Jurij Drużnikow: życie i książki  Русский  English  Français  Italiano
www.druzhnikov.com

 Powieści i mikropowieści
 Krytyka
 Humor
PoczątekTekstyPowieści i mikropowieści

J u r i j  D r u ż n i k o w
Druga żona Puszkina
Mikropowieść

Aluzje są zabronione.
Departament Cenzury stanu Kalifornia

Skargi w sprawie aluzji są przyjmowane w dni robocze
od 8 do 17, z przerwą obiadową od 12 do 13.
Kancelaria adwokacja Kopper & Synowie


      1
      Ruch zaczął się w piątek koło południa. Zajęcia skończyły się poprzedniego dnia, a egzaminy jeszcze się nie zaczęły — przerwa idealna na zaimprowizowaną balangę. W poszukiwaniu pretekstu do imprezy któryś z przyjaciół dokonał odkrycia, że Todd Donkey ma dzisiaj urodziny. Szubrawiec usiłował ukryć to historyczne wydarzenie przed lokalną społecznością. A my mamy gdzieś jego nieśmiałość i zakłopotanie!
      Od razu zrobiliśmy zrzutkę — ile tam kto miał. Dwie osoby poszły do najbliższego supermarketu po flaszki i zagrychę. Napakowali cały bagażnik i tylne siedzenie, a po powrocie zaczęli rozstawiać wszystko na kolorowych papierowