo
Alto. Tam zawoził ją do domu (albo ona jego) i koło
jego garażu po męczącej pauzie ona całowała
go w policzek i znikała.
Przyjaciele zaczęli go
nawet podejrzewać o tak zwaną orientację (w
końcu Kalifornia ma swoje prawa), ale niczym takim nawet
z daleka nie pachniało. Kobiety mu się podobały,
on im też, jednak Todd postępował z nimi jakoś
nie tak. Peszył się czy co, albo mówił nie
to, co trzeba i nie wtedy, kiedy trzeba, albo też gadał
za dużo, albo w odpowiednim momencie jego ręce
paraliżowała jakaś diabelska siła? Wydawało
się, że niby cóż prostszego w naszych
superwyemancypowanych czasach? Jednak w każdym osobno
potraktowanym przypadku nic mu jakoś nie wychodziło,
aż w końcu jednoznacznie przekształciło
się to w kompleks.
Na dodatek Donkey miał
pewien sekret, o którym nigdy nikomu nie mówił:
był już kiedyś żonaty, ale było to małżeństwo
nieudane. Dlaczego Todd utrzymywał to w tajemnicy, to
już inna sprawa, dojdziemy i do tego. Fakt jest faktem:
ukrył to przed przyjaciółmi, bo wydawało
mu się bardzo krępujące.
W sobotę rano, następnego
dnia po tej szalonej nocy, wszyscy snuli się po domu przy
ulicy Monroe jak muchy w smole. Należałoby przyjąć
coś na kaca, ale takie praktyki w Ameryce istnieją
w stanie szczątkowym. Ostatecznie, kiedy goście
wreszcie się obudzili i rozjechali, gospodarze, jedni
w szlafrokach, inni w kąpielówkach albo
szortach, powoli zebrali się przy kuchennym stole, żeby
się napić kawy. Dojadali resztki z wczorajszej
uczty upchnięte pospiesznie w lodówce albo porozrzucane
po salonie i podwórzu. Kiedy Todd jak żmija wypełzł
z garażu, wszyscy nagle zamilkli. Nie zwrócił
na to uwagi, otworzył pralkę i zaczął
wrzucać do niej swoje szmaty pokryte zaschniętymi plamami
z kremu, soków i czekolady. Potem wlał do
pralki trochę mydła z pojemnika. A oni wszyscy
spoglądali po sobie, jak gdyby wczoraj nie wyczerpali jeszcze
wszystkich pomysłów i zamierzali zgotować
mu jeszcze jakąś niespodziankę.
Todd nalał sobie kawy,
wziął ze stołu kawałek sera i nie za
bardzo przysłuchując się rozmowie, uruchomił
pralkę, która warknęła niezadowolona z tego,
że bielizna jest taka brudna.
— Słuchaj, Donkey
— Brien kręcąc w dłoni swój długi
warkocz, zwrócił się do Todda, kiedy ten dosiadł
się do nich. — My tutaj jak gdyby deliberujemy nad
pewnym niezwykle ponętnym projekcikiem... Zresztą to
prezent dla ciebie.
Brien przyjechał na studia
do Stanford z Południowej Afryki. Dopiero co uzyskał
magisterium z informatyki i już miał załatwioną
pracę w niewielkiej spółce w San Jose.
U nich w Pretorii wszyscy uwielbiali kpiny i żarciki
albo też to właśnie on był szczególnym
egzemplarzem — tego nie wiem, jednak takie szalone inscenizacje
pasjonowały go o wiele bardziej niż nauka i praca.
— Jak tam mózgownica
chodzi na kacu? — zapytał grzecznie Todd, rozwalając
się w swoim skrzypiącym fotelu.
Kubek z kawą postawił
na podłodze.
— Jak to na kacu, ciężko,
ale sprawa i tak rozwija się jak spirala. Idziemy na
poszukiwanie dziesiątego członka naszego kolektywu.
Ty jak — jesteś za?
— I tak mamy tu ciasno
— burknął Todd, od razu wyczuwając aluzję,
i zaczął smarować chleb masłem arachidowym.
— Nasz przyjaciel nie
rozumie — Brian przerzucił się spojrzeniami z Leslie,
swoją przyjaciółeczką o zadartym nosku.
— To my mamy ciasno, a ty masz za dużo luzu. Dajemy
ogłoszenie w Internecie, że poszukujemy młodej
damy spełniającej określone warunki. A jakie, to
zaraz tu z tobą ustalimy. Jakie ci się, staruszku,
właściwie najbardziej podobają: duże czy drobniutkie,
tłuściutkie czy chude? Tylko powiedz, a my już...
Todd machnął na
niego ręką.
— Znowu wciskacie mi
jakąś babę, a ja postanowiłem najpierw
skończyć doktorat.
Całe towarzystwo zahuczało
w oburzeniu.
— Nie masz racji! —
Brian wydął wargi. — Jesteś zbyt poważny,
staruszku, i to jest twój kłopot. A gdzie porywy
żywego i wnikliwego umysłu? Zrobimy tak, żeby
uzyskać jak najwięcej ofert. A nuż coś ci
naprawdę podejdzie, a jak nie tobie, to chociaż
nam. U nas też już pora na jakieś zmiany,
nieprawdaż, dziewczyny?
Dziewczynom zachowanie takie
wydało się nieco nie na miejscu, jednak oburzać
się nie bardzo wypadało, więc, chcąc nie chcąc,
roześmiały się.
— Żartuję
— Brian mrugnął do swojej Leslie. — Wielożeństwo
jak na razie jest w Ameryce zakazane.
— Że też ci
się chce tracić czas na takie głupoty — burczał
Todd.
— Ważne, że
człowiekowi się jeszcze w ogóle chce chociaż
trochę poszaleć. Życie bez rozróby przypomina
linię technologiczną do produkcji szczoteczek do zębów
nadzorowaną przez roboty.
— Jeśli macie ochotę
poszaleć, to sobie szalejcie. A mnie co do tego?
— Ty musisz określić
wymagania. Nic więcej.
— A co tu łamać
głowę? — Todd otworzył niedzielny dodatek
do gazety “San Francisco Chronicle”. — Znajdziecie
tu wszystkie standardy i wymiary. “Wolne serce prawdziwego
mężczyzny...” albo “Wysportowany i pełen
radości życia pragnie poznać czarującą...”
Pasuje? Albo to: “Szukam przyjaciółki, która
chciałaby...”
— Co by chciała?
— roześmiali się wszyscy.
— Jaki pan sobie życzy
rozmiar biustu? — uściślił Brian. —
Duży, średni, mały?
— No, powiedzmy, im
większy, tym lepiej...
— OK! Tak napiszemy...
Będą do ciebie pisać kandydatki z całego
świata. My wszyscy na razie jesteśmy zajęci, ale
ty jesteś wolny jak ptak. Oglądałem filipiński
katalog ślubny: podają tam zawsze wzrost, rozmiar w biodrach,
w talii i w biuście. Ale to nudne. Co by tu jeszcze
dodać, coś podniosłego? Zaproponować kandydatkom
jakiś test? Pomyśl, Sokratesie, pomyśl! Jesteś
tu jedynym kandydatem na filozofa...
— Niech napiszą
jakieś wiersze — zaproponował Todd.
Powiedział tak, bo sam
trochę zabawiał się wierszykami, chociaż pokazywał
je mało komu: poezją nikt dzisiaj świata nie zadziwi.
— Czemu nie, dobry pomysł!
Jako egzamin wstępny: czy są w stanie pokochać
naszego intelektualistę, Todzika? Niech się trochę
pomęczą.
— A na dodatek poetki
to nam rzeczywiście brakuje — ożywiła się
Leslie. — No i dodaj jeszcze: “Pragnie zawrzeć
znajomość w poważnych zamiarach”. To
zawsze zwraca uwagę.
— Lepiej napisać
“w niepoważnych zamiarach”...
— Nie, nie, trzeba,
żeby było jakoś tak serio, — Leslie pogłaskała
Todda, jak gdyby chciała go oswoić z tą myślą.
— A żeby wszystko wyglądało solidniej, dopisz
“z możliwością zawarcia związku
małżeńskiego”.
— Wy co, poważnie?
A idźcie do cholery! — nie wytrzymał Donkey. —
Niepotrzebne mi żadne małżeństwo! Małżeństwa
mam już potąd! Nie ma w tym nic przyjemnego, same
kłopoty.
— A więc to tak!
Jak na razie nigdy się nawet nie zająknąłeś...
— Nie mówiłem,
bo staram się zapomnieć.
Jeśli człowiek sam
nie odkrywa kart, nikt nie będzie go przecież torturował.
Todd nie dopił kawy, poderwał się poruszony, wyciągnął
bieliznę z pralki, wcisnął ją do suszarki
i potaszczył przez podwórze do garażu swój
niegdyś złocony fotel.
Kiedy Donkey wyszedł,
Brian powiedział po chwili milczenia:
— Świetny pomysł,
szkoda, że mu się nie podoba. Ale dlaczego zresztą
mielibyśmy go słuchać? To wolny kraj... Wyślemy
bez jego zgody, a potem niech sobie jakoś radzi... Jakie
mu się najbardziej podobają? Napiszemy jeszcze “blondynka”.
Brian wyciągnął
z torby laptopa, z którym się nigdy nie
rozstawał, podłączył go do gniazdka telefonicznego
i umieścił ogłoszenie we wszechświatowej
sieci.
2
W mieście Sankt Petersburg,
w muzeum Puszkina, ulokowanym w dawnym mieszkaniu poety
przy ul. Mojka w domu numer 12, niedawno zainstalowano komputer.
Nikt nie wiedział, po co. Puszkinowi chyba nie był za
bardzo potrzebny, kasjerce tym bardziej: miała przecież
piękne, nie do zdarcia liczydła — rzędy koralików
na sprężystych drucikach. Jak jednak było nie wziąć
komputera, kiedy sponsorzy sobie kupili nowy, a stary w swej
wspaniałomyślności podarowali muzeum?
Przewodniczka Tamara okazała
się w dziedzinie informatyki osobą najbardziej
wyedukowaną. Jej mąż, Anton, pracował jako
programista w przedsiębiorstwie okrętowym. Tamara
przyniosła gry i teraz, odpoczywając w przerwach
pomiędzy wycieczkami, kiedy na horyzoncie nie było widać
dyrektora, rżnęła z komputerem w karty.
Diana Morgałkina była pełna oburzenia — to
świętokradztwo, jak można grać w karty
w mieszkaniu, w którym umarł Puszkin.
— A co w tym takiego?
— protestowała Tamara. — Puszkin sam lubił
pograć w karty i zmagania z komputerem to
wręcz spełnienie jego ostatniej woli.
— Wstydziłabyś
się, to czyste nieróbstwo! — nudziła Diana.
— Jaka płaca, taka
praca — padało w odpowiedzi.
Nawiasem mówiąc,
zanim nastała era komputerowa, Morgałkina oburzała
się, kiedy opowiadano tutaj anegdoty. Diany nikt nie lubił.
Tolerowano ją jednak, bo była urodzoną przewodniczką
i chętnie pracowała za siebie i za innych.
Morgałkina była
osobą z dziwactwami, chociaż całkiem niezłym
człowiekiem. Niewielka, ale też nie malutka, nie młoda,
ale i nie stara, chociaż całkiem zgrabna. Twarz
regularna, bez wyraźnych defektów, tyle że zaniedbana.
Skóra, która nie widziała kremu, włosy
nieznające uczesania, rzęsy bez tuszu. Zęby za
to własne — mogłyby być bielsze i równiejsze,
ale to już wina nie tyle jej, ile niedorozwiniętej ojczystej
stomatologii. Słaby punkt Diany krył się gdzie
indziej. Uprawiając zawód przewodnika po muzeum, posiadała
znikomą umiejętność, a dokładniej
— wielką nieumiejętność kontaktu z ludźmi.
Zewnętrzny chłód, wyobcowanie z otoczenia
odstraszały od niej wszystkich.
Z nikim nie dzieliła
się też babskimi sekretami. Nikt ani razu nie był
u niej w domu. Nikomu nigdy nie zaszkodziła, ani nawet
o nikim źle się nie wyrażała, ale brak
giętkości, umiejętności adaptowania się
do wciąż zmieniających się sytuacji życiowych
czynił ją osobą z założenia we wszystkim
przegraną. Morgałkina ukończyła filologię,
bo lubiła czytać. Powiadała, że chce zostać
dziennikarką, ale w życiu nie usiadła nawet
do napisania choćby jednego artykułu, utwierdzając
samą siebie w przekonaniu, że cała jej życiowa
energia wyczerpuje się w słowie mówionym.
Pozostawała na utrzymaniu Puszkina — nie tylko ją
karmił, niezależnie od tego, jak marniutka była
ta pensja, ale też dawał oparcie psychiczne —
to w nim koncentrował się cały sens jej istnienia.
W domu systematycznie prowadziła dziennik. I tylko w tym
zeszyciku była naprawdę szczera. I za jego pośrednictwem
rozmawiała z Puszkinem.
Osiem lat temu dojrzewał
romans Morgałkiny ze znanym w wąskich kręgach
puszkinistą Konwojskim. Szybko jednak zrozumiała, że
kocha on nie tyle ją i nawet nie Puszkina, ile swoje
o nim wypracowania — o niczym innym nawet mówić
nie potrafił. Chodził po pokoju i głośno
czytał jej swoje uczone kompilacje. Ich stosunki intymne
były dziwne, pozbawione intymności, której Konwojski
jakby zupełnie nie potrzebował. Poprzez swoją śliskość
i nudziarstwo zraził Dianą do wszystkich mężczyzn.
I kiedy ją zostawił, jej uwielbienie jeszcze bardziej
skupiło się na Puszkinie. Bezcielesność tego
oddania trochę ją peszyła, ale sytuacja taka miał
też niepodważalne zalety. Puszkin, w odróżnieniu
od Konwojskiego, kochał ją z oddaniem i —
co ważne — zawsze stosownie do jej, a nie jego
nastroju.
W odróżnieniu
od koleżanek Diana traktowała świat poważnie.
Chociaż pracowały w tej samej instytucji, nazywanej
Muzeum Puszkina, to one służyły państwu, ona
zaś Puszkinowi. One pracowały za pieniądze, ona,
chociaż otrzymywała taką samą, jak mawiał
Puszkin, “jałmużnę niewolnika”, trudziła
się z całej duszy. Jej koleżanki, kończąc
każdą wycieczkę najszybciej, jak się tylko
dało, starały się jak najdłużej posiedzieć
w ciasnym pokoiku, popijając zieloną herbatę
z płaskich filiżanek bez ucha przywiezionych przez
kogoś z Samarkandy. Plotkowały o byle czym,
tylko nie o pracy, w porze obiadu starały się
zmyć na Newski i powłóczyć się
po sklepach (nie tyle kupić, na to miały zbyt małe
zarobki, ile pooglądać). Morgałkina w przerwie
obiadowej nie chodziła nawet do domu, chociaż mieszkała
niedaleko, na Milionowej. Wypowiadając ostatnie słowa
w gabinecie poety, płakała, ponieważ Puszkin
na zakończenie wycieczki umierał. I oprowadzając
osiem identycznych wycieczek w ciągu dnia, osiem razy
płakała.
Rodziców Diana nie
miała już od dawna. Brat, który miał swoją
rodzinę, wyjechał za granicę na zarobek. W pracy
oprócz Tamary z nikim nie utrzymywała żadnych
stosunków, a i Tamara nie była jej przyjaciółką,
tyle że tak o nich mówiono. Chociaż ona
jedna odnosiła się do Diany po ludzku z ciepłym
i pozbawionym złośliwości humorem. Też
nie za bardzo w życiu ustawiona, chociaż z niepijącym
mężem i córką uczennicą, nieposiadająca
specjalnych kompleksów Tamara w jakiś sposób
potrafiła pozostać optymistką. Wszystkiego chciała
się dowiedzieć, wszędzie pojechać, ze wszystkiego
się pośmiać.
— Rozejrzyjcie się,
dziewczyny, dookoła — mawiała Tamara. —
Jeśliby to wszystko traktować serio, to trzeba by się
było powiesić.
W opowiastki i ploteczki
zaopatrywała trzecią część Petersburga
i zawsze wiedziała, który z artystów
albo pisarzy kogo ostatnio zostawił albo z kim się
związał.
Mąż nauczył
Tamarę surfować po Internecie, ale nawet tam jej ciekawość
nie mogła zostać w pełni zaspokojona. Niejednokrotnie
natykała się na ogłoszenia matrymonialne. Oczywiście,
że często myślała wtedy o samotnej Dianie.
Kilkakrotnie proponowała jej:
— Chodź, Morgałkina,
odpowiemy na któreś z tych ogłoszeń.
Ale Diana nawet nie chciała
tego słuchać, a co dopiero włączyć
się w taką grę.
Pewnego razu, kiedy pogoda
była nie do zniesienia i liczba wycieczek pod wieczór
radykalnie się zmniejszyła, a do domu i tak
szefostwo wcześniej ich nigdy nie puszczało, Tamara
bawiła się myszką, wędrując z jednej
strony internetowej na drugą. Nagle, przeczytawszy ogłoszenie,
parsknęła i postanowiła podrażnić
się z Dianą. Siedział w niej jakiś
bies i to on wodził jej ręką. To właśnie
ten diablik wysmarował kokieteryjną odpowiedź na
propozycję zawarcia znajomości, podając dane, odpowiadające
oczekiwaniom zawartym w ogłoszeniu, a nawet trochę
je przekraczające. Żądano tam jeszcze, żeby
napisać jakiś wierszyk. Diabełek machnął
ogonkiem, poskrobał się po ciemieniu między różkami
i dopisał wierszyk.
Wszyscy zawsze piszą
o sobie tylko dobrze i mało kto czyta te wypociny,
podpowiedział diablik Tamarze. Podpisz list: “Przekorna
Diana”. Może tego mężczyznę zainteresuje
choćby to, dlaczego “przekorna”, i odpisze
jej. Ponieważ wszystko to Tamara robiła dla żartu,
nie przejmowała się więc za bardzo rezultatami
swoich działań. Nacisnąwszy klawisz, wysłała
list, wyłączyła komputer i diabełek,
siedzący na monitorze, zaklaskał w dłonie.
3
W Palo Alto przy ulicy Monroe,
podpisujący się imieniem Todda Donkey student Brian,
odebrał sześćdziesiąt dwie propozycje zawarcia
znajomości od kandydatek ze wszystkich kontynentów.
Wszystkie nadesłały wiersze własnej produkcji i listy
o różnym stopniu zromantyzowania. Część
listów wzięto wprost z poradników wydawanych
w takim właśnie celu w krajach o znacznym
nadmiarze młodych kobiet.
Kiedy Brian rzucił Toddowi
na stół pakiet wydrukowanych listów, ten się
zdenerwował. Wszyscy jednak pokpiwali sobie i głupio
było robić z tego żartu aferę. Donkey
znowu przytachał z garażu do salonu swój
arystokratyczny fotel, usadowił się w nim i wraz
z przyjaciółmi zaczął studiować
po kolei listy, stawiając w trakcie tej analizy plusy
i minusy przy różnych rozmiarach biustu oraz
dodatkowych atrakcjach opisywanych w listach.
Większości listów,
napisanych po japońsku, po chińsku, w hindi czy
jeszcze w jakichś innych nierozpoznawalnych językach,
nikt nawet nie zamierzał czytać, chociaż wśród
studentów bez trudu dałoby się znaleźć
dowolnych tłumaczy. Jeden wiersz zainteresował Todda
i został odczytany tylko dlatego, że tekst okazał
się napisany po rosyjsku, a rosyjski stanowił przyszłą
profesję Todda. Wiersz bez tytułu opisywał najwyraźniej
jakąś hipotetyczną sytuację seksualną:
Dziewczę
się zbliża; rycerz nadal
Rozkosznie
w śnie lubieżnym tonie;
Przykrycie
z loża jego spada,
Gorący
puch otacza skronie.
Dziewoja
staje przy rycerzu
Bez
tchu, bez ruchu, cała płonie,
Podobnie
jak obłudna Diana
przy
ukochanym swym pasterzu;
I
oto już o łoże chana
Oparłszy
lekko biel kolana,
Schyla
się nad nim pożądliwa;
Burzy
się krwi jej żywe tętno,
Wreszcie
szczęsliwca sen przerywa
Pieszczota
niema i namiętna...
(przeł.
J. Brzechwa)
Todd znał rosyjski dobrze,
jednak nie na tyle, żeby wyłowić niuanse, pewną
archaiczność stylu i domyślić się
podstępu. Przetłumaczył tekst przyjaciołom,
jak potrafił. Słowa “odr” i “czeło”
sprawdzili w słowniku, a “łoże”
i “pieszczota” wyjaśnił kolegom na
podstawie kontekstu. Przyjaciele podnieśli harmider.
— W twoim parszywym
garażu — skomentował Brian — ona pochyla
nad tobą twarz i dochodzi do... czego? Piesz-czo-ty.
I to jakiej! Namiętnej i niemej. Wyobrażasz sobie?
Idealna kobieta: z jednej strony namiętna, z drugiej
— niema... I rozmiary jak na zamówienie!
Todd pokazał wiersz swojemu
promotorowi, profesorowi Josifowi Wierstakianowi, Rosjaninowi
z ormiańskimi korzeniami. Ten spojrzał i uśmiechnął
się:
— Dobre, nawet doskonałe
wiersze. Wie pan, kto jest ich autorem?
— Oczywiście —
kiwnął Todd. — Pewna moja znajoma.
— Ma pan utalentowane
koleżanki! — powiedział Wierstakian. — To
wręcz niezwykle utalentowana fantastka. Przecież to
wiersz Puszkina.
Zaskoczony Donkey nie uwierzył
mu. Wybrał się do biblioteki i przez pół
dnia kartkował tom za tomem dzieła Puszkina. Profesor
Wierstakian miał rację. Todd zinterpretował ten
plagiat po swojemu. Widać jego korespondentka — skoro
umiała wywinąć taki żarcik — posiada
poczucie humoru, a to już jest coś. Inne, stękając
z wysiłku, same rodzą jakieś trywialne wierszyki
o miłości.
Dysertacja Todda Donkeya,
choć powstawała powoli, to jednak podejmowała niezwykłe
aktualny problem “Feministyczne tendencje w twórczości
Aleksandra Puszkina”. Wierstakian, który zaproponował
swojemu doktorantowi ów wyszukany temat, dobrze rozumiał,
że jeśli nawet jakieś tendencje pojawiały
się w twórczości Puszkina, to z perspektywy
współczesnej wykształconej Amerykanki były
one bezwzględnie antyfeministyczne. Puszkin, jeśli przyjąć
logikę stosowaną przez feministki, był pod każdym
względem male chauvinist pig. Jednak Wierstakian rozumiał
także doskonale aktualne tendencje obowiązujące
w amerykańskim literaturoznawstwie porównawczym.
Feminizm jest modny, na tematy z tego zakresu łatwo
jest dzisiaj uzyskać pieniądze i o wiele łatwiej
(o, wielki i potężny!) zakończyć wszystko
sukcesem. Mnie, piszącemu teraz o tym wszystkim, tak
samo pewnie jak profesorowi Wierstakianowi, jest nieco wstyd i smutno,
że na wolnym amerykańskim kontynencie wyrażenie
“teraz należy pisać o...” działa na
takiej samej zasadzie, jak na jednej szóstej kuli ziemskiej
za czasów jakiegoś tam Nikity Siergiejewicza Breżniewa.
W rzeczy samej ironia nie zna granic. Doktoranta Todda Donkeya
czekało nasmarowanie jakichś trzystu stron naukowego
uzasadnienia, że Puszkin był pierwszym rosyjskim feministą,
że rozwijał literaturę kobiecą, walczył
o emancypację rosyjskich kobiet, toczył boje o równe
prawa w dziedzinie polityki i oczywiście w sferze
seksu — generalnie rzecz biorąc, kształtował
rozwój społeczeństwa w domenie kobiecej.
Aby zebrać stosowne materiały, Donkey musiał wybrać
się do Rosji, pomyszkować po bibliotekach i archiwach.
Todd, otrzymawszy e-mail z Petersburga,
nie to, żeby się podniecił, jednak nie pozostał
całkiem obojętny. W każdym razie, po chwili wahania,
postanowił odpisać.
Korespondencja ta, pełna
leciutkiego flirtu, wciągnęła także Tamarę.
Nie kryła tego przed mężem, na odwrót, radziła
się go w sprawach samczej psychologii — jak by
tu łatwiej rozognić klienta, żeby prędzej
chwycił na żywca.
— Po co ci to? —
pytał Anton.
— Życie jest takie
nudne, ot po co! — wyjaśniła.
Podpisywała się
jednak zawsze jako Diana, której na początku też
o wszystkim opowiadała w najdrobniejszych szczegółach.
Potem jednak przestała, ponieważ ze strony Morgałkiny
nie dostrzegła w tej sprawie żadnego entuzjazmu.
Donkey mówił,
że korespondencja z dziewczyną z Petersburga
jest mu potrzebna jako praktyka językowa. Może tak się
nawet sprawy miały, potem jednak wciągnął
się na całego. Koledzy zaczęli namawiać Todda,
żeby się w końcu wybrał do tej Rosji
z niedźwiedziami na ulicach, żeby obejrzeć
rezultaty, jakie osiągnął Puszkin, podejmując
ów ciężki trud w dziedzinie emancypacji.
Równocześnie zaś można było rzucić
okiem na przekorną Dianę. Donkey się sprzeciwiał
— najpierw dość aktywnie, a potem trochę
prawem bezwładu. Wówczas przyjaciele zrobili zrzutkę
i położyli na poduszce w jego garażu
bilet. Wizę kupił już sobie sam. Wszystko było
jak trzeba: leciał przecież służbowo, w sprawach,
na które pieniądze wysupłało studium doktoranckie,
zwrócił je więc przyjaciołom. Jednak elektroniczna
korespondencja dodała tej wyprawie smaku ostrego pieprzu
cayenne.
Po wysłaniu do Petersburga
wieści o planowanej podróży, Todd odebrał
opatrzoną wciąż tym samym podpisem “Przekorna
Diana” intrygującą odpowiedź pełną
aluzji do niezwykłych czekających go tam atrakcji.
4
Tamara podjęła twarde
postanowienie, że nic Dianie nie powie — wiedziała,
że i tak nie ma co jej przekonywać. Jest uparta
jak osioł. Jednak w przeddzień przyjazdu Todda,
w przerwie między wycieczkami, spojrzała na nieuczesaną,
z niepielęgnowanymi paznokciami, niechlujną Morgałkinę,
i nagle nie wytrzymała.
— Spójrz tylko,
co ty masz na głowie: ani koloru, ani kształtu. Chodź,
zaprowadzę cię do Kosti.
— Po co mi to?
— Dyrektor jest niezadowolony.
Co sobie myślą o tobie i o całym naszym
muzeum wycieczkowicze, kiedy popatrzą na ciebie?
— Najważniejsza
jest strawa duchowa...
— A jakiej strawy duchowej
dostarcza strach na wróble? — Postawiła Dianę
przed lustrem i otwarła francuskie czasopismo. —
Porównaj się z tymi laleczkami. Nie chcesz porządnie
wyglądać, to twoja sprawa, nie musisz. Ale dyrektor
cię zwolni i weźmie taką, co wygląda
jak człowiek. O to walczysz? Rozejrzyj się, jakie jest
teraz bezrobocie! Dokąd pójdziesz?
Diana milczała. Nie miała
nic na swoją obronę.
— Tak więc, moja
duszko — nie dała się jej opamiętać
Tamara. — Idziemy razem do Kosti. Też muszę sobie
zrobić fryzurę. I to dzisiaj, zaraz po pracy!
Tamara wyczekała, aż
zostanie sama w pokoju, i zadzwoniła do mistrza
grzebienia. Jakieś tam sprawy łączyły ją
z nim od dawna. A teraz pozostała rzeczowa przyjaźń.
— Przyprowadzę
koleżankę. Trzeba ją przez przypadek zrobić
na blond.
— Jak to, przez przypadek?
— spytał Kostia. — Z tobą, Tamara, człowiek
się nie znudzi.
— Boże, jakiś
ty niedomyślny! Pomylisz farby i tyle.
— A jak ona mnie potem
poda do sądu?
— Nie bój się,
nie poda.
— No to wydrapie mi
oczy...
— Zrób, co ci
każą. Nic się nie stanie, gwarantuję ci. Jeszcze
ci podziękuje... Przyjeżdża do niej narzeczony
z Ameryki, a on myśli, że jest blondynką.
Zrozumiałeś, ciemnoto? Tylko nic jej wcześniej
nie mów, i tyle!
Z muzeum Tamara i Diana
wyszły razem. I przez dwie godziny siedziały w kolejce
u fryzjera. Diana już nawet postanowiła wstać
i wyjść, ale akurat wtedy Kostia posadził
ją w fotelu.
— Od dawna ręka
prawdziwego mistrza nie miała kontaktu z pani główką
— zagruchał jej przy samym uchu. — Uczynię
panią pięknością. Zaufa pani mojemu gustowi?
— Działaj, Kostia
— poganiała go Tamara. — Działaj prędzej!
— A może zostawić
te kudły? — zapytał i jakby niechcący
musnął palcami jej szyję. — Mnie osobiście
i tak się pani podoba.
— Daj spokój
tym swoim głupim żarcikom — przerwała mu
Tamara.
Kostia włożył
Dianie plastikową narzutkę i wepchnął
jej głowę do zlewu pod kran.
— Woda bardzo gorąca
— zabulgotała Diana.
— Proszę nic nie
mówić, bo się pani zakrztusi.— Kostia polewał
już szamponem włosy.
Po godzinie, kiedy wróciła
do lustra i Kostia zdjął ochraniacz z jej
włosów, na Dianę spojrzała ponura blondynka.
— Co pan narobił?
— pisnęła Morgałkina. — Kto pana prosił
o coś takiego?
— Jak to kto —
ona! — Kostia od razu wydał Tamarę. — Ale
bardzo pani dobrze w tym kolorze. Tylko welon nałożyć!
— Uśmiechnij się
— rozkazała jej Tamara. — I wytrzymaj z tym
uśmiechem, dopóki nie wyjdziesz za mąż.
— Nie chcę za mąż!
— wykrzyknęła Diana i kobiety w kolejce
roześmiały się.
Jej oczy nagle się rozszerzyły
i pojawił się w nich ślad domysłu.
Niedbały wygląd zawsze chronił ją przed problemami
zewnętrznego, pełnego zagrożeń świata.
Na podjęcie walki było już jednak za późno:
teraz była blondynką.
— A ten co — przyjeżdża?
— spytała Tamarę.
— Kto? — Tamara
zrobiła nic nierozumiejącą minkę, ale ucieszyła
się z tego pytania.
— Nie udawaj, nie jestem
dzieckiem. Ten... z Kalifornii...
— Gratuluję! —
wykrzyknął Kostia i usadzając w fotelu
Tamarę, zaczął wyczyniać koło niej swoje
czary.
Morgałkina tymczasem
dostała cichej histerii. Długo nie udawało się
im jej uspokoić.
— Głupia jesteś!
— wprost oświadczyła Tamra, płacąc równocześnie
Kosti. — Wyjesz, jakby cię sprzedawali do haremu perskiego
szacha. Komu ty jesteś potrzebna? A szczęście było
tak blisko...
Za przekształcenie w blondynkę,
mimo że nie miała z tym nic wspólnego, Diana
musiała słono zapłacić. Po drodze oświadczyła,
że nie ma najmniejszego zamiaru się z nim spotkać.
— Jak sobie chcesz...
— usłyszała w odpowiedzi. — A w ogóle
to teraz towar odpowiada zamówieniu klienta. Blondynka.
Odpowiedni rozmiar biustu... Myślałam, że jesteś
dorosła. A ty jak dziecko. Moje obywatelskie sumienie jest
czyste. Ja swoje zrobiłam, a ty walcz z tym swoim
dziewictwem choćby o tytuł Bohatera Związku
Radzieckiego!
Diana nadal pochlipywała.
I tak się rozstały.
5
Todd Donkey przyleciał
do Pitra pod wieczór. Na lotnisku od razu wpadł w objęcia
przyjaciół, z którymi zaprzyjaźnił
się, kiedy jako student był tu przez pół
roku na stażu. Sennego zabrano go w gości.
W samolocie przysiągł
sobie, że do ust nie weźmie ani kropli alkoholu, i powtarzał
sobie tę przysięgę, jadąc samochodem z lotniska
do miasta. Dola doktoranta na katedrze slawistyki jest znacznie
trudniejsza niż na jakiejkolwiek innej. Nie dlatego, że
codziennie trzeba mnóstwo czytać. Jeśli chcesz
mieć do czynienia z kulturą rosyjską, musisz
się nauczyć pić. I Donkey tę część
dziedzictwa kulturowego przyzwoicie opanował. Poprzednim
razem petersburscy kolesie urządzili mu wieczorek pożegnalny
(oczywiście, za jego pieniądze). Wracając potem
do domu, padł na ulicy i ocknął się w izbie
wytrzeźwień, Kiedy się obudził, pieniądze
i bilet powrotny gdzieś przepadły, dżinsy
zastąpiły jakieś porwane chińskie gacie, a jemu
zagrożono, że jeśli się tylko o tym zająknie,
to nigdzie nie wyjedzie. Słowem, alkoholik-slawista miał
już za sobą całkiem godziwą specjalistyczną
edukację.
Wtedy, po powrocie do Palo
Alto, Donkey pozostał wyznawcą znanej zasady: “Wypij
rano to, cały dzień będziesz wolny”. Mieszkający
z nim koledzy postanowili wysłać na wygnanie do
garażu właśnie jego, ponieważ samotny alkoholik
drażni trzeźwych. Dość często się
zapożyczał, a oddawać nie bardzo miał
z czego. Poza tym Todda nie stać było na opłacanie
swojej części czynszu. Z garażu z czasem także
go wysiedlono, oddając to miejsce przybyłemu na staż
doktorantowi z Sorbony. Byli jednak zżyci ze sobą
i Donkey zaczął sypiać, gdzie popadło,
rozwijając na noc śpiwór na podłodze i chowając
go na dzień w kominku, w którym z lenistwa
nikt nigdy nie palił. Trwało to jakieś półtora
roku. Potem koledzy znaleźli mu pracę i wywierali
na niego codziennie taką presję, że w końcu
przestał pić i kiedy garaż się zwolnił,
wrócił do niego.
Jednak teraz, od pierwszego
dnia pobytu w Rosji, w każdym petersburskim domu,
ledwie pojawiał się w progu, na stole lądowała
flaszeczka wódki. A miał ze sobą cały notes
adresów nie tylko swoich koleżków od wypitki,
ale także znajomych swoich przyjaciół ze Stanford,
którzy wcześniej wyjeżdżali do Pitra. No
i popłynął. Tydzień nie trzeźwiał,
wędrując rzemiennym dyszlem od znajomych do znajomych.
A wszyscy wyjaśniali mu, że alkohol niezwykle stymuluje
postęp ludzkości w najróżniejszych dziedzinach,
a rozwój nauk filologicznych w szczególności.
Im więcej wódki, tym szybszy postęp. Pozostało
mu tylko, ku radości gospodarzy, wciąż na nowo
wygłaszać ten sam banał, który usłyszał
niegdyś w uniwersytecie od lektora niemieckiego i rosyjskiego,
wielkiego miłośnika wypitki i znawcy alkoholowego
folkloru: “Kto nie pije, ten donosi”.
W ciągu dnia Donkey wpadł
do kumpla, pracującego w redakcji czasopisma “Petersburski
beau monde”. Akurat pili tam z okazji dotacji od sponsora.
Kiedy się rozchodzili, zaczął padać niewielki
deszczyk, a Todd, wychodząc rano z akademika, nie
wziął ani parasola ani czapki. Szedł po Mojce w kierunku
Newskiego i nagle się zatrzymał. Drzwi do Muzeum
Puszkina były uchylone i wisiała na nich tabliczka
“Otwarte”. Muzeum znanego rosyjskiego feministy, co
zupełnie zrozumiałe, Donkey zwiedził, będąc
w Petersburgu poprzednio. Teraz był dość solidnie
podpity, w przeciwnym wypadku do powtórnej wizyty
można by go zmusić jedynie w kajdankach i z zakneblowanymi
ustami, żeby nie stawiał oporu i zanadto nie wrzeszczał.
Przypomniał sobie jednak głupią korespondencję
z pewną przekorną Dianą, która przecież
powinna pracować tutaj jako przewodniczka.
Podczas gdy się wahał,
czy wejść do środka, deszcz zaczął lać
na całego. Donkey wszedł i niezdecydowany zatrzymał
się przy drzwiach.
— Wchodź, synku
— zaprosiła stara kasjerka. — Akurat zaczęła
się wycieczka.
— A jak ma na imię
przewod... — Todd się zająknął, nie
będąc pewnym swojej gramatyki.
Rosyjski znał dobrze,
jednak mówił w tym języku z większym
trudem niż po francusku czy hiszpańsku, szczególnie
po pijanemu. Kasjerka jednak zrozumiała.
— Na imię jej Diana.
A co to za różnica? Wszystkie są dobre. Znają
swój fach.
— Co pani dać?
— zapytał. — Dolary czy ruble?
— Dolary — czujnie
zareagowała kasjerka.
Donkey wyciągnął
piątkę.
— Starczy?
— Oczywiście, idź
z Bogiem! O tam, po schodach. Tylko papucie, papucie zawiąż
na buty...
Jedną ręką
kasjerka pokazała mu, gdzie ma iść, a drugą
dziarsko schowała banknot za biustonosz.
Trzeba było przywiązać
do brudnych butów jeszcze brudniejsze kapcie. Posuwając
się w grupie wycieczkowiczów, Todd od czasu do
czasu głośno czkał. Kręciło mu się
w głowie. Co chwila kogoś poszturchiwał, nadeptywał
na czyjeś buty i głośnym szeptem prosił
o wybaczenie. Przewodniczka, jak mu się z daleka
wydało, dość sympatyczna blondynka, trzymała
przed sobą niedługi kijek, opierając jego ostry
koniec o pierś najbliższego wycieczkowicza. Obrzucała
spojrzeniem mniej więcej dwudziestoosobową grupę
i lekko schrypniętym głosem opowiadała coś
o tym domu, w którym Puszkin spędził
około czterech miesięcy.
Todd usiłował zajść
z boku, żeby zobaczyć, jakie ma nogi, zasłaniała
je jednak zbyt długa sukienka. Pomyślał, że
albo teraz jest tu taka moda, albo nie bardzo jest czym błysnąć
spod tej sukienki.
W ciasnym gabineciku Puszkina
przewodniczka zatrzymała się koło leżanki,
poczekała, aż wszyscy podejdą i ucichną.
Grobowym głosem wypowiedziała zdanie, od którego
spazm chwycił ją za gardło:
— Na tej kozetce leżał
śmiertelnie ranny Poeta. Puszkin poprosił o maliny,
które bardzo lubił. Dwudziestego dziewiątego
stycznia tysiąc osiemset trzydziestego siódmego roku
o godzinie drugiej czterdzieści pięć jego
puls zamarł, ręce opadły. Puszkin, nie wytrzymawszy
ciężkich męczarni, u... umarł...
W jej oczach pojawiły
się łzy. Usiłowała je opanować, wyjęła
chusteczkę, przyłożyła ją do powiek.
Łzy ciekły jej zawsze, niezależnie od wysiłku
woli — tak wyraźnie wyobrażała sobie za każdym
razem moment jego śmierci. Dzisiaj jednak się wręcz
rozszlochała. Pewnie nerwy coraz słabsze.
— No co też pani...
Po co to, córuniu? — próbowała ją
uspokoić starsza kobieta, z wyglądu nauczycielka.
— To przecież tak dawno...
— Dla pani dawno —
pochlipując, zaprotestowała gwałtownie przewodniczka.
— A dla mnie jak dzisiaj...
Cała wycieczka zamarła
speszona, tamując ruch. Ktoś z tyłu ruszył
do wyjścia. Przewodniczka w końcu się uspokoiła.
Maleńką chusteczką wycierała zaczerwienione
oczy.
— Czy są jakieś
pytania? — zapytała, z lekka pochlipując.
— Odpowiem z przyjemnością.
— Na wszystkie pytania?
— uśmiechnął się Todd, starając
się mówić bez akcentu i zaglądając
jej w oczy.
Todd zapytał ot tak sobie,
z nudów. Nie oczekiwał odpowiedzi. Morgałkina
od razu domyśliła się, że to on. Zacisnęła
usta, żeby nie dać po sobie nic poznać, ale jej
policzki poróżowiały.
— A co konkretnie pana
interesuje?
— A gdzie jest łóżko?
— Po co panu łóżko,
młody człowieku? — zapytała zakłopotana.
— Nie dla mnie! Chodzi
mi o to, że poeta wraz z żoną potrzebował
łóżka. A może się mylę?...
Wycieczkowicze uśmiechnęli
się. Ktoś parsknął głośno.
Diana zrywała na zawsze
znajomość z każdym, kto tylko wyrażał
się o Puszkinie bez należytego szacunku, albo choćby
bez wystarczającego patosu. Przechodziła obok, kryjąc
złość i odwracała twarz. A tu cudzoziemiec.
Może nie rozumie, czym jest dla nas Puszkin? Niemniej jednak
po chwili przerwy powiedziała surowo:
— To jest muzeum, młody
człowieku, a nie...
— Nie co? — nie
zrozumiał.
— Nic!... Wyjście
na prawo.
Diana patrzyła na niego
nieprzyjaźnie:
— A w ogóle,
pić trzeba mniej!
Odwróciła się
gwałtownie i wyszła do pokoju przewodników.
Dzień pracy się
skończył, wszyscy rozeszli się do domu. Tamara
od razu się oczywiście domyśliła, cóż
to za osobnik płci męskiej rozmawiał z jej
przyjaciółką. Popatrzywszy w ślad za
nim, zaszeptała do Diany:
— Głupia jesteś!
Szykowny facet i jeszcze na dodatek prawdziwy Amerykanin.
Nie jakiś tam emigrant, nie mówiąc już o miejscowych...
Diana nic nie odpowiedziała.
Zawinięta w płaszcz, zatrzymała się na
chwilę przed wyjściem, przygotowała parasolkę,
żeby ją otworzyć od razu za drzwiami i zanurkowała
w uliczną chlapę zmieszaną z ciemnością.
Deszcz ustał, jednak
w powietrzu wisiała wilgoć i z drzew padały
ogromne krople. Morgałkina szła jak zwykle dużymi
krokami i bardzo zdecydowanie. Nie rozglądała się,
jednak po chwili poczuła, że ktoś za nią idzie.
Przy stacji metra zwolniła i odwróciła się
gwałtownie. Todd omal nie wpadł na nią.
— Czego pan ode mnie
chce?
Przypomniał sobie, że
wybrał się do Petersburga, żeby dorwać tę
przekorną Dianę, a w samolocie z najdrobniejszymi
szczegółami przyśniło mu się nawet,
co i jak z nią wyczynia. Teraz jednak stał
koło tej blondynki, niemal jej dotykając i w jego
ciele, przesiąkniętym wódką, nie rodziły
się żadne elektryczne iskry.
— Tak w ogóle
to mam jeszcze pytania — Todd patrzył na nią z maksymalną
powagą. — Na przykład po co wam w Rosji tyle
muzeów Puszkina?
— Przecież to Puszkin!
— OK. Przyjmijmy, że
mieszkał w stu miejscach. To co, w każdym
robić muzeum? Jednego za mało? Przecież to są
pieniądze podatników, a żyje się wam
całkiem niełatwo. Ile narobiliście muzeów
Lenina — a teraz je likwidujecie. Może lepiej
byłoby pieniądze przeznaczać nie na muzea Puszkina,
ale na publiczne toalety?
— Jak to? Na co pan
sobie pozwala?!
W tym momencie Donkey zdał
sobie sprawę, że o toaletach to już powiedział
całkiem niepotrzebnie. To nie bardzo romantyczny temat.
— Proszę o wybaczenie
— przypomniał sobie wyuczony kiedyś zwrot.
— Nie wybaczam!
— No, ale na przykład
w Irlandii, w Dublinie. Byłem tam latem. Moi przodkowie
stamtąd pochodzą. To mały i ubogi kraj. Zrobili
tam jedno muzeum dla wszystkich pisarzy. Za to podatków
od pisarzy w ogóle nie biorą, państwo doinwestowuje
czasopisma i wydawnictwa. A u was wszystkie kalorie idą
na martwych pisarzy, podczas gdy żywi, o ile wiem, nie
mają z czego żyć!
Po przyjacielsku chwycił
ją za zbyt słabo przyszyty guzik. Odsunęła
jego rękę, ale nie umiała mu odpowiedzieć.
Rzekła więc tylko:
— Nic pan nie rozumie!
Zdecydowanie odwróciła
się na obcasach i energicznym krokiem odeszła od
niego. Todd miał ochotę jeszcze pofilozofować,
został jednak na środku chodnika sam. Kręcąc
w palcach urwany guzik, patrzył, jak odchodziła.
Alkohol wywietrzał mu z głowy, lecz jedenastogodzinna
różnica czasu w porównaniu z Kalifornią
dawał jeszcze o sobie znać. Donkey miał ochotę
jedynie na to, by paść na łóżko i zasnąć.
6
W muzeum trwał zwyczajny
dzień. Dyrektor krzyczał na kasjerkę, która
nie wydając biletów, podbierała pieniądze.
Kasjerka miała i dyrektora i muzeum gdzieś:
dawno już była na emeryturze i dorabiała sobie
tą nie tak przecież lukratywną pracą. W korytarzu
tłoczyli się ludzie oczekujący na przewodnika.
Przewodnicy zaś siedzieli i plotkowali w swoim
pokoiku. Plotki zagryzano kanapkami, poprawiano makijaż,
dziewczyny paliły jednego marlboro we dwie, zaciągając
się po kolei. Tamara grała z komputerem w karty.
Diana skaleczyła się w palec, zawadzając o gwóźdź
w starej kozetce, i usiłowała zakleić
go plastrem, kiedy zadzwonił telefon.
— Diana — krzyknął
ktoś z drugiego końca pokoju — to do ciebie.
Nawiasem mówiąc, męski głos, przyjemny barytonik
i jakby z cudzoziemskim akcentem.
Morgałkina z westchnieniem
podniosła się z krzesła i wzięła
słuchawkę.
— Kto tam?
— Todd.
— Jaki Todd? —
udała, że go nie poznaje.
— Ten, który
usiłował panią wczoraj odprowadzić. Może
się spotkamy?
— Po co?
— Hm... Żeby oddać
pani guzik.
— Jaki znowu guzik?
— Został mi wczoraj
w ręce. Chciałem panią prosić o wybaczenie
za to, że pozbawiłem panią guzika. A jeżeli
się pani zgodzi, to moglibyśmy zjeść razem
obiad...
— Ale ja jestem zajęta.
— To mogę zadzwonić
później? A nuż znajdzie pani trochę czasu.
— Każdy ma prawo
dzwonić do muzeum.
W pokoju ucichło. Wszyscy
byli ciekawi, któż to taki pojawił się nagle
w życiu Diany, że wydzwania w środku
dnia i jeszcze dokądś zaprasza, a ona na dodatek
grymasi. Głos w słuchawce najwyraźniej nalegał,
aż w końcu odpowiedziała:
— Nie wiem. Może.
Jeśli... Jak będę miała czas... Ale tylko
po guzik!
I odłożyła
słuchawkę.
— Nie wygłupiaj
się, Diana — nie odwracając spojrzenia od komputera,
rzuciła Tamara.
— A po co mi on?
— A jeśli ma poważne
zamiary?
— Nie potrzebuję
jego zamiarów — ani poważnych, ani niepoważnych.
Nie chcę go znać...
— Blondynka na stare
lata zaczęła być surowa dla mężczyzn
— ktoś rzucił komentarz, po którym wszyscy
zachichotali.
— Idziemy, dziewczyny!
— zabrzmiał drugi głos. — To są osobiste
sprawy, a tam robota czeka: słyszycie, jak dyrektor
się piekli w korytarzu.
Tamara zatrzymała się
jeszcze chwilę, usiłując ograć komputer, jednak
znowu się jej nie udało.
— Słuchaj, kochana,
nie wygłupiaj się...
Morgałkina dosiadła
swojego ulubionego konika:
— Nikt mi nie jest potrzebny!
I w ogóle Diana jest symbolem dziewictwa.
— Coś ty, chcesz
to swoje dziewictwo donieść do mogiły? Przecież
tam leży się solo.
Wzruszając ramionami,
Tamara włączyła komputer, podniosła się
i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Trudno się
było z nią kłócić: nie przebierała
w słowach. A Diana, jak zwykle, się nadęła.
Morgałkina została
sama, zastanowiła się przez chwilę i przekonała
samą siebie, że na spotkanie jednak pójdzie.
Ale wyłącznie po to, żeby odebrać od tego
żałosnego amerykańskiego alkoholika swój
guzik od płaszcza. Takiego teraz nigdzie za żadne pieniądze
nie da się kupić.
Donkey rzeczywiście zadzwonił
jeszcze raz. Spotkała się z nim po pracy. Todd
był absolutnie trzeźwy i straszliwie uprzejmy.
Przestudiował przewodnik po Petersburgu i znalazł
miejsce na obiad. Po pół godzinie siedzieli już
przy stoliku w restauracji “Białe noce”.
Todd przyglądał się Dianie — czuła to
i nie było to dla niej przykre.
— Dlaczego pan się
cały czas uśmiecha? — zapytała.
— Tak mnie nauczono.
— Gdzie?
— Dorabiałem, żeby
mieć pieniądze na studia, jako kontroler w systemie
supermarketów “Safeway”. Wszyscy, których
przyjmują tam do pracy, muszą przejść specjalne
szkolenie, w czasie którego uczą się uśmiechać.
— Mnie by też nie
zaszkodziła taka szkoła — rozjaśniła
się nagle.
— Może w Rosji
to normalne, że ludzie są zawsze smutni i poważni.
U nas jednak potrafią za taki wyraz twarzy nawet zwolnić
z pracy. Kupującym musi być w sklepie przyjemnie.
Skromnie ubrany musiałem jeździć do innych miast,
chodzić po “Safewayach” niby zwyczajny klient,
najlepiej wieczorami, kiedy jest największy ruch i sprzedawcy
są najbardziej zmęczeni, a wszyscy się spieszą.
Kupowałem w tych sklepach byle co, na przykład
paczkę ciastek albo puszkę fasoli, stawiałem to
przed kasjerem i mówiłem: “Ojej, zapomniałem
o kawie rozpuszczalnej”.
— A kasjer? Przecież
kolejka...
— Kasjer musiał
czekać, bo wprowadził już moje zakupy do komputera,
a ja tymczasem bez pośpiechu szedłem po kawę.
Przynoszę kawę i widzę, że do mojego
kasjera zrobiła się już kolejka, co najmniej pięć
osób, a on się dalej uśmiecha. Podchodzę
i mówię do niego: “Proszę mi przynieść
bagietkę”. I ten posyła po tę nieszczęsną
bagietkę, uśmiecha się do mnie i mówi:
“Zaraz przyniosą. Może pan jeszcze czegoś
potrzebuje?”. Nie daj Boże, żeby się zdenerwował
tym, że zajmuję mu tyle czasu. Wtedy wołam jego
szefa i okazuje się, że jestem kontrolerem. Po
pięciu minutach taki kasjer jest bez pracy.
— Straszny z pana
człowiek, Todd!
— Dla kogo? Dla złego
pracownika? Za to klienci zawsze mogą być pewni, że
obsługa odpowiada najwyższym standardom, i nie
wybiorą się do innego sklepu. A pracownicy cały
czas mogą się spodziewać, że każdy najzwyklejszy
klient okaże się kontrolerem. Trzeba więc się
cały czas uśmiechać i trzymać fason.
Opowiadając o sobie,
Todd pominął pewien szczegół: uśmiechać
się to go rzeczywiście nauczyli, ale wkrótce
stracił pracę za pijaństwo i zaczęły
się kłopoty. Teraz przyglądał się przekornej
Dianie i myślał: uda mu się dzisiaj czy nie?
Postanowił, że właśnie dzisiaj. Cokolwiek
by się działo, musi dzisiaj osiągnąć
swój cel. Dlaczego akurat dzisiaj, nie potrafiłby
wyjaśnić. Był w świetnym nastroju i paplał
o wszystkim na świecie. A ona słuchała i był
pewien, że jej się podoba. Z boku wyglądało
to jak najprawdziwszy niemy zachwyt. A może rzeczywiście
tak było?
O dziwo, jedzenie było
świetne i wypili dwie butelki gruzińskiego białego
wina. Diana się trochę rozluźniła, a on
nabrał pewności, że wszystko pójdzie jak
należy.
Ulica już podeschła,
chociaż było pochmurno. Powoli szli wzdłuż
witryn z opuszczonymi metalowymi kratami.
— Pojedźmy do mnie
— zdecydował się na złożenie propozycji.
— To znaczy dokąd?
— zaniepokoiła się.
— Mam pokój w akademiku.
— A po co ja mam tam
jechać? — zapytała. Trudno było zadać
głupsze pytanie.
— Pokażę pani
moją dysertację — zaproponował Todd. —
Mimo wszystko temat powinien panią zainteresować: feminizm
Puszkina.
— Tak? — zdziwiła
się uprzejmie. — Ale to przecież po angielsku.
— No to napijemy się
kawy...
— Wypijamy z Tamarą
po siedem filiżanek kawy dziennie — między wycieczkami.
— A kto to jest Tamara?
— Moja przyjaciółka.
Nie wie pan? To ona pisała do pana te wszystkie listy...
— Nie pani? —
Todd zatrzymał się i chwycił ją za łokieć.
— Oczywiście, że
nie ja... Ja bym nigdy nic takiego... No, ale ja muszę już
iść do domu.
Typowa niedotykalska... Ale
w jej chłodzie i ciągłej swego rodzaju
nieobecności było coś pociągającego,
jakaś niezrozumiała dla niego tajemnica. Powtórne
zaproszenie zabrzmiało żałośnie. Nie trzeba
było mówić, ale jakoś tak mu się wyrwało:
— A może jednak
pojedziemy do mnie?
— Co też pan, jestem
mężatką. “Ale oddano mnie innemu; i będę
wierna tylko jemu”.
— Kim jest pani mąż?
— To Puszkin.
— Pomysłowo. Ale
on przecież dawno umarł!
— Dla wszystkich umarł,
a dla mnie żyje.
Popatrzył na nią
z pewną obawą.
— Dobrze — powiedział.
— Ale przecież Puszkin miał żonę.
— Miał —
zgodziła się. — Umarła. Ja jestem jego drugą
żoną. Panu pierwszemu, powiedziałam, że Puszkin
jest moim mężem. Nie ujawniłam tej tajemnicy nikomu.
— Rozumiem. Będę
milczał jak ryba — rzekł poważnie i dopiero
potem się uśmiechnął.
— Na mnie już czas.
— Odprowadzę panią.
— Nie trzeba. Mieszkam
tuż obok...
Spróbował przyciągnąć
ją do siebie i pocałować, lecz przekorna Diana
napięła mięśnie i odsunęła
się w przestrachu.
Otworzyły się drzwi
zatrzymującego się na przystanku autobusu. Morgałkina,
omijając walającą się butelkę po coca-coli,
stanęła na stopniu. Todd ruszył za nią, wyciągając
na dłoni guzik. Wzięła go i drzwi się
zatrzasnęły. Niech idzie do diabła, przekorna blondynka!
Ani pocałować, ani objąć, nie mówiąc
już o tym, czego oczekiwał, a czego ona najwyraźniej
w ogóle nie potrzebuje. I poczucie humoru też
ma jakieś takie cmentarne. Wsunął zmarznięte
ręce do kieszeni, postawił kołnierz i ruszył
na poszukiwanie stacji metra.
7
Morgałkina była
zakochana w Puszkinie bez pamięci. Gdyby szedł
po śniegu, zbierałaby śnieg spod jego stóp
i zjadałaby go. Była absolutnie przekonana, że
Puszkin należy wyłącznie do niej, ona zaś,
co się rozumie samo przez się, do niego. Miłość
i oddanie dla niego dostarczały jej życiowej energii,
była z nim zawsze — i dniem, i nocą.
W rzeczywistości jednak wchodziła do wspólnego
mieszkania, otwierała drzwi do swojego pokoju i zostawała
sama.
Miała znajomego plastyka,
Dasiuka, najzwyklejszego geniusza, jak sam siebie oceniał.
Dasiuk z powodu pijaństwa pracował jako cieśla
budowlany. Miał jakieś kłopoty ze skórą,
wszystko na tle alkoholizmu: czerwone, podlane granatem plamy
upiększały jego twarz, szyję i ręce.
Zeszłej zimy Diana nagadała mu niestworzonych historii
o jakiejś wystawie. Razem wybrali rysunek, na podstawie
którego Dasiuk obiecał wyrzeźbić Puszkina
w naturalnych rozmiarach.
— Niech ci tam, wytnę
go ze sklejki.
— Ze sklejki? —
zmartwiła się. — A ja myślałam...
— Postaram się
o porządną sklejkę, grubą, samolotową.
Będzie lepszy niż żywy.
Tydzień później
Diana po pracy pojechała do Dasiuka. W zagraconej pracowni
z tyłu podwyższenia, oparty o pilarkę
elektryczną stał jej ukochany Puszkin, tyle że
bez odzienia. Dasiuk pomalował mu twarz i całe
ciało, przykleił perukę z kosmyków
prawdziwych włosów, nie zapomniawszy wyciąć
i przykleić też wszystkiego tego, co zazwyczaj
skryte jest pod ubraniem. Morgałkina, zobaczywszy to wszystko,
zaczerwieniła się i serce jej zabiło szybciej
z oburzenia. Zażądała, by natychmiast oderwał
to świństwo, Dasiuk zaś wydał dźwięk
podobny bardziej do gdakania niż do śmiechu:
— Dlaczego zaraz świństwo?
Co z tobą? Chcesz, żebym go wykastrował? Nie
zrobię tego! Nie pozwolę szargać naszego kulturowego
dziedzictwa! Ma mieć to samo, co wszyscy. Taka jest wola
Najwyższego. Zrobiłem to z natury, sam byłem
modelem. Nie wierzysz? Chodź, pokażę ci.
— Nie, nie! Na Boga!
Tobie to może potrzebne, ale — jemu?
— A on co, nie chłop?
Dałabyś już spokój! Albo sama sobie rób,
co chcesz! Masz nóż, pędzel, paletę —
możesz zamalować. Albo pierdyknij tu listek figowy,
albo w ogóle wszystko zlikwiduj — wedle uznania!
Pokalaj dzieło prawdziwej sztuki!
Czerwono-granatowe plamy na
twarzy i czole Dasiuka stały się na skutek napięcia
nerwowego brązowe, oczy nabiegły krwią.
Morgałkina wzięła
do ręki nóż, jednak nie poważyła się
tknąć wiadomego miejsca.
— A nie można go
ubrać? — zapytała nieśmiało.
— Kup garnitur i ubieraj.
— Żartujesz sobie?
Przecież jemu potrzebny jest mundur. Skąd mam taki wziąć?
— A kim on był?
— zagdakał znowu Dasiuk. — Chyba kamerjunkrem?
— Kamerjunkier —
obraziła się Diana — odpowiadał wówczas
rangą rzeczywistemu radcy!
— Nie zawracaj mi głowy!
A flaszka za to będzie? Spece od kostiumów zedrą
ze mnie za to pewnie ze trzy skóry.
— Mam pieniądze.
Brat mi przysłał.
— Skąd?
— Z Meksyku.
— A czego on tam szuka?
— Pracuje. Rosyjscy
geodeci pędzą tam na złamanie karku na zarobek.
— Może ja też
kopsnę się do Meksyku? Co to ja gorszy od Siqueirosa?
Tak im mogę zamalować, że się im we łbie
pomiesza!
Niedźwiedziowaty Dasiuk
nonszalancko przemaszerował przez pracownię, kopnął
nogą drzwi i przepadł. Morgałkina w panice,
z dłońmi przyciśniętymi do szyi, została
sam na sam z obnażonym Puszkinem.
— Widzi pan, jak to
bywa, Aleksandrze Siergiejewiczu — rzekła Diana, starając
się nie dostrzegać nagiego dzieła sztuki. —
Rozumiem, że panu jest zimno. Proszę jeszcze trochę
wytrzymać.
Od Puszkina pachniało
farbą olejną.
Morgałkina ściągnęła
swoje paletko, narzuciła je Puszkinowi na ramiona i przewiązała
go w talii paskiem. Chociaż poeta wyglądał
teraz nieco dziwnie, patrzeć na niego było łatwiej.
Diana wyjęła z torebki flakonik perfum “Climat”,
w dawnych czasach podarowany jej przez puszkinistę Konwojskiego,
i spryskała pachnącą mgiełką niedbale
rozrzucone kasztanowe loki poety. Puszkin zmarszczył się
— najwyraźniej nie spodobało mu się, że
pachnidła są damskie.
Dasiuk wrócił,
wlokąc plastikowy worek.
— Kobitki przewróciły
do góry nogami cały magazyn kostiumów. Ledwie
znalazły. Był, mówią, kiedyś spektakl
o Puszkinie, dawno go już nie grają. Ale gdzie
się kostiumy podziały, nikt nie pamięta. Może,
powiadają, dawno ktoś buchnął? Ale jednak
znalazły. Trzeba będzie się z nimi rozliczyć...
Diana otworzyła torebkę,
wyjęła pieniądze. Zostawiła sobie tylko na
taksówkę.
Odsunęła stojące
na stole puste butelki, resztki chleba i starannie rozłożyła
galowy ciemnozielony mundur z czerwonymi szamerunkami i wysokim
kołnierzem. Złote akselbanty z opadającymi
chwościkami przydawały mu uroczystego wyglądu.
Do munduru dołączone były białe sukienne rajtuzy,
nieco znoszone i bardzo wygniecione. Dasiuk rzucił na
podłogę kamasze i wyciągnął z kieszeni
białe pończochy. Diana znalazła w worku jeszcze
wymięty kapelusz, także obszyty złotem. Przy kapeluszu,
w podwiązanym do niego plastykowym woreczku, wisiał
biały pióropusz.
— Pióropusz niepotrzebny,
to dekoracja dla koni — Dasiuk oderwał go od kapelusza.
Położywszy Puszkina
na stole, Diana naciągnęła mu białe rajtuzy,
a potem postawiła go na nogi i włożyła
mundur.
— Całkiem inaczej!
— powiedziała, przyglądając mu się z zachwytem.
Puszkin był jednak bosy.
— Nie zapomnij zabrać
butów — mruknął Dasiuk.
— Przecież może
zmarznąć, na dworze zimno.
Dasiuk spojrzał na Dianę
uważnie, jednak nie protestował. Naciągnęła
jeszcze Puszkinowi pończochy, a potem buty. Nie sprzeciwiał
się, na odwrót, czuła, że stara się
jej pomóc.
— Przystojniaczek z tego
twojego Puszkina. — Dasiuk przyglądał mu się,
przechylając na bok głowę — A tak naprawdę
to był okropny.
— Sam jesteś okropny!
— Posłuchaj —
Dasiuk spojrzał podejrzliwie na jej uszczęśliwioną
twarz. — Ale serio, po co ci on? Chłopa nie masz, czy
co? Ja potrafię lepiej niż ten drewniany... Choćby
zaraz, co?...
Chwycił owłosioną
ręką za pasek torebki.
— Nie gadaj głupot!
— sucho odcięła Morgałkina, nawet się
nie denerwując, ale też nie traktując propozycji
jako komplementu. — Mówię ci, że na wystawę.
Tobie tylko jedno w głowie.
— Co to, to nie! —
warknął Dasiuk. — Wypić też mam zawsze
ochotę.
Pomógł jej wynieść
swoje dzieło na ulicę i zatrzymał taksówkę.
— A kukłę
gdzie damy? Do bagażnika? Zegnie się na pół?
— Co pan? — oburzyła
się Diana. — Bez trudu zmieścimy się na tylnym
siedzeniu.
Aleksander Siergiejewicz się
nie zginał, dlatego udało się go umieścić
tylko na skos. Jedną ręką podtrzymując go
w łokciu, Diana drugą pomachała Dasiukowi.
— Flaszeczkę kiedy
przywieziesz? — krzyknął na pożegnanie Dasiuk,
zatrzaskując drzwi.
Nie odpowiedziała.
— Na wystawę czy
co? — nie oglądając się, zapytał taksówkarz,
i włączajył się do ruchu.
Wielkomiejskiego dorożkarza
niełatwo zadziwić: zapytał zresztą nie dlatego,
żeby go to interesowało, ale tak, żeby pogadać.
Zamiast odpowiedzi Diana sucho podała adres, i więcej
już jej nie zagadywał.
W windzie Puszkin stał
obok Diany, ramię w ramię. Morgałkina bardzo
się denerwowała, jak mu się spodoba jej pokój,
którego od dawna już nie sprzątała. Na szczęście
był późny wieczór i w korytarzu nie
spotkali żadnego z sąsiadów. Nie bardzo
się z nimi dogadywała i raczej starała
się ich unikać. A teraz to już nikogo do siebie
za próg nie wpuści.
Oparła kamerjunkra o szafę
i położyła mu ręce na ramionach.
— No więc, Aleksandrze
Siergiejewiczu, jesteśmy w domu. Podoba się panu
tutaj? Zjadłby pan coś? Zaraz coś przygotuję.
Proszę się nie gniewać, ale ze służbą
mamy pewne kłopoty...
Dopiero teraz poczuła,
jak bardzo jest głodna: od rana poza kawą nie miała
nic w ustach. Zajrzała do lodówki — stała
tam wczorajsza zupa. Wyjęła garnek, pobiegła z nim
do kuchni. Wróciła, szybko postawiła na stole
dwa talerze — jemu i sobie, ukroiła chleba, przysunęła
Puszkina do stołu i zaczęła jeść.
Puszkin stał obok i patrzył na nią nie odwracając
wzroku.
— Nie chce pan zjeść
ze mną, to nie — obrażona wykrzywiła usta.
— Rozumiem, że jest pan człowiekiem rozpieszczonym
przez życie. Ale trzeba się będzie przyzwyczaić.
Po restauracjach włóczyć się nie będziemy.
Wie pan, jakie są teraz ceny? Lepiej już zostać
domatorem. Przecież zawsze marzył pan o mnie —
i oto jestem.
Diana blada
Szła w okno panny
zamgloną poświatą.
W romansie bo inaczej nie
wypada
Taki już zwyczaj.
(przeł. Włodzimierz
Słobodnik)
— wyrecytowała.
— Ale szampana, mam nadzieję, pan nie odmówi.
Wyjęła z lodówki
zapobiegliwie kupioną butelkę, postawiła dwa kieliszki,
z trudem wystrzeliła korkiem w sufit i niezdarnie
je napełniła. Szampan zapienił się wylewając
się na ceratę.
— Proszę wybaczyć,
że tani. Ale za to importowany, węgierski. Napijmy się,
Aleksandrze Siergiejewiczu! Wypijmy za to, żeby między
nami zawsze było, jak między normalnymi ludźmi!
Kiwnął głową.
Diana wypiła swój kieliszek, spoglądając
Puszkinowi w oczy, zakrztusiła się, a ponieważ
drugi kieliszek stał nadal pełny, wypiła go także.
Od bąbelków zakręciło ją w nosie.
Poczuła się wesoło i lekko. Garnek z zupą
wstawiła z powrotem do lodówki. Podeszła
do Puszkina, objęła go za szyję, przytuliła
się do niego i pocałowała w policzek.
— Fuj, jak od pana jedzie
farbą! I naftaliną... Może pana jeszcze trochę
poperfumować? Świetne perfumy, inne, ale też francuskie.
Brat mi przysłał z Meksyku. Tyle że znowu
damskie... Wie pan, która godzina? — wystraszyła
się nagle. — Już północ. Dla pana
to na pewno najlepsza pola na hulanki, ale my o takiej godziny
powinniśmy już spać. Przecież jutro do pracy...
Diana pieszczotliwie pogłaskała
go po głowie i on także przytulił się
do niej z czułością.
— Chce pan? Wiem, wiem,
wszyscy jesteście tacy sami... Musi pan jednak trochę
wytrzymać. Zaraz idziemy do łóżka.
Pospiesznie rozłożyła
tapczan, pościeliła czyste prześcieradło,
wyjęła z szafy kołdrę i poduszkę.
— A teraz, Aleksandrze
Siergiejewiczu, proszę się odwrócić, rozbiorę
się.
Nie odwrócił się
jednak. Rozbierała się, a on się przyglądał.
Diana zrzuciła ubranie, podskakując, zdjęła
rajstopy i teraz stała przed nim naga. Sama była
zdziwiona, że w ogóle się nie wstydzi. Chciała
go trochę pokokietować, powiedziała więc:
— Pan jest mężczyzną,
to pan powinien mnie rozebrać. A wychodzi na to, że
to ja pana...
Puszkin potulnie czekał,
aż zdejmie z niego mundur, buty i rajtuzy. Rozebranego
wzięła go pod rękę i powoli ruszyła
w stronę tapczanu, starając się nie spoglądać
na to miejsce z kręconymi jak na głowie włosami,
które tak efektownie wymalował Dasiuk. Położyła
Puszkina twarzą w swoją stronę i przykryła
go kołdrę. Potem zgasiła światło i wsunęła
się do niego.
— Nikogo przed panem
nie miałam — przyznała się mu. — I
nie mogłam mieć. Pokochałam pana jeszcze w szkole,
całowałam pański portret w podręczniku.
Pan jest moją pierwszą miłością, i ostatnią...
Jestem monogamistką: całe życie kocham tylko pana!
Chroniłam siebie wyłącznie dla pana... Wreszcie
zechciał to pan zrozumieć i przyszedł pan
do mnie! Czyli pan też...
Odwróciła się
do niego przodem i głaskała go po twarzy i po
plecach. Uśmiechając się nieznacznie, kiwnął
głową i wyciągnął do niej ręce.
— Udusi mnie pan —
wyszeptała. — Jaka ja jestem szczęśliwa!
Chce pan? Oto jestem. Cała dla pana...
Niemal traciła oddech.
Jej ciało drgało w konwulsjach. Pojękiwała,
przytulając się do niego i pokrywając pocałunkami
jego twarz, włosy, szyję, ramiona, piersi.
To była jej pierwsza
prawdziwa noc poślubna.
8
Morgałkina starannie
ukrywała przed sąsiadami, że zamieszkał u
niej mężczyzna. Nie zrozumieją. Będą
się śmiać i oczywiście zazdrościć.
Doniosą do administracji, że mieszka bez zameldowania.
Ponieważ spali razem,
nielogicznie byłoby zwracać się do niego przez
“pan”. Przeszła więc na “ty”
jakoś tak naturalnie, nawet tego nie zauważając.
On też mówił jej po imieniu.
Wieczorem rozbierała
go, układała obok siebie, a rankiem wyciągała
go z łóżka i ubierała. Przyglądał
się, jak pije kawę. Sam nie jadł śniadania,
mówił, że to dla niego za wcześnie. Całowała
go w usta i biegła do pracy. Patrząc na zatłoczone
do granic wytrzymałości autobusy, myślała:
jaki to wstyd — ludzie jadą tak szybko, a on musiał
się wlec konno. A teraz w ogóle z domu nie
wychodzi. To jednak drobiazgi. Najważniejsze, że się
kochamy.
Wiele o nim wiedziała,
lecz ciągle było jej za mało. Starała się
zapamiętać jak najwięcej. I rozmawiała z nim
o wszystkim, co przeczytała, w tym też szczególnie
często o głupstwach, jakie wypisywał o nim
puszkinista Konwojski.
— On cię w ogóle
nie rozumie. Inni zresztą też... Tylko ja...
Czytać, i to właśnie
Puszkina, lubiła od dzieciństwa. Teraz też czytała
tylko Puszkina, czytanie innych autorów traktowała
zaś jako zdradę.
— “Tutaj też
widziałem baśniowe ruiny świątyni Diany”
— czytała, otwierając tomik. — A ty, Puszkin,
modliłeś się w mojej świątyni, kiedy
byłeś na Krymie?
— Oczywiście, najdroższa
— odpowiadał, nie odwracając od niej wzroku.
— Teraz znowu znajdujesz
się w mojej świątyni, i nigdy cię
już stąd nie wypuszczę.
Zgadzał się z radością.
W czasie wycieczek Diana łapała
się na tym, że nie tylko mówi tekstami jego wierszy,
ale że tak samo myśli. Była to absolutna harmonia
dusz, objawienie, katharsis. Równocześnie, opowiadając
turystom, mówiła:
— Powinnam znać
na pamięć całego Puszkina, a umiem tylko jedną
trzecią.
Cały dzień, podczas
pracy w muzeum nie mogła się doczekać, kiedy
wróci do domu i padnie mu w objęcia. Gdy
była w marnym nastroju (a zmiany nastroju ze względu
na różne okoliczności zdarzały się
dość często), złościła się
na niego:
— Jak mogłeś
napisać, że jestem przekorna? Ja, która cię
u-wiel-biam?! To wszyscy inni ci schlebiają, i tylko
ja kocham cię najbardziej na całym świecie, bardziej
niż siebie samą! Gotowa jestem oczy wydrapać każdemu,
kto nie zechce się do ciebie modlić, umarłabym
za ciebie. Jesteś mój! Mój! Mój!...
I szlochała, nie mogąc
się uspokoić, dopóki nie zaczynał jej całować.
Coraz bardziej fantazjowała
w określaniu roli Diany w jego życiu. Cóż
to za tajemnicza miłość Puszkina, której
sekretów nie udało się wyjaśnić do
dzisiaj? Odpowiedź jest jasna: to bogini Diana. O Natalii,
swojej pierwszej żonie, wspomniał tylko w jednym
wierszu i to jeszcze uznał ją za głupią,
a o mnie pisał aż osiem razy zarówno w wierszach,
jak i w prozie. Puszkin miał kolosalny proroczy dar.
Wiedział, że mnie spotka. Natalia była madonną
tylko jako narzeczona, ja zaś jestem prawdziwą boginią,
sam tak powiedział. To zasadnicza różnica! Bywało,
że wędrowała w czasie i mawiała
do niego: “Powinieneś się rozwieść z Natalią
Nikołajewną, i wtedy...”. Albo: “Postanowiliśmy,
że pojedynek musi się odbyć. Przecież i tak
nie możesz umrzeć. Całe życie szukałeś
idealnej kobiety. Jawiła się tobie w najróżniejszych
obliczach i oto znalazłeś mnie. Okazałam się
czymś lepszym niż mogłeś sobie wymarzyć.
Twoje życie zostało przerwane przez tamtą żonę,
ale trwałeś w poszukiwaniach swego ideału.
Nie mogłeś przyjść do mnie od razu po śmierci,
ponieważ wówczas się jeszcze nie urodziłam.
Teraz jesteś mój. Natalia cię nie rozumiała.
A ja rozumiem! I będę twoją ostatnią kobietą.
Ten twój związek będzie wieczny!”.
Puszkin w zupełności
zgadzał się z Morgałkiną.
— A jak będzie
z tymi babami, które miałeś po ślubie?
— pytała go.
I sama odpowiadała:
— To były przypadkowe
związki, wynikające z tego, że szybko przestałeś
kochać Natalię. Nie było radości w rodzinie,
więc szukałeś jej gdzie indziej. Wybaczam ci...
Kiedy wychodziła z domu,
to właśnie ta sprawa była przyczyną jej niepokoju.
— Nie będziesz
już kochał żadnych innych! — surowo przykazała
mu pewnej nocy, kiedy leżał i przyglądał
się jej. — Zrozumiałeś? Żeby ci nawet
do głowy nie przyszło... Bo żadna nie będzie
dla ciebie lepsza ode mnie. Co prawda, mieszkam we wspólnym
mieszkaniu, ale za to nawet tutaj jestem twoim szczęściem.
Z tym także się
zgadzał.
Mimo wszystko, wracając
do domu, denerwowała się: a nuż wyszedł
na spacer. A wokół pełno kobiet i prawie
każda szykownie ubrana, spódniczka ledwie zakrywa...
Wydawało się jej, że cały czas wymyka się
jej. I mimo że oprowadzając wycieczki bardzo starała
się nie wspominać o wszystkich tak zwanych “adresatkach
liryki Puszkina”, to jednak figurowały one w jego
życiu, ludzie wypytywali o nie i w żaden sposób
nie mogła się uwolnić od innych kobiet.
Żeby podjąć
z nimi walkę i ostatecznie zwyciężyć,
Morgałkina postanowiła dowiedzieć się o nich
jak najwięcej, znaleźć w pamiętnikach
ich słabe punkty. Porównywała je ze sobą
i ciągle dostrzegała jedynie swoją nad nimi
wyższość. Przepisała “listę Don
Juana”, którą zostawił w albumie Uszakowej,
i dopisała na końcu swoje imię. Dobrze znała
charakter pisma Puszkina i umiała go naśladować
nie do odróżnienia — czyli że właściwie
to on wpisał ją tam na ostatnim miejscu. Teraz jest
jego kobietą, sprawiedliwości stało się zadość.
Napisał kiedyś, że Natalia to jego sto trzynasta
miłość, Diana ignorowała wszystkie pozostałe
i stała się sto czternastą i ostatnią.
W jej duszy pozostało
jednak pewne rozdarcie. Tamten Puszkin, którego znała
całe życie, był radosnym i towarzyskim człowiekiem,
a teraz, u niej w domu, bez przerwy milczał. Może
ma za mało mojego towarzystwa? Starała się być
jak najweselsza, lecz przychodziło jej to z trudem.
Nie była przyzwyczajona do zwyczajnych kobiecych gierek.
— Dlaczego leżysz
ze mną tak obojętnie? Birbant! Chciałoby się
czegoś świeżutkiego. Idź, nie protestuję,
idź! Teraz na Newskim jest pełno prostytutek. Idź
do nich, jeśli cię tak przycisnęło! Tylko
nikogo nie odprowadzaj i nie całuj się w bramach,
bardzo cię proszę!
Puszkin wrócił
do niej w środku nocy. Już spała i obudziło
ją jego dotknięcie.
— Nareszcie —
powiedziała. — Wyłajdaczyłeś się.
Teraz znowu jesteś mój!
Zapach cudzych perfum zdenerwował
ją, ale przecież sama mu pozwoliła. Diana wstała,
narzuciła podomkę, rozebrała go, położyła
do czystej pościeli, oparła o ścianę
tak, żeby mógł na nią patrzeć, powiesiła
na wieszaku jego kamerjunkierski mundur i rajtuzy. Puszkin
nagle wstał, uniósł ręce i zaczął
mówić wiersz. A może to ona mówiła
ten wiersz do niego? Jaka to w końcu różnica?
Rozkoszne są policzki
Flory,
Równie kuszące
piersi Diany!
A jednak nóżka
Terpsychory
Ma dla mnie powab niezrównany.
(przeł. Feliks Netz)
W tym czasie zrzuciła
szlafroczek i wsunęła się pod kołdrę,
obok niego. Pogroziła mu palcem i uśmiechnęła
się:
— Co za rym, Puszkin:
“Flory–Terpsychory”?! Wstydziłbyś
się! Bóg cię ukarał za to, że rozmieniasz
się na drobne: pierś ci się podoba moja, policzki
Flory, a nóżka Terpsychory. Babiarz nieszczęsny!
No dobrze już, dobrze, wybaczam ci... Ale pracujesz mało.
Jeszcze całkiem zapomnisz, jak się pisze wiersze.
Wyrzucała mu Morgałkina
te wypady i jego lenistwo. Klękał przed nią,
prosił o wybaczenie i po udawanej obrazie pozwalała
mu się do siebie przytulić. Jakoś od razu wtedy
słabła i mógł już robić z nią
co mu tylko przyszło do głowy, byle jedynie z nią.
Dlatego inne kobiety odchodziły w cień, nie miały
już dla niej żadnego znaczenia.
Leżeli obok siebie, mówił
jej do ucha wiersze, które dawno znała na pamięć.
Udawała jednak, że to bardzo interesujące. Nawet
klaskała w dłonie, tylko cicho, żeby sąsiedzi
nie słyszeli.
— Co, żoneczko,
nie wyskoczyć by tak do teatru? — zwracał się
do niej. — A to nuda taka...
— Chcesz powiedzieć,
że ci ze mną nudno, Puszkin, tak? Zamierzasz mnie obrazić?
— Siedzenie w domu
doprowadza mnie do szaleństwa, Dianeczko. Co dają w operze?
Diana podała mu gazetę
“Wieczorny Petersburg”.
— Boże mój
— wykrzyknął. — Ile tych teatrów!
W oczach się troi. I co, wszystkie dobre?
— Różne.
Chciałeś do opery? Patrz, dzisiaj grają “Damę
pikową”.
— Jakby coś znajomego
— usiłował sobie przypomnieć.
— A jakże!
— Jedziemy! —
zerwał się z łóżka. — Zaraz
każę zaprząc burą kobyłkę.
— Lepiej autobusem —
zaproponowała Diana.
Zaczęła się
nerwowo zastanawiać, czy starczy jej na bilety. Zajrzała
na półkę, gdzie w jednej z książek
trzymała pieniądze — na czarną godzinę.
Tym razem Aleksander Siergiejewicz
ubierał się sam. Już dawno trzeba by mu kupić
współczesne ubranie, jakiś fiński albo bułgarski
garnitur. Postękiwał z nieprzyzwyczajenia, samodzielnie
wkładając buty. Rozpuściła go tym ubieraniem
i rozbieraniem. W kapeluszu wyglądał świetnie.
Było zimno, a on nie miał płaszcza.
— Nie bój się,
moja droga — powiedział. — Przywykłem do
mrozów...
Diana włożyła
swoją najlepszą i jedyną wieczorową suknię
z koronkami. Na ulicy Puszkin zaczął się przyglądać
maleńkiej oficynie na rogu zaułka Moszkowskiego.
— Poznałeś?
— domyśliła się Diana. — Oczywiście!
Tutaj mieszkał twój przyjaciel Odojewski ze swoją
piękną Kreolką...
Drzwi zatrzasnęły
się za nimi i pojechali. W autobusie był tłok
i w całym tym galimatiasie i panującym tam
półmroku nikt na Puszkina, dzięki Bogu, nie zwrócił
uwagi. Bilety do Teatru Maryjskego kosztowały szalone pieniądze,
a za ruble w ogóle nie sposób ich było
dostać. Trzeba było kupić za dolary.
W foyer już gaszono światła.
Puszkin kroczył pośpiesznie, Diana w długiej
sukni ledwie za nim nadążała. Drzwi się otwarły.
Sala była już pełna, loże połyskują
od świateł, parter i fotele, wszystko aż kipi.
Zapada zmrok. Puszkin idzie między fotelami, pcha się
staje ludziom na stopy, a ona za nim.
— Puszkin! Patrzcie,
Puszkin! — rozlegają się głosy.
Poznają go, witają.
Jemu się to najwyraźniej podoba, jej też.
— A kto to, obok niego?
Przecież nie Natalia Nikołajewna! Jakże to tak?
— Czyżbyście
nie słyszeli? Przecież cały Petersburg aż
huczy. To jego nowa girl friend. Na imię ma Diana...
— Diana? Cóż
za poetyckie imię! A wiecie, całkiem niczego sobie...
— A jakże! A on
za nią szaleje...
Siadają w parterze.
Sąsiedzi kłaniają się, poszeptują. Cała
sala mówi tylko o nich. Puszkin szuka po kieszeniach
swojej lornetki, aby wodzić nią po lożach pięknych
nieznajomych, jednak lornetka gdzieś się zapodziała.
Diana specjalnie wyjęła ją w domu z jego
kieszeni, żeby nie przyglądał się obcym kobietom.
Pojawił się dyrygent i zagrzmiała uwertura.
A sala nie słucha muzyki, tylko nadal szepcze o nich.
W antrakcie, ledwie zapaliło
się światło, Puszkin, zdało się, zapomniał
o Dianie. Jego oczy zaświeciły się od obfitości
pięknych dam, odzianych tak, że nawet mu się nie
śniło: na wpół obnażonych, roztaczających
zapachy, od których kręciło mu się w głowie.
Wyszli pospacerować po foyer. Diana mocno trzymała go
za łokieć.
— Pan jest prawdziwym
Puszkinem czy ucharakteryzowanym artystą? — ze zdumieniem
zapytała go idąca z naprzeciwka nimfetka z długimi
nogami, wyrastającymi wprost spod pach.
Zobaczywszy to boskie stworzenie,
Aleksander Siergiejewicz stracił głowę.
— Mademoiselle! —
wykrzyknął. — Oczywiście, że jestem
prawdziwy. Jeśli pozwoli mi pani ucałować swą
śliczną rączkę, sama się pani o tym
przekona. Pani jest istnym cudem, czystym aniołem!
— Po co rączka?
— nimfetka przewróciła oczęta. —
Kto dzisiaj całuje po rączkach? Lepiej już w usta.
I nie pozostawiając Puszkinowi
ani chwili na wahania, rzuciła mu się na szyję.
Puszkin objął ją za cieniutką talię i zaczął
coś szeptać do ucha. Nimfetka zwiotczała, jak gdyby
natychmiast, nie ruszając się z miejsca, gotowa
była upaść z nim na podłogę.
Pąs rzucił się
na twarz Dianie. Boże, po co go tutaj przyprowadziłam?
Po co w ogóle ożył? Przecież go stracę!
Martwy należał do mnie i do nikogo więcej.
Jego drewniane ciało należało tylko do mnie. A
teraz...
Wokół zaczął
się gromadzić tłum. Diana w oburzeniu wyrwała
Puszkina z objęć nimfetki i wymierzyła
mu siarczysty policzek. Ręka ją rozbolała: uderzyła
się o kawałek drewna. Łzy trysnęły
z jej oczu, pociekły do ust, poczuła na języku
ich słony smak.
Był ranek, za oknem na
rogu zgrzytał po szynach tramwaj. Puszkin leżał
obok i patrzył na swoją girl friend. Trzeba było
wstawać i biec do pracy.
9
Nie ma wątpliwości,
kocha tylko ją, Dianę, należy tylko do niej. Tego
było jednak dla jej wyobraźni za mało. Potrzebowała
logiki, historycznego uzasadnienia i, że tak powiem, legalności.
Jakkolwiek omijałaby biograficzne szczegóły związane
z życiem Puszkina, nie można było wejść
z nimi w jawną sprzeczność: Natalia była
jego żoną, a Diana — nie. Trzeba uzyskać
legalne prawo do zajmowania miejsca koło niego. Zupełnie
jej nie przeszkadza, że on żył wtedy, a ona
teraz, kiedy już umarł. Ważniejsze jest co innego:
jak zostać jego legalną żoną?
W Niedzielę Palmową
Morgałkina poszła na poranną mszę do cerkwi
do ojca Jewłampija. Poznali się jeszcze na uniwersytecie:
trafili razem na wykopki i tam uświadamiał Morgałkinę
w sprawach samizdatu. On też, kiedy stało się
to możliwe, ochrzcił ją. W świeckim życiu
Jewłampij był Eugeniuszem i dawniej pracował
w Leningradzkim Zarządzie Handlowym jako ekonomista,
ale wpadł za łapówki. Pan go oświecił,
skrył do monasteru i posłał do seminarium.
Wysłuchawszy niedzielnej
mszy, Diana podeszła do ojca Jewłampija i poprosiła
o chwilę konfidencjonalnej rozmowy. Odprowadził
ją nieco na bok i nastawił ucha. Rozejrzała
się, czy nikt nie słyszy, i wyszeptała:
— Muszę się
pobrać z pewnym człowiekiem, ale w tajemnicy,
w domu, jak czynili to niegdyś nasi przodkowie.
Jewłampij także
był biegły w historii, ale też od razu ostrzegł
ją, żegnając znakiem krzyża:
— Trzeba w cerkwi,
według prawa, z papierkiem z Urzędu Stanu
Cywilnego.
— Jakiej są te
dzisiejsze prawa? — zaprotestowała. — Chcemy
najpierw uzyskać Boże poparcie... I to szybko. Zapłacę,
ile zażądasz. Nikt nie będzie wiedział. To
tu, niedaleko.
Namawiała go długo,
aż wreszcie, biorąc pod uwagę starą przyjaźń,
wyraził zgodę.
— Kiedy?
— Od razu. Teraz.
— To trzeba szybko —
powiedział. — Bo mam jeszcze południowe nabożeństwo
i szefostwo z diecezji ma je wizytować.
W drodze ojciec Jewłampij
milczał. Spoglądał jedynie co chwila na zegarek
i podtrzymywał sutannę nad kałużami.
Morgałkina przyprowadziła go do domu. Wiedziała,
że wszyscy sąsiedzi powyjeżdżali na działki.
Weszli do pokoju i Jewłampij zapytał:
— No, a gdzie jest
ten twój narzeczony i co go tak przycisnęło?
Ciężka zielona kotara
zasłaniała okno, nie przepuszczając prawie dziennego
światła. Diana najpierw w milczeniu zapaliła
dwie świece, jak gdyby nie słysząc pytania.. Potem
rozsunęła książki, wyjęła z szafy
kopertę, wyciągnęła z niej dwa papierki
po sto dolarów i podała je Jewłampijowi.
Schował pieniądze do kieszeni sutanny.
— A narzeczony? —
zapytał znowu.
Co było robić —
wskazała na Puszkina opartego plecami o szafę.
— Tu jest.
Ojciec Jewłampij aż
wetknął ze zdumienia palec w usta i o mało
go nie odgryzł. Przetarł oczy, otwarł je szeroko,
zamrugał, sprawdzając, czy aby dobrze widzi, przeżegnał
się znakiem krzyża, chrząknął parę
razy i wydusił:
— Żartujesz, panna!
Nie może tego być, żeby poważnie...
Morgałkina nałożyła
już zapobiegliwie przygotowany welon i milcząc,
stanęła obok Puszkina, opuściwszy oczy ku podłodze.
Czekała.
Ojciec Jewłampij, gotowy
rzucić pieniądze i uciec co sił, wsadził
już rękę do kieszeni. Zaszeleścił banknotami,
zasapał skonsternowany. Nie w pieniądzach tu rzecz.
Pieniądze można zwrócić. Zdziwaczała,
nieszczęsna służebnica Pańska. Oczywiście,
że coś nie bardzo tutaj z rozumem, ale przecież
Pan nasz, w odróżnieniu od ludzi, był zawsze
pełen miłosierdzia dla ludzkich słabości.
— Boję się
— wyrzekł głośno ojciec Jewłampij i znowu
przeżegnał się znakiem krzyża. — To
ci dopiero sytuacja, wybacz mi, Ojcze.
— Zaczynaj, co z tobą?
— Jak to co?... Ty,
Morgałkina, przysięgnij mi tu na krzyż, że
nikomu ani słowa! Ani jednej duszy na ziemi!
Diana kiwnęła głową.
Przysunął do jej ust krucyfiks. Pocałowała
go.
Ojciec Jewłampij, ciągle
jeszcze niezbyt pewny siebie, pokonał tkwiące w nim
samym resztki oporu i zaczął wygłaszać
modlitwę, starając się nie patrzeć na Puszkina.
Przeżegnał ich oboje, zapytał, ją czy pragnie
zostać małżonką (nie powiedział czyją)
i ogłosił ich mężem i żoną.
— A obrączki? —
zapytała Diana, kiedy odwrócił się już,
żeby odejść.
Jego oczy rozszerzyły
się. Zastygł w nich strach albo konsternacja, a może
i jedno, i drugie równocześnie.
— Wymieńcie się
obrączkami — dodał pośpiesznie. — Wymieńcie
się... Wymieńcie... Wybacz, Panie, nam grzesznym, dzieciom
twoim...
Morgałkina otwarła
pożółkłe pudełeczko i nałożyła
Puszkinowi na bezimienny palec ze sklejki obrączkę ślubną
swojego ojca. Potem wyjęła drugą i nałożyła
ją sobie.
— No, z Bogiem!
Polecę już. — Przy drzwiach ojciec Jewłampij
obejrzał się jeszcze. — Pamiętaj, córko
moja, o przysiędze. Nikomu! Życie dzisiaj jest
takie...
Tak oto Morgałkina została
drugą w majestacie prawa żoną Aleksandra Siergiejewicza
— Dianą Puszkinową.
Był kochankiem pierwsza
klasa, boski, najlepszy na świecie, chociaż żadnego
doświadczenia, żeby to jakoś porównać,
madame Puszkinowa nie posiadała. Teraz była już
prawie zupełnie szczęśliwa. Prawie, ponieważ
w ich stosunkach pozostał pewien nie do pokonania defekt,
nie bacząc na gorące noce, kiedy go obejmowała:
mimo wszystko pozostawała dziewicą.
Następnej niedzieli rankiem
znowu poszła do cerkwi, aby prosić Pana: jeden jedyny
raz uczyń wyjątek i przywróć życie
sługi Twego. Przekształć drewniane ciało w normalne,
żeby oddychało, żeby sam mnie obejmował. Przywróć
mu życie choćby nie na długo. Choćby tylko
jeden jedyny raz, żebym nie ja z nim rozmawiała,
ale on ze mną, żeby sam wyznał, jak mnie kocha.
Bo przecież jak dotąd cały czas to ja mówię
i za niego, i za siebie. Dla mnie on i tak jest
żywy, oczywiście, i wszystko absolutnie jest między
nami w najlepszym porządku. Ale jednak nijak nie może
dojść do poczęcia — ani niepokalanego, ani
pokalanego. Ożyw męża mego, Boże, aby okazał,
jak mnie kocha. I żeby poczuć w sobie dziecię.
Rozpoczynając tę
modlitwę, zrezygnowała jednak w przestrachu. Nie
zechce Bóg ożywić człowieka, albowiem natychmiast
wszyscy śmiertelnicy tego zapragną. I do czego zresztą
to doprowadzi, jeśli nawet Bóg ulituje się nade
mną i Aleksander Siergiejewicz ożyje, czyli przekształci
się w cielesnego mężczyznę? Wtedy żadnej
kontroli już nad nim nie będzie. Przecież dobrze
znamy jego naturę. Jak wszyscy żywi mężczyźni
poleci za pierwszą napotkaną spódniczką.
A mnie zacznie okłamywać albo w ogóle wyniesie
się z domu i tyle go będzie. Nie, nie, niech
już będzie drewniany, ale za to wierny mi do grobowej
deski. A obejmować go nadal mogę sama, ręce mi
nie odpadną.
Wyszła z cerkwi,
nie kończąc modlitwy. Dlatego też Puszkin nie ożył.
Czasami Dianie wydawało
się, że już-już zajdzie z nim w ciążę,
albo że nawet już jest brzemienna, pojawił się
nawet niewielki brzuszek, coś tam zaczęło kopać,
wkrótce przyjdzie rodzić, a potem chłopczyk
pójdzie do szkoły — jej syn i Puszkina.
Jednak mimo usilnej pracy, żeby się w tym wszystkim
utwierdzić, ciąża się nie pojawiała.
— Tamara — powiedziała
Diana szeptem, kiedy zostały same w przerwie między
wycieczkami. — Przysięgnij na swoją matkę,
że nikomu nie powiesz!
— A tobie co? —
zdziwiła się Tamara i spojrzała na nią
podejrzliwie. — Bank chcesz obrabować?
— Gorzej — Diana
wyszeptała jeszcze ciszej. — Muszę zajść
w ciążę.
— Zwariowałaś?
Wszyscy drżą ze strachu, żeby nie wpaść,
a ty na odwrót? Całkiem jak u twojego ulubionego
poety:
Strzeżcie się, bo
może właśnie
Jakaś całkiem nowa
Diana,
Dotąd kryjąc swą
namiętność,
Wstydu pełna tylko patrzy,
Który z was by
mógł wystarczyć,
By jej upaść pomógł,
chętnej.
— A kto by pomógł?
— Diana chwyciła się ostatniego wersu jak deski
ratunku.
— A ja co — stręczycielka?
Rozejrzyj się tylko — tego towaru wszędzie pełno.
— A czy to są mężczyźni?
Ani energii, ani duszy. Domu nie zbudują, baby uwieść
nie potrafią.
— A tobie czego trzeba?
Jakie życie, takie chłopy...
— O tym mówię!
Tylko on był kimś.
— Kto?
— Puszkin.
— Oj, kobitki, nie mogę
dłużej! — zaczęła lamentować Tamara,
chociaż w pokoju nikogo poza nimi nie było. —
To zajdź w ciążę z Puszkinem.
W oczach Diany pojawiły
się łzy. Tamara pogłaskała ją po dłoni,
chwyciła za ramiona i potrząsnęła.
— Ty co, Morgałkina?
Żarty sobie ze mnie robisz czy jak? Jeśli serio, to
bierz pierwszego lepszego.
— Pierwszego lepszego?
Może pogadałabyś ze swoim Antonem? On by się
nie zgodził? Tylko jeden raz...
Tamara przygryzła wargę.
— Nie, ty po prostu
zwariowałaś! Patrzcie ją! A co ze mną? Do
zsypu na śmieci?
— Nie bój się,
tylko zapytałam — Diana zaczęła machać
na nią rękami.
— A poza tym mój
chłop jest zbyt leniwy — pokojowo dodała Tamara.
— Sama poczęłam Swietłankę dopiero w trzecim
roku małżeństwa.
— Kto by mi mógł
pomóc? — nie dawała spokoju Diana. — Jeśli
całkiem poważnie...
— Jeśli bardzo
poważnie, to przecież nie weźmiesz z ulicy!
A twój Todd marnuje się bez sensu. Jaki jest, taki
jest, ale zawsze Amerykanin. No i chociaż znasz człowieka.
— Odstawiłam go.
— No i co? Przystaw
z powrotem. Przecież to idealne rozwiązanie! Tylko
nie bądź zupełną idiotką i nie palnij
mu, że palisz się do ciąży. Widząc takie
świetlane perspektywy, każdy normalny chłop wyparuje
w mgnieniu oka, i tyle go zobaczysz. Bzyknij się
z nim, potem on pojedzie do tej swojej Ameryki i końce
w wodę. A jak będzie się opierał, to
go upij.
— Po co?
— Pijany chłop
zawsze jest do tego gotowy, jak młody pionier. Dzwoń
do niego...
— Boję się...
— Bać się
trzeba, kiedy gwałcą. A tutaj... Słuchaj —
Tamara ścisnęła jej ramię. — A co
będzie, jak on cię zabierze do Ameryki? Będziesz
głupia, jeśli odmówisz.
— A jak ja tu zostawię
Puszkina?
— Nie, kochana, za tobą
to tęskni dom wariatów. Lepiej już trzymać
się od ciebie z daleka...
Przez znajomych z uniwersytetu
Morgałkina bez trudu ustaliła telefon do akademika i zostawiła
Toddowi wiadomość, żeby zadzwonił do Muzeum
Puszkina. Zadzwonił. Jednak żeby przyprowadzić
go do domu, musiała poradzić się Puszkina. Sam
przecież latał do kobitek jak nie wiem co, to dlaczego
ona nie może ten jeden raz?
Wieczorem, kiedy weszła
do siebie, od razu go o to zapytała. Puszkin milczał
i tylko patrzył na nią, nie odrywając wzroku.
Pewnie nie umiał zareagować. Myślał i nie
wiedział, co odpowiedzieć.
— Ale przecież
sam byłeś babiarzem! — nalegała Diana. —
A teraz przecież jest już pełna emancypacja. Todd
mówi, że zawsze byłeś feministą. Przecież
kocham ciebie, a on jest tylko dawcą, nie rozumiesz?
Dawca, po francusku le donneur...
Puszkin pomyślał
jeszcze przez chwilę i się zgodził. Diana
pocałowała go w policzek i poleciała.
10
— Nareszcie przyprowadziła
chłopa! — głośno, nie zwracając się
do nikogo wypaliła sąsiadka, idąc do kuchni. —
Może wreszcie trochę znormalnieje...
Morgałkina przemilczała.
Todd stał za nią i najwyraźniej nie bardzo
zrozumiał sens wypowiedzi sąsiadki. Diana poszperała
w torebce, znalazła klucza i otworzywszy swój
pokój wpuściła tam Todda, zamykając od razu
drzwi na klucz.
Kiedy Diana zadzwoniła,
Donkey zdziwił się, słysząc w słuchawce
jej głos. Była rzeczowa, nawet nie zapytała go,
czy chce się z nią widzieć i od razu
zaproponowała spotkanie, nie dając mu właściwie
pola manewru. Nie wypytywał, dokąd go wiezie, było
mu niezręcznie. Teraz Toddowi wydało się, że
w ciemnym pokoju jest ktoś jeszcze, ukłonił
się więc. Nikt nie odpowiedział. Diana zapaliła
stojącą na stole lampę: w półmroku
stał Puszkin. Donkey wyciągnął do niego rękę,
która zawisła w powietrzu. Wtedy Todd jeszcze
raz grzecznie się skłonił i powiedział:
— Haj, Puszkin!
Puszkin milczał nadal.
— Teraz rozumiem, dlaczego
pani żartowała, że jest mężatką...
— Nie żartowałam
— odcięła Diana, żeby nie pozwolić Toddowi
na zbytnią familiarność.
Szybko przygotowała kolację
i wyjęła z lodówki butelkę wódki.
Todd siedział przy stole i tylko wodził za nią
oczami, kiedy biegała po pokoju.
— Przyjemnie tutaj.
Bardzo przytulnie. I dużo książek — mówił
z uprzejmą inercją, spoglądając na straszliwy
bałagan, z którym można było porównać
tylko jego własny garaż w Palo-Alto. — Jeżeli
kiedykolwiek znowu się ożenię, obowiązkowo
będzie u mnie bardzo przytulnie.
— Znowu? — Morgałkina
wychwyciła to słowo i na moment przestała
się krzątać. — To pan jest żonaty?
— Właściwie
to nie...
— Jak to? — nie
zrozumiała.
— To znaczy, byłem
żonaty, rozwiodłem się, ale żona cały
czas usiłuje się ze mną sądzić. Wystarczy,
że kupię cokolwiek, na przykład samochód,
to ona od razu wynajmuje adwokatów, twierdząc, że
przy rozwodzie ukryłem przed nią jeszcze jakieś
pieniądze. Po prostu mści się na mnie, chociaż
nie bardzo wiem, za co...
Pięć lat temu, jeszcze
będąc studentem, Donkey poleciał na wakacje do
Hongkongu i poznał tam pewną Wietnamkę, która
się w nim zakochała. Była sierotą, jej
rodzice zginęli podczas próby ucieczki łodzią
za granicę, a dziewczynkę straż przybrzeżna
uratowała. Todd się wzruszył i postanowił
zabrać ją do Ameryki. Pobrali się od razu w Hongkongu.
Po pewnym czasie przyjechała do niego do Kalifornii i uzyskała
prawo stałego pobytu w USA. Odmówiła jednak
zamieszkania z Toddem, wymyślając najróżniejsze
po temu przyczyny.
Wkrótce dowiedział
się, że jego żona ma narzeczonego w Los Angeles,
do którego w istocie przyjechała, wykorzystując
Todda jako środek transportu. Co więcej, żona namówiła
go, by się nie rozwodzili, dopóki nie uzyska amerykańskiego
obywatelstwa, bo inaczej będzie musiała wyjechać.
Potem zaczęła pożyczać od niego co się
tylko dało, wywoływać skandale z powodu każdego
pensa i trwa to tak do dziś, chociaż doktorantowi
Donkey nie można już właściwie nic zabrać
poza starym fotelem i śpiworem. Adwokaci w Kalifornii
mają zęby groźniejsze od krokodyli i umieją
konsumować klientów lepiej niż gdziekolwiek indziej.
Todd oddał jej wszystko,
a sobie chciał zostawić dla zasady jedynie fotografię
matki w srebrnej ramce. Ramka mu była niepotrzebna,
ale od kiedy sam siebie pamiętał, zawsze wisiała
w domu mamy obok świętego obrazka. Dla jakiejś
głupiej zasady chciał tę ramkę zostawić
sobie. Żona się uparła: nie odda, ponieważ
ramka się jej podoba i tyle. Sędzina warcząca
na niego co chwila, że niby ci świńscy mężczyźni
rozwodzą się, porzucają nieszczęsne kobiety
i tak dalej, kiedy zrozumiała, że żona domaga
się fotografii jego matki, stuknęła młotkiem
w stół i wypaliła coś najzupełniej
odległego od prawniczych formuł: “Dość
już tego, madame! Trzeba mieć trochę sumienia!”.
— A teraz sam już
nie wiem, czy trzeba mieć sumienie, czy nie — powiedział
ze smutkiem Donkey.
Może to śmieszne,
ale jego małżeństwo nigdy nie trafiło do łóżka.
Jednak tylko z jego punktu widzenia, bo ona przecież
żyła z narzeczonym. Oto dlaczego Donkey unikał
opowiadania o tym przyjaciołom. Kto ma ochotę na
szczerość, prowadząc tak oryginalne życie
rodzinne? O błogosławione czasy naszych sowieckich rozwodów!
Żadnej własności, dzielić się nie ma
czym poza pokojem we wspólnym mieszkaniu, które
i tak należy do państwa. Rachunek w banku?
Kiedy pieniędzy nie starczało nigdy nawet do pierwszego.
W najgorszym razie przy rozwodzie, jak wyraził się jeden
z moich znajomych adwokatów, trzeba będzie rozpiłować
na pół żyrandol. W Kalifornii inaczej. Zgodnie
z prawem, mąż musi utrzymywać żonę
po rozwodzie do końca jej dni, tak samo, jak czynił
to w małżeństwie. Dla społeczeństwa
to zabójstwo, kiedy żeniąc się, trafiasz
do takiej pułapki.
Czekała ich jeszcze rozprawa,
na której symboliczna żona miała nadzieję
uzyskać całkiem realne alimenty na swoje utrzymanie
w przyszłości, przyjechała przecież do
Ameryki bynajmniej nie po to, żeby pracować. Wychodzi
na to, że Todd będzie utrzymywać także jej
narzeczonego, za którego za mąż właśnie
dlatego bynajmniej jej niespieszno. Pewne przepisy kalifornijskiego
prawa są dość wygodne dla niektórych nieuczciwych
ludzi.
— Wyszedłem z sali
sądowej na świeże powietrze — powiedział
Todd — i przysiągłem sobie, że nigdy
w życiu się więcej nie ożenię.
Diana siedziała cicho
i słuchała go, nie przerywając.
— Proszę nalać
— poprosiła w końcu. — U nas w Rosji
rozlewają mężczyźni. Wypijmy za pana rozwód...
I od razu, nie czekając
na Todda, wypiła do dna.
— Jemu też nalejemy
— Todd podszedł z butelką do Puszkina. —
Bo to jakby trochę niesprawiedliwie.
Wetknął mu kieliszek
pomiędzy drewniane palce i napełnił go. Puszkin
trzymał kieliszek krzywo i połowa wódki
wylała się na dywan. Todd stuknął się
najpierw z nim, a potem z Dianą. Pożerał
po kolei wszystko, co stało na stole. Po półgodzinie
oboje byli podpici. Tylko Puszkin był trzeźwy.
— Chodź, wypijemy
bruderszaft — zaproponowała Morgałkina z nadmiaru
uczuć od razu przechodząc na “ty”. —
Trzeba się będzie jednak pocałować. Nie masz
nic przeciwko temu?
Nie, Donkey nie miał.
Przechylił się przez stół, ona podstawiła
mu usta. I jakoś tak wyszło, że zaczęli się
obejmować i nagle znaleźli się na tapczanie.
Diana nagle zaczęła gwałtownie kręcić
głową, odsunęła jego ręce i obciągnęła
sukienkę.
— Znowu zrobiłem
coś nie tak? — zapytał speszony Todd.
— Poczekaj. Nie tutaj,
tutaj jest niedobrze!
— Ale dlaczego?!
— On patrzy na nas.
Chodźmy gdzie indziej.
— Dokąd, gdzie
indziej?
Diana nie odpowiedziała.
Nagle uświadomiła sobie, że nie może począć
syna Puszkina tutaj. Że też sobie tego od razu nie uzmysłowiła.
Koniecznie w innym, tylko w tym i żadnym innym
mieszkaniu!
— Idziemy! — wyszeptała,
naciągając płaszcz.
Donkey podporządkował
się niechętnie. Winda nie jechała. Potykając
się, Todd szedł za Dianą po schodach. Wyszli z bramy,
wzięła go pod rękę i poprowadziła
nabrzeżem. Wiatr rozpędził chmury, na niebie wisiała
połówka księżyca. Kroki odbijały się
echem w mijanych bramach.
Milicjant w Muzeum przy
ulicy Mojka 12 spał, jednak kiedy Morgałkina zadzwoniła
do głównego wejścia, spojrzał przez szybę,
poznał ją i tylko zapytał:
— Czego?
— Otwórz, Wasilij
— poprosiła. — Muszę popracować.
O towarzyszącego jej
mężczyznę nawet nie zapytał, zrozumiał,
że są razem. Wyłączył alarm i Diana
z Toddem weszli. Coraz solidniejszy z wiekiem Wasilij
znowu usadowił się na krześle, nasunął
czapkę na oczy i wyłączył się.
Diana szła po ciemku
po muzeum, czując się jak u siebie w domu, i ciągnęła
za sobą Todda. Światło księżyca, a może
ulicznej latarni, przedzierało się przez szparę
w kotarze.
W głowie Todda panował
pełny rozgardiasz. Przestał się już dziwić
pomysłom Diany.
— Tutaj? — zapytał.
— Tutaj...
Diana zdjęła płaszcz,
rzuciła go na krzesło, usiadła na dywaniku koło
półki z książkami i czekała
na niego ze ściśniętymi kolanami.
— Tutaj umarł?
— szeptem zapytał Todd.
Kiwnęła głową.
Todd przeszedł kilka
kroków po pokoju i wrócił. Coś go
niepokoiło.
— Mam do ciebie prośbę
— zdecydował się nagle. — Gdyby to ci nie
zrobiło różnicy... Na wszelki wypadek... Napisz
na kawałku papieru, że sama tego chciałaś.
— Jak to? — zasłoniła
twarz rękami. — Boże, jaki wstyd! Jaki wstyd!
— Nie obraź się.
Po prostu u nas w Ameryce wszyscy powariowali i z molestowaniem
seksualnym jest bardzo niebezpiecznie. Nie chciałbym pójść
do więzienia za gwałt, jeżeli rankiem zmienisz
zdanie i pójdziesz na policję...
— Na milicję —
poprawiła go.
— Tak, oczywiście,
na milicję.
— Nie pójdę
na żadną milicję.
— Wiem! Ale bardzo cię
proszę... Na wszelki wypadek.
Diana fuknęła i zdecydowanym
krokiem podeszła do wyłącznika. Zapłonęło
światło. Schyliła się nad biurkiem, na którym
stała figurka Murzynka oraz szkatułka z rękopisami
poety. Teraz trzymano tam najróżniejsze biurowe drobiazgi.
Wyjęła ze szkatułki kawałek czystego papieru.
— Co mam napisać?
— zapytała ochrypłym nagle głosem.
Todd milczał. Nie wiedział,
jak się po rosyjsku pisze oficjalne oświadczenia. Zresztą
po angielsku też nigdy nie widział takiego dokumentu.
— Napisz coś...
No, że dobrowolnie...
— A może po?...
— Nie, przed.
Nagle jej twarz rozbłysła.
— “Ja, Diana Morgałkina,
obywatelka Federacji Rosyjskiej — zaczęła mówić
powoli oficjalnym głosem, pisząc równocześnie
— podjęłam intymne...” Jak będzie lepiej
“intymne” czy “seksualne”?
— Lepiej “seksualne”
— poradził Donkey. — “Intymne” to
może być nie wiadomo co...
— No więc “podjęłam
seksualne stosunki z obywatelem USA Toddem Donkeyem na własne
życzenie. Żadnych prawnych ani materialnych roszczeń
z tego powodu do pana Donkey nie mam”. Może być?
Podpis... Jak gdyby to było już za nami, nie?
Podpisała się, Todd
złożył i schował papier do kieszeni marynarki.
— Nie będziemy
się rozbierać — powiedziała surowo. —
Odwróć się, zdejmę rajstopy. Po prostu się
zbliżymy i do widzenia.
— Jak to, zbliżymy
się? — nie zrozumiał.
— To ty już wiesz
lepiej, jak...
— A twój boy
friend Puszkin? — Todd nie to, żeby zażartował.
Po prostu wyrwało mu się.
— On mi pozwolił...
Diana znowu usiadła na
kanapce, czekała. Todd jednak nie zaczynał.
— Spójrz! —
rozpięła dwa guziki i na rękach uniosła
ku niemu piersi. — Nieźle to wygląda w blasku
księżyca, co? No czego stoisz jak jakiś bałwan?
Róbże coś!
— Co to jest “bałwan”?
— nie znał takiego słowa.
Zaczęła drżeć
z zimna i nie odpowiedziała. Uniosła ręce,
położyła mu dłonie na uszach i trzymała
tak, dopóki nie ożył i nie postanowił
ruszyć do akcji.
— Co z tobą?
— zapytał po chwili, dotykając ustami jej ucha.
— Pierwszy raz?
— Pierwszy raz.
— Ech, ty! I to ma być
rzymska bogini miłości!
— No i co? Diana
jest też symbolem niewinności.
— A po co trwać
w dziewictwie przez dwa tysiące lat?
— Głupi jesteś!
Wszyscy Amerykanie są tacy? Zrozum: sym-bol...
— Że symbol, to
w porządku. Ale w życiu, po co?
Diana zamknęła oczy
i długo nie odpowiadała. Potem wyszeptała:
— Tak wyszło...
Kanapka strasznie skrzypiała,
nie wiadomo jak Puszkin mógł odpoczywać na czymś
tak niewygodnym. Diana nie poczuła nic oprócz sapania
nad samym uchem.
— A ty co, nie umiesz?
— zdziwiła się.
— Nie wiem, nie próbowałem
— mruknął Todd.
— Nie ma takich mężczyzn.
— A jednak.
— Wychodzi na to, że
u ciebie też jakoś nie tak.
Wyszło jakoś tak
szybko, niewygodnie, nieskładnie, głupio, odrażająco,
brudno, trywialnie i w ogóle okropnie. Ale przecież
to nie był on, Puszkin, uspokajała sama siebie, a tylko
jego chwilowy zastępca. Szybko naciągnęła
rajstopy i opuściła sukienkę.
— Masz pięć
dolarów? — zapytała.
Donkey uśmiechnął
się, wyjął z portfela banknot i podał.
Diana zgasiła światło,
wzięła Todda za rękę, trzymając w drugiej
zieloną piątkę i poprowadziła go po ciemku
w stronę wyjścia. Milicjant spał. Uderzyła
banknotem w jego czapkę. Drgnął, wyłączył
alarm i otworzył drzwi. Wsunęła mu do ręki
pieniądze.
— Odprowadzę cię
do metra — Diana wzięła Todda pod rękę,
ale natychmiast, przypomniawszy sobie o Puszkinie, puściła.
— Idź za mną, bo możesz zabłądzić...
Szli po chodniku w milczeniu,
nie zbliżając się do siebie. Na skwerku koło
Soboru Kazańskiego Morgałkina zatrzymała się,
spojrzała w niebo i zaczęła coś
po cichu mówić do siebie.
— Modlisz się?
— Widzisz, jaki księżyc?
Rozmawiam sama ze sobą, przecież Diana to bogini Księżyca.
Jestem Seleną.
Przed stacją metra Newski
Prospekt o tej później godzinie przebiegali już
tylko pojedynczy spóźnieni przechodnie. Skulony Donkey,
z którego chłód wypędził resztki
alkoholu, przyglądał się Dianie z pewną
obawą i zdumieniem. Niepotrzebnie się z nią
związał: jakaś dziwna istota. Nie przekorna, tylko
cholera wie co...
— Wybacz — powiedział
Todd.
— Nie, to ty mi wybacz
— zaprotestowała Morgałkina, nie patrząc
mu w oczy. — Nie powinnam ci tego mówić...
Chciałam, żebyś pomógł mi urodzić
dziecko.
— W jakim sensie? —
wystraszył się.
— Boże, jakiś
ty niedomyślny: w najprostszym. Chciałam zajść
w ciążę. Na pewno jestem okropna jako kochanka
i w ogóle co ze mnie za kobieta. Że też
bywają takie na świecie...
Odwróciła się
gwałtownie i pobiegła. Todd postał jeszcze
chwilę, tępo patrząc jej w ślad, skonsternowany
wzruszył ramionami i wszedł do metra.
Następnego ranka Donkey
wyleciał Aerofłotem do San Francisco.
11
Morgałkina wróciła
do domu jakoś bardzo podenerwowana, pełna sprzecznych
uczuć. Sama nie wiedziała, co się z nią
dzieje. Przecież wszystko się udało — dokładnie
tak, jak sobie zaplanowała. Jednak harmonia, panująca
dotąd w jej duszy, została naruszona. Jakiś
robak przedostał się tam i nadgryzał, a jej
dusza i tak była pełna wątpliwości. Puszkin
czekał na nią w milczeniu i patrzył z wyrzutem.
Ale przecież sam był temu winien! Sam jej kazał,
sam popchnął ją do takiego kroku. Nie chciała
się usprawiedliwiać ani w ogóle z nim
o tym rozmawiać. Po raz pierwszy nie poczuła radości,
kiedy została z Puszkinem sam na sam.
Postanowiła, że
będzie dzisiaj spała sama. Pościeliła łóżko,
rozebrała się i skryła pod kołdrą,
a on, odziany w zielono-czerwony mundur kamerjunkra,
stał i patrzył. Wtedy się zlitowała:
wstała, rozebrała go i położyła
do łóżka.
— Nienawidzę cię
— powiedziała.
Odwróciła go twarzą
do ściany i sama położyła się do
niego tyłem.
Od tej nocy coś w tym
szczęśliwym małżeństwie z Puszkinem
zaczęło się psuć. A jemu było wszystko
jedno. Diana w ogóle nie mówiła już
nic — ani za siebie, ani za niego, milczała. Była
zła i w tej złości przestała nawet płakać,
kiedy w czasie wycieczek opowiadała o jego śmierci.
Trwało to jakieś półtora miesiąca,
do dnia, kiedy wreszcie zrozumiała, że jest w ciąży.
Wszystko wróciło
na swoje miejsce. Morgałkinę jakby ktoś podmienił.
Odżyła, znowu spieszyła się do domu, do swojego
Puszkina. Uwierzyła i zaczęła przekonywać
także jego, że to on, nikt inny, jest ojcem jej dziecka.
Wkrótce będę miała żywego maleńkiego
Puszkina. On też na pewno zostanie wielkim poetą! Bo
ja tak chcę!
— Cieszysz się?
— pytała męża.
Puszkin odpowiadał, że
jest zachwycony.
— Miałeś czworo
dzieci — mówiła mu. — A to jest piąte
i na dodatek chłopczyk.
— Skąd wiesz, że
chłopiec? — pytał Puszkin.
— Wiem, wiem! Nazwiemy
go Sasza, dobrze?
— Ale przecież
miałem już jednego syna Saszę — odparł.
— No to co? Przecież
dawno umarł...
W końcu się zgodził,
że może być Sasza. Dianie pozostawało tylko
donosić i urodzić.
Kobiety w muzeum trochę
poplotkowały. Trochę się nad nią podśmiewały
i próbowały wypytywać:
— No powiedz w końcu,
czyje?
— Puszkina — odpowiadała.
I była to prawda.
Zresztą współpracownicy
nastawali tylko tak: wszyscy i tak wiedzieli, że to
z tym Amerykaninem.
Z coraz większym brzuchem
było jej coraz trudniej oprowadzać wycieczki. Poczuła
jednak prawdziwą dumę, kiedy zaczęło być
widać. Nie była już blondynką — nawet
tego nie zauważyła. Za to ukryte marzenie stało
się rzeczywistością. Jeśli zapomnieć
o pewnych niedogodnościach, to przecież było
faktem, że nosi jego dziecko, tego, kto jest gospodarzem
w jej pokoju, najmądrzejszego i największego
człowieka w Rosji, nosi nowego Puszkina.
Ciąża była
trudna. Dwa razy Morgałkina musiała iść do
szpitala na podtrzymanie. Było tam jeszcze gorzej niż
w domu: za mało jedzenia, żadnej opieki ani lekarstw,
tyle tylko, co się udało zdobyć przez znajomych.
Pracowała do samego końca, oprowadzała wycieczki,
nie bacząc na letnie upały. Bała się tylko,
żeby w tej ciasnocie ktoś jej nie potrącił
i nie przewrócił.
Rano, kiedy było jeszcze
ciemno, obudziła się, czując, że musi iść,
bo w domu sobie sama nie poradzi: nie mogła przecież
liczyć na pomoc męża. Przecież jedynie leży
albo stoi oparty o stół i ciągle patrzy
w jeden punkt.
— Ej, Puszkin, Puszkin
— powiedziała. — Czekaj na mnie, tylko żebyś
mi tu nikogo nie sprowadzał!
Do szpitala położniczego
Diana dotarła na piechotę pustymi ulicami, dygocąc
z porannego chłodu. Nie chcieli jej przyjąć,
bo nie mieli wolnych miejsc, poradzili, żeby pojechała
do innego szpitala. Podcięło jej nogi i usiadła
na podłodze w izbie przyjęć. Zawołano
dyżurującą położną, która
nakrzyczała na Morgałkinę, że niby nie ma
co udawać, nie ty pierwsza, nie ty ostatnia pchasz się
tu do porodu. A gdzie na was wszystkich miejsca nastarczyć?
Zachodzą w ciążę jak kotki. Kiedy jednak
wykrzyczała się i wyrzuciła z siebie
wszystkie zjadliwości, nie odważyła się jej
wygonić i salowa rzuciła Dianie szlafrok i kapcie.
W szpitalnej sali rozmowy
kręciły się wokół tego, że wszystko
zarażone jest gronkowcem, że matki chorują,
że przechodzi to na dzieci, ale że to nic, bo zdarza
się, że rodzą się także dzieci zdrowe.
Dianie nie było dane uczestniczyć w tych rozmowach
zbyt długo. Położyli ją na stole, a dalej
ledwie pamiętała co i jak, tyle że bolało.
I jeszcze zdziwienie położnej:
— Ty co, dziewica? Też
mi Matka Boska... Kto cię to tak załatwił?
— Puszkin — ledwie
na wpół przytomna wydusiła to z siebie.
— Tylko bez chamstwa!
— obraziła się położna i więcej
już jej o nic nie pytała.
Morgałkina sama nawet
nie wiedziała, że nie straciła niewinności.
Lekarka powiedziała jej później, że zdarzają
się takie ciąże, kiedy stosunek jest szybki i przypadkowy.
I popatrzyła na nią znacząco.
Diana nie miała szczęścia.
Poród się przeciągał. Chociaż sam nie
miałem okazji rodzić, to jednak procedura ta wydawała
mi się zawsze wielką męczarnią i bezimiennym
bohaterstwem w imię ludzkości. O wiele poważniejszą,
zaszczytną i na pewno o wiele bardziej humanitarną
niż większość męskich wyczynów,
za które tak zwanej silnej płci wieszają na piersi
błyskotki. A już kiedy poród jest ciężki
— to pewnie coś w rodzaju tortur w lochach
inkwizycji, nawet narzędzia są podobne. Amerykańscy
ojcowie, którzy obserwują i filmują na wideo
do domowego archiwum cały poród, wywołują
moje zdumienie. Rozumiem, że taka jest teraz moda i że
potomkowie będą mogli sobie obejrzeć najważniejsze
wydarzenia z życia ich matki i babci, jednak cierpienie
sfilmowane dla rozrywki aż się prosi o ostry komentarz
adresowany do męża z kamerą w ręce.
Morgałkiny nikt nie filmował.
A ponieważ poród trwał bardzo długo, to
nie starczyłoby nawet najdłuższej kasety. Położna
kilka razy odchodziła, żeby pomóc innym, wracała,
przyniosła jakieś narzędzia. Diana krzyczała
na granicy przytomności, pogryzła wargi do krwi, traciła
świadomość. Położna, żeby ją
ocucić, podtykała pod nos amoniak i biła po
twarzy.
— Chłopiec! —
wrzasnęła, przekrzykując jęki Diany. —
Aleś mnie umęczyła... Ledwie wyciągnęłam...
Po czterech dniach Morgałkina,
blada jak cień, wyszła ze szpitala z niemowlakiem
na rękach. Nikt jej nie odprowadzał ani nie czekał
na nią z kwiatami. Sympatyczny, niebieskooki Sasza z zadartym
noskiem i białym puszkiem na ciemieniu spał na
jej rękach, cmokając od czasu do czasu ustami. Przyniosła
go do domu.
Mąż stał koło
szafy w tej samej pozie, w jakiej zostawiła go
tam przed pięcioma dniami. Nie wziął syna na ręce,
chociaż pokazała mu chłopca pełna dumy. Nic
nie powiedział, tylko patrzył. Diana nagle obraziła
się, chociaż przecież właściwie nic nie
zmieniło się w nim od chwili, kiedy zaczęli
mieszkać razem i się pobrali.
Puszkin był ciągle
taki sam, lecz życie Morgałkiny się zupełnie
zmieniło. Z muzeum dostała długoterminowy urlop.
Koleżanki zrobiły zrzutkę i kupiły jej
pieluchy, poukładały je w dziecięcym wózku,
który ktoś odnalazł w domu i dał
jej w prezencie. Tamara zadzwoniła, chciała wpaść
w porze obiadu, ale Diana, jak zwykle, sprzeciwiła się
i powiedziała, że lepiej spotkać się
w parku. Tamara przywiozła Dianie wózek i dodała:
— Telepatia jednak istnieje.
Mam dla ciebie także nowiuteńką niespodziankę!
Otworzyła torebkę
i wyjęła list w lotniczej kopercie, który
trafił z USA do muzeum. Na kopercie widniało: “Ms.
Diana Morgalkin”. Diana rozerwała kopertę. Znalazła
w niej napisany jej własną ręką dokument
o rezygnacji z roszczeń itd., do którego
dołączony był następujący liścik:
Wybącz mnie za nieoddawanie
temu papierowi wcześnie. Jak był głupi poprosić
go. Teraz zrobił troche mondrzejszy. Cześć.
Todd Donkey.
Był na pewno znacznie
lepszy w mowie niż w piśmie. A zresztą
bez praktyki szybko się zapomina, wylatują z głowy
regułki, słówka...
— Co on tam pisze? —
zainteresowała się Tamara.
— A takie tam...
Diana, nie czytając listu
powtórnie, porwała go na drobne kawałeczki i wyrzuciła
do kosza na śmieci. Tamara nie obraziła się. Na
odwrót, spojrzała na nią ze smutkiem i cicho
odeszła. A Diana z wózkiem, do którego
włożyła Saszę, poszła do Urzędu
Stanu Cywilnego zarejestrować dziecko — bez papierka
syn jak ścierka, a z papierkiem staje się obywatelem
Federacji Rosyjskiej.
Kolejka była nieduża,
ale się nie posuwała. Okazało się, że
w sali obok odbywały się śluby. Sasza milczał,
potem zaczął kopać nogami i w końcu się
rozpłakał — nie pomógł ani smoczek,
ani pierś.
— Będzie z niego
prawdziwy mężczyzna — zauważyła siedząca
obok Diany kobieta, która przyszła się rozwieść.
— Uspokoi się dopiero, jak cię doprowadzi do rozpaczy.
Weszła do biura za jakieś
pół godziny. Sasza, zuch chłopak, jakoś
się uspokoił. Urzędniczka okazała się
sympatyczna, od razu wyjęła blankiet zgłoszenia
urodzenia dziecka, zapytała o zaświadczenie ze
szpitala, dowód osobisty.
— Jak pani mu da na
imię?
— Aleksander —
wyszeptała Diana, podając zaświadczenie i dowód,
i na wszelki wypadek zakołysała wózkiem, żeby
syn nie zaczął znowu krzyczeć.
— Też coś
— powiedziała urzędniczka — to już
dzisiaj czternasty Aleksander. Albo piętnasty, straciłam
rachubę...
Diana nie zareagowała
i kobieta okrągłymi literami powoli wpisała
imię do formularza. Osuszyła atrament, żeby nie
rozmazać tego, co napisała, i zaglądając
do zaświadczenia ze szpitala, powiedziała jako coś
najzupełniej oczywistego:
— Tak... Nazwisko napiszemy
Morgałkin.
— Jak to Morgałkin?
— poderwała się Diana. — On się nazywa
Puszkin.
— Nie wygłupiaj
się, dziewczyno! — urzędniczka przestała
się uprzejmie uśmiechać. — Jeśli ma
mieć inne nazwisko niż pani, potrzebny jest dowód
ojca.
— A skąd ja pani
teraz wytrzasnę dowód ojca? — oczy Diany natychmiast
napełniły się łzami. — Jak pani nie
napisze Puszkin, to ja w ogóle nie będę
go rejestrować!
— Nie mogę tego
zrobić — polubownie zaprotestowała kobieta. —
Jak nie ma ojca, to tak trzeba po prostu powiedzieć. Ale
od razu Puszkin... Szargać święte nazwisko...
W tym miejscu muszę sformułować
pewne oświadczenie, adresowane do tych czytelników,
którzy na podstawie dotychczasowej opowieści odbierają
Dianę jako kobietę nieco w sferze duchowej i praktycznej
odmienną od zwyczajnych przedstawicieli otaczającej
nas ludności. W opisywanym przypadku obywatelka Morgałkina
zachowała się absolutnie adekwatnie do sytuacji i zrobiła
to, co w podobnym przypadku uczyniłby każdy z nas
— przecież żyć trzeba i nie da się
obejść bez pewnych manewrów. Pewne wyjaśnienie
Diana obmyślała już od dawna (przecież nie
mieszka na Księżycu) i była przygotowana na
sytuację, w jakiej się znalazła. I teraz,
żeby nie drażnić nikogo nieuzasadnionymi żądaniami,
wyłożyła jakąś mętną historię
o przodkach swojego męża pochodzących z jakiejś
wsi o nazwie Puszkino. Wyjaśniła też, że
z mężem ma tylko ślub kościelny. A czasy
teraz nastały takie, że antyreligijne wypady w oficjalnych
instytucjach Rosji nie są dobrze widziane przez administrację.
Kościół, jak pouczają postępowe gazety,
wywiera wpływ i odgrywa rolę.
— Więc tak —
nie pozostawiając urzędniczce żadnej szansy na
protest Morgałkina niby to przypomniała sobie i jeszcze
bardziej się ekscytując, wyjęła z wózka
schowane pod ceratką duże i bardzo ładne pudełko
z kosmetykami. — O, tutaj są najważniejsze
niezbędne dokumenty...
Urzędniczka rzuciła
okiem na to pudełko z dokumentami, które przyjechało
od brata z Meksyku, westchnęła, podniosła
się z krzesła, otworzyła sejf, wsunęła
je do środka i starannie zamknęła stalowe
drzwiczki. Diana z zadowoleniem odprowadziła swoje argumenty
wzrokiem i ciągle kołysząc wózkiem,
powiedziała:
— Ojciec mojego dziecka
nazywa się Puszkin, Aleksander Siergiejewicz.
— Co za zbieg okoliczności
— niemal bez cienia ironii odparła kobieta. —
Wczoraj zarejestrowałam Antoniego Pawłowicza Czechowa...
Było słychać
poskrzypywanie pióra wodzonego po grubym herbowym papierze.
Potem już tylko bibuła i ciężka pieczęć
smakowicie cmoknęła dokument, który trafił
do rąk Morgałkiny.
12
Cóż za paradoks:
bogini Diana, inaczej Artemida, córka samego Zeusa była
rzeczywiście u Greków opiekunką matek. Jej protekcja
gwarantowała kobietom szczęśliwy poród.
Na pewno też starała się pomóc Dianie Morgałkinie.
Jednak sama mitologiczna bogini Diana, w odróżnieniu
od wielu innych bogiń, nie wiadomo dlaczego nigdy nie rodziła.
Widocznie starożytne mity wymyślał jakiś złośliwy
facet, który w ten sposób wywarł znaczny
wpływ na historię całej ludzkości. Może
ich twórca sam w nie wierzył? Przecież bogini
Diana mogła sobie zorganizować ładniutkiego chłopczyka,
a nie włóczyć się po lasach z łukiem
i strzałami w nadziei na owocne polowanie. Jednak
z jakiejś przyczyny bogini urodzić nie mogła.
Może nie zdobyła się na decyzję, z kim
mogłaby poczęć? Może bała się gniewu
ojca? Albo złej przepowiedni? Ta starożytna Diana była
rodzoną siostrą Apolla — nie przypadkiem na ścianie
w pokoju Diany Morgałkiny, nad tapczanem wisiała
bardzo już wypłowiała i pokryta odchodami
much reprodukcja słynnego obrazu Briułłowa “Spotkanie
Apolla i Diany”. Puszkin długo i uważnie
się w nią wpatrywał.
— Mój brat Apollo,
wizjoner, bóg mądrości, opiekun sztuk —
powtarzała często Morgałkina, przymykając
powieki, jak gdyby przypominała sobie coś związanego
z dzieciństwem. — Jest ideałem męskiej
urody i harmonii. Taki właśnie będzie nasz
syn!
Przez rok karmiła Saszę
piersią, biegała do dziecięcej kuchni po buteleczki
z mlekiem i twarożkiem. Myła chłopczyka
i przewijała go, piorąc brudne pieluszki po trzy
razy na dobę, walcząc z bakteriami, starannie prasując
wszystko gorącym żelazkiem, które musiała
rozgrzewać na gazie w kuchni i biegać z nim
do pokoju. Diana śpiewała piosenki, cierpliwie wyczekiwała,
kiedy Sasza nauczy się stać. Czekała, kiedy pokaże
palcem na opartego o szafę Puszkina, kiedy zacznie mówić
i po raz pierwszy powie “ta-ta”, jak go codziennie
uczyła. Czekała, kiedy zacznie używać nocniczka.
Nie wiadomo dlaczego, wszystko to przychodziło z pewnym
opóźnieniem. Minął rok, a chłopczyk
nie wypowiedział ani jednego artykułowanego słowa,
pełzał na czworakach, nie chciał stać, gryzł
matkę.
Zanim oddała go do żłobka
i wróciła do muzeum, za którym się
już stęskniła, Diana, posadziwszy synka do wózka,
ruszyła po zaświadczenie do przychodni dziecięcej.
Tam stara lekarka marszczyła się, oglądając
chłopca, i kazała wykonać wszystkie możliwe
badania. Jeszcze raz obmacawszy ciałko Saszy, wypisała
skierowanie do neuropatologa. Następna lekarka też nic
nie potrafiła powiedzieć, tyle że postukała
młoteczkiem po nóżkach Saszy i wypisała
skierowania do rentgena i do psychiatry.
— Po co do psychiatry?
— zapytała zatrwożona Diana. — Ja jestem
zupełnie normalna, ojciec też...
Lekarka popatrzyła na
Dianę uważnie i wyjaśniła dość
mętnie:
— Chłopiec rozwija
się bardzo powoli. Może to być absolutnie wszystko...
Może poczęcie pod wpływem alkoholu... Albo defekt
genetyczny... Gdzie pani pracuje?
— W muzeum...
— I nigdy nie była
pani napromieniowana?
— W muzeum?
— Różnie
bywa... Teraz można ulec napromieniowaniu wszędzie,
nawet w tramwaju... Trzeba go przebadać, potem zobaczymy...
Zaczęły się
badania. Diagnoza psychiatry podziałała na Dianę
jak uderzenie obuchem. Najpierw brzmiała ona tak: “Oligofrenia
o niewyjaśnionej etiologii, prawdopodobnie związana
z urazem okołoporodowym (kleszcze)”. Potem, w czasie
kolejnej wizyty, diagnoza była jeszcze bardziej zatrważająca:
“Zespół Downa, patologia embriogenezy”.
Wreszcie w historii choroby pojawiło się słowo
“imbecyl”, po przeczytaniu którego Morgałkina
niemal straciła przytomność, gdyż w przerwach
między wizytami poczytała już co trzeba i tam
czarno na białym znalazła wszystko o dzieciach
nazywanych słowem “idiota”.
— Boże mój,
co za nieszczęście! — lamentowała w głos
w drodze do domu, popychając wózek i taszcząc
na rękach pożółkłego Saszę. —
Cóż za nieszczęście się na mnie zwaliło,
Boże mój!...
Przechodnie oglądali
się za nią.
Niekończące się
wędrówki Diany po najróżniejszych przychodniach
stwarzały pewne nadzieje, jednak nie dawały żadnych
konkretnych rezultatów. Jedni radzili masaże, inni
cudowne środki z Tybetu i płetwy rekina, jeszcze
inni mówili, że najlepiej wynająć za żywe
pieniążki specjalistów od wad rozwojowych i że
ci będą od rana do nocy rozwijać Saszę. Ale
skąd wziąć takie środki? W tym to już
nawet żaden brat z Meksyku nie jest w stanie pomóc.
I na dodatek, jak mówili jeszcze inni, efekty tego wszystkie
będą albo niewielkie i widoczne nieprędko,
albo w ogóle nic z tego nie wyjdzie.
Diana miotała się
w sprzecznościach. Poszła do cerkwi, modliła
się, modliła się w zapamiętaniu, jednak
nic nie pomogło. Żyła w stanie jakiegoś
bezwładu, krzątała się jak zwykle koło
codziennych spraw, jednak co to było za życie. Po nocach,
kiedy Sasza spał, a ona siedziała obok niego, patrząc
w jeden punkt, ciągle płakała. Nad ranem zapadała
w nerwowy sen. Zwidywało się jej, że idzie
w czarnym tunelu, nic nie widząc i nie słysząc.
Niesie Saszę na rękach, a obok niej w milczeniu
wlecze się Puszkin. Idzie coraz prędzej, ktoś ją
dogania i nagle błyskawica, grzmot... Obudziła
się od płaczu Saszy. Leżał mokry. Kalendarz
pokazywał 29 stycznia — dzień śmierci Puszkina.
Chociaż dla Morgałkiny
Puszkin był wiecznie żywy, ten dzień zarówno
dla niej, jak i dla wszystkich pracowników muzeum
był dniem żałoby. Dziś też w jej
pokoju atmosfera była ponura, czuła to doskonale. Cały
dzień minął jakoś nerwowo. Diana nie umiała
sobie znaleźć miejsca. Miotała się po pokoju,
wymyła podłogę, czego nie robiła już
od trzech lat, poprzestawiała meble, o mało co
nie przewracając na siebie szafy, ale lżej się
jej od tego nie zrobiło. Sasza płakał tak, że
aż rozbolała ją głowa.
— Uspokój go
wreszcie — warczała na nią w kuchni sąsiadka.
— Żyć się w tym mieszkaniu nie da.
Wieczorem Sasza ucichł
i zasnął. Morgałkina nieco się uspokoiła.
Usiadła przy stole, wzięła swój dziennik,
który regularnie prowadziła od wielu lat, zaczęła
go kartkować i czytać jakieś fragmenty. Potem
podniosła się zdecydowanie, porwała zeszyt kartka
po kartce na drobne kawałeczki i wyrzuciła do wiadra
na śmieci. A żeby nikt nie był stanie wyjąć
tego i przeczytać, wylała na strzępy papieru
olej.
Tatiana nie śpi moja
biedna.
Opromieniona blaskiem Diany
Stoi przy oknie, i z uporem
W noc ciemną patrzy ponad
borem
(przeł. Feliks Netz) —
mruczała pod nosem. Za
oknem nie było żadnego ciemnego boru, tylko mętnie
oświetlona latarniami ulica Milionowa. Pusty autobus, wyrzucając
kłęby czarnego dymu, z rykiem skręcał
w pobliski zaułek. Ulica była pokryta śniegiem.
Samochody pozostawiały za sobą czarne smugi mokrego
asfaltu. I żadnym blaskiem nie miał kto Diany opromienić.
— Powiedz coś wreszcie!
— w przystępie rozpaczy krzyknęła do
Puszkina. — Jesteś w końcu ojcem, głową
rodziny.
Stała z wyciągniętymi
do niego rękami, prosząc o pomoc. Dlaczego życie
się tak na nią uwzięło? Gdzie się skryć,
żeby nikt nie przeszkadzał, nie deptał brudnymi
buciorami, nie mówił głupot o strasznych
chorobach, żeby na nikogo nie patrzeć i w końcu
osiągnąć z mężem i synem pełnię
szczęścia? Najpierw patrzył na nią jak zwykle
w milczeniu i nagle się uśmiechnął.
Czekał na jakiś jej gest. Zawsze przecież działała
w jego interesie, teraz jednak zrozumiała, że i on,
i jego syn wymagają od niej jeszcze większej miłości,
jedności, przeniknięcia do świata, w którym
on się znajduje, do świata chłodnego drewna i spokoju.
Nie ma innego wyjścia. Nagle uzmysłowiła sobie,
na czym polega jej rola i jej odpowiedzialność.
Zegar wskazywał mniej
więcej jedenastą, kiedy Morgałkina ostatecznie
to wszystko zrozumiała. Milcząc, z zaciśniętymi
zębami, bez pośpiechu starannie ubrała i obuła
sennego Saszę, który tym razem nie stawiał żadnego
oporu, sama także włożyła płaszcz. Przyciskając
jedną ręką chłopczyka, drugą podchwyciła
wyciętą ze sklejki, odzianą w ciemnozielony
mundur kamerjunkra sylwetkę i Puszkin posłusznie
wtulił twarz w jej ucho. Drzwi do swojego pokoju starannie
zamknęła, zjechała windą i wyrzuciła
klucze do kubła na śmieci.
Pobiegła w noc.
Nie było żadnych przechodniów. Ciemnym korytarzem
ulicy na spotkanie leciał zmieszany z deszczem mokry
śnieg, podwiewany przez wiatr od zalewu. Lampy uliczne ledwie
były widoczne spoza zadymki.
Na nabrzeżu Pałacowym
było trochę jaśniej — to świeciły
reflektory na dachach budynków, jednak wiatr i deszcz
się nasiliły. Diana zatrzymała się na chwilę
koło śliskich granitowych schodków prowadzących
w dół i rozejrzała się. Nikogo
nie było. Postąpiła jeszcze kilka niepewnych kroków
po nierównym, przyprószonym świeżym śniegiem
lodzie Newy. W oddali połyskiwał żółtym
światłem szczyt Twierdzy Pietropawłowskiej. Spieszyła
w tamtą stronę. Lód był twardy, nierówny
i pobiegła, potykając się co chwila i przytulając
jedną ręką Saszę, a drugą Puszkina.
Tuż u jej stóp
pojawiła się szczelina wypełniona czarną wodą.
Dwóch żołnierzy
z automatami na szyjach ciężko stąpało
po bezludnej Pałacowej. Zatrzymali się, żeby zapalić.
Aby uchronić nikły ogienek przed wiatrem i deszczem
zasłaniali go czarnymi dłońmi. Kiedy w końcu
zadymili, ten z nich, który patrzył na Newę,
w milczeniu wskazał podbródkiem drugiemu ciemną
figurkę, która w poprzek rzeki zdążała
w kierunku Pietropawłowki. Dlaczego nie przez most?
Przecież mosty nie są podniesione? I zresztą po
lodzie nie da się przejść: przecież wczoraj
lodołamacz skruszył lód na środku rzeki.
Chłopaki przewiesili
automaty przez plecy, przeskoczyli przez żeliwne ogrodzenie
i pobiegli po lodzie. Jeden wyrzucił papierosa, drugiemu
niedopałek przykleił się do dolnej wargi. Biegli
ostrożnie, miękko stąpając po lodzie, czasami
zapadali się w dołki zapełnione śniegiem.
— Baba, i to na
dodatek z dzieckiem — przyjrzał się jeden
z nich.
— Jakby był tam
ktoś jeszcze?.. — drugi nadal wydmuchiwał w biegu
kłęby dymu.
— Jakby jakaś deska...
Może kradziona?... Halo, proszę pani, z powrotem!
Idiotka! Przecież tam nie ma przejścia!
Usłyszawszy krzyki, Morgałkina
obejrzała się w panice. Biegnie do niej jakichś
dwóch. Rzuciła się w jedną stronę,
w drugą... Wystraszyła się, że jej przeszkodzą,
nie dopuszczą do osiągnięcia pełnego szczęścia.
Wyrwała więc do przodu, nieomal się przewracając.
A oni byli tuż obok.
— Wracaj! Lód
jest tu cienki, nie utrzyma — usłyszała.
Kawałki kry pływały
w wodzie, kołysząc się na falach. Diana zastygła
na moment z szeroko otwartymi oczami. Trzymając w objęciach
Puszkina i Saszę, zdecydowanie ruszyła przed siebie,
w czarną mgłę. Poczuła lodowatą
wodę, przypadła ustami do chłodnych ust męża
i padając jęknęła — poczuła
się w pełni z nim zjednoczona, jak nigdy dotąd.
A Puszkin patrzył w dal, przyglądał się
nadbiegającym wartownikom.
Pierwszy z nich dobiegł
i chwytając za kołnierz, wyszarpnął z jej
rąk dziecko. Zanurzając się, Diana obejrzała
się i krzyknęła:
— Oddajcie!
Machnęła wolną
ręką, usiłując zabrać ze sobą wyrwanego
z jej rąk syna, jednak mogła już tylko odprowadzić
go wzrokiem. Drugi żołnierz wyciągnął
rękę, usiłując schwytać Dianę za
rękaw, jednak lód zaczął pod nim pękać
i przewrócił się na plecy, żeby nie
pójść pod lód. Woda zafalowała, chlupnęła,
kawałki kry zachybotały, przechyliły się,
rozeszły i zamknęły się nad nią.
Żołnierze odskoczyli
ile się dało od pękającej krawędzi i stali
w niezdecydowaniu. Zameldowali przez krótkofalówkę
dowódcy i z dzieckiem na rękach, poganiani wiejącym
w plecy wiatrem ze śniegiem, milcząc poszli w stronę
brzegu.
Drewnianego Puszkina, który
poszedł pod lód w objęciach Diany wyłowili
przy ujściu Newy rybacy. Farba odeszła już od drewna,
pozostała tylko drewniana sylwetka. Rybacy uznali, że
to Lenin wyrzucony po niedawnej demonstracji czerwonych. Porąbali
go na kawałki i chcieli spalić w ognisku.
Namoknięta sklejka nie chciała się jednak zająć,
dymiła, woda kapała z niej na suche kawałki
drewna. Trzeba było mokre drewno wyjąć z ogniska.
Wyrzucili je od razu z powrotem do rzeki i prąd
uniósł je w głąb zatoki.
Ciała Diany Morgałkiny
nie znaleziono, nie było też pogrzebu.
13
Todd Donkey wymęczył
swój doktorat o feministycznych tendencjach w utworach
Puszkina i profesor Wierstakian ją zaakceptował.
Ja też z ciężkim sercem przyłożyłem
do tego rękę: dysertacja nie warta była złamanego
grosza, ale Todd to dobry chłopak i kolega Wierstakian
prosił mnie, żebym go poparł. Prestiżowe wydawnictwo
“New Academic Press” zgodziło się wydać
książkę młodego uczonego Todda Donkeya o Puszkinie.
Postanowiono zatytułować ją “Pierwszy rosyjski
feminista”. Na przeludnionym rynku pracy naukowej znalazło
się dla tak obiecującego młodego uczonego slawisty
miejsce w maleńkim prywatnym college'u w kukurydzianym
stanie Kansas, gdzie Todda dopuszczono do konkursu na stanowisko
asystenta, by wykładał tam język rosyjski dla początkujących.
Wybrał się potem na wczasy do Grecji: jego przyjaciele
z ulicy Monroe postanowili wynająć na dwa tygodnie
jacht, żeby popływać sobie między wyspami.
Nieoczekiwanie Todd się rozmyślił.
Nie mówiąc nikomu
ani słowa, kupił w rosyjskim konsulacie w San
Francisco wizę, dołożył do tego bilet nabyty
w “Delcie” i w środku lipca z trzema
przesiadkami przyleciał do Petersburga.
Do tutejszych przyjaciół,
będąc już na lotnisku w Pułkowie, nie
zadzwonił, bojąc się, że znowu utonie w nieprzerwanym
pijaństwie, a miał inne plany. Autobus przywiózł
go pod dworzec moskiewski. Zegar wskazywał 13:50. Dzień
był pochmurny i dlatego niezbyt upalny. Donkey oddał
walizkę do przechowalni i wyszedł na Newski ubrany
wciąż tak jak w samolocie: w dżinsy i wygniecioną
białą koszulkę. Senny po podróży poszedł
po prostu pospacerować po mieście i spróbować
znaleźć sobie pokój w jakimś niezbyt
drogim hotelu. Jednak po półtorej godzinie nogi przyniosły
go na ulicę Mojki, pod dom numer 12.
Historia się powtarza,
jednak czasami zmieniają się działające postacie.
Nowa, młodziutka kasjerka powiedziała mu, że Morgałkiny
w muzeum nie ma.
— A gdzie ją można
znaleźć?
— Mówię
panu, że nie ma — kasjerka nie miała zamiaru niczego
wyjaśniać jakiemuś cudzoziemcowi.
— A Tamara? Tamara jest?
— Tamara oprowadza wycieczkę,
proszę poczekać.
— Znajdę ją.
Todd ruszył w stronę
wejścia.
— Musi pan kupić
bilet.
Przeczytawszy ogłoszenie
o cenie biletów, podał jej pieniądze. Spojrzała
na banknot pod światło i schowała go do kasetki.
W gabinecie Puszkina Todd
stanął za dużą grupą uczniów.
Wspominając to, do czego doszło niegdyś w tym
miejscu, nie odczuwał żadnych sentymentów. Nie
ożenił się dotąd, ale zdarzały mu się
od czasu do czasu jakieś drobne romanse, a jakże.
Tamara kończyła właśnie wycieczkę, pospiesznie
wyklepując informacje o ostatnich godzinach rannego
w pojedynku poety. Donkey nigdy Tamary nie spotkał,
ona jednak, choć widziała go tylko raz i to przelotnie,
dzięki niezbadanej przez naukę kobiecej intuicji od
razu domyśliła się, kim jest.
Po zakończeniu wycieczki
zaprowadziła Todda do służbowego pokoiku.
— Szuka pan Diany? Umarła.
— Umarła?!
— Popełniła
samobójstwo. Wie pan, ona była stuknięta...
— Co to znaczy “stuknięta”?
— No, dziwaczka. Miała
coś z głową... A chłopczyk...
— Jaki chłopczyk?
— To ona panu nie pisała?
Chłopczyk, którego urodziła.
— Kiedy?
— Jak to kiedy? Wtedy!
Chłopca zabrali do domu dziecka. Przecież nie miał
ojca a potem został bez matki. I jeszcze chory.
— Na co chory?
— Nie wiem dokładnie...
Tamara patrzyła na niego
badawczo. Todd przygryzł wargę i długo milczał.
Wreszcie zapytał:
— A mógłbym
go zobaczyć?
— Saszę? Niech
pan poczeka pół godziny. Wrócę i spróbuję
panu pomóc...
Pobiegła z kolejną
wycieczką, a Todd siedział w pokoju. Czekał.
Wchodzące kobiety przyglądały się mu, wychodziły,
szeptały coś znacząco. Któraś zaproponowała
mu herbaty. Tamara wróciła, zaczęła gdzieś
dzwonić i w końcu zapisała adres i podała
go Toddowi.
— Trafi pan?
— Pokażę adres
taksówkarzowi, na pewno mnie dowiezie.
— Good luck! —
Tamara błysnęła erudycją, pogłaskała
go po ramieniu i nawet przytknęła się policzkiem
do jego brody.
Z taksówki Donkey wysiadł
na przedmieściu przed kamiennym mocno zrujnowanym murem.
— O, wejście jest
tam, za drzewami — taksówkarz pokazał palcem,
zawrócił i odjechał.
Zardzewiała żelazna
brama, niegdyś pomalowana na zielono, okazała się
zamknięta na żelazny łańcuch. Todd pchnął
skrzypiącą furtką — była otwarta. Poszedł,
starając się omijać kałuże, ścieżką
zarośniętą kępkami babki. Z bujnej przykurzonej
zieleni wychynął dom — podobny do ich domu w Palo-Alto,
tylko sądząc po hałasie, krzykach i twarzach
wyglądających z okien mieszkało w nim
z dziesięć razy więcej ludności, niż
u nich bywało na największych imprezach. Zaprowadzono
go do kierowniczki.
Kobieta bez wieku, ze staromodnym
warkoczem, upiętym wokół głowy, odziana
w biały niegdyś fartuch, nawet na Todda nie spojrzała,
nie chciała z nim rozmawiać, powiedziała,
że nie ma czasu, że przyjęcia interesantów
są jutro. Donkey jeszcze w czasie poprzedniego pobytu
nabrał doświadczenia w zakresie współpracy
z miejscowymi urzędnikami, wyjął więc
z kieszeni dwie dwudziestki i położył
przed nią. Wysunęła szufladę stołu i zsunęła
do niej pieniądze.
— A kim pan jest dla
niego, krewnym?
— Jestem jego biologicznym
ojcem.
— Widzicie go! —
powiedziała kierowniczka. — Biologiczny... Jak udało
się to panu zrobić z Ameryki? Korespondencyjnie?
— Widzi pani —
speszył się Todd. —Tak jakoś wyszło...
Ona jednak nie oczekiwała
żadnej odpowiedzi. Nie powiedziała nic więcej,
skrzywiła tylko usta, piętnując w taki sposób
amoralność królującą na tym padole
płaczu, i wyszła z pokoju nie, zamykając
drzwi.
Donkey wyjrzał przez
okno, obejrzał parapet pełen ptasiego pomiotu i puchu.
Widoczny poprzez gałęzie wąski skrawek nieba przejaśnił
się, słońce jednak mogło
przedrzeć się poprzez drzewa rosnące ciasno przy
ścianie. Todd usłyszał kroki i odwrócił
się.
Płowowłosy chłopczyk,
niezgrabny, z nieproporcjonalnie dużą głową
o nieregularnym kształcie, podobną do przewróconego
do góry dnem czajnika, kiwając się i powłócząc
nogami, wszedł do pokoju z wyciągniętymi do
przodu rękami, jak gdyby opierał się o powietrze,
żeby nie upaść.
— Oto pański Aleksander
Puszkin — przedstawiła go kierowniczka bez śladu
ironii. — Wychodzi na to, że chociaż debilny,
to i tak na wpół Amerykanin.
— Cześć —
zachęcająco powiedział Todd do dziecka.
Chłopiec nie odpowiedział
i nie spojrzał nawet na niego bezbarwnymi wodnistymi
oczami.
— Masz na imię
Sasza, tak? — zapytał Todd.
Sasza znów nie zareagował.
Kierowniczka stała w drzwiach i nie okazując
żadnych uczuć, patrzyła badawczo to na jednego
z nich, to na drugiego. Podeszła do stołu, o który
oparła się obydwoma zaciśniętymi pięściami,
i powiedziała z wyrazem twarzy ledwie przypominającym
uśmiech:
— Może rzeczywiście
trochę podobny. A pan jest żonaty?
— Co? — nie dosłyszał
albo nie zrozumiał Todd.
— Mówię,
że jest potrzebna zgoda żony.
— Nie, nie jestem żonaty...
Przyjechałem właśnie, żeby się ożenić
z jego matką, a ona...
— Ona żyła,
ale wybyła... No cóż... Załatwimy adopcję,
wszystko zgodnie z prawem. Będzie to pana kosztować
jakieś trzy tysiące dolarów. Tak w ogóle
to on nie jest specjalnie zdrowy. Ma wodogłowie. Wszystko
się jednak może zdarzyć — u was tam, w Ameryce,
może się go uda wyleczyć. Inaczej umrze, zanim
dorośnie.
Kobieta czekała na reakcję
Todda, a on stał w absolutnym pomieszaniu. Sasza,
unosząc i opuszczając ręce, jakby chciał
się wznieść w powietrze patrzył, przez
okno na machającego skrzydłami gołębia, który
przysiadł na parapecie. Potem chłopiec powiedział
coś w rodzaju “wa-wa-wa” i ucichł.
— Niura! — zawołała
kierowniczka. — Zmień mu!
Weszła niańka z wielkim
zadem i z wyrazem metafizycznej nudy na twarzy. Mrucząc
coś zręcznie, ściągnęła z chłopca
mokre spodenki, rzuciła je na podłogę i nałożyła
mu suche.
Todd trwał w milczeniu
i kierowniczka, najwyraźniej nie zamierzając już
dłużej czekać, przywróciła go do rzeczywistości,
stukając palcem w biurko:
— No co, mój
panie? Załatwiamy formalności czy jak?
Przełożył Piotr Fast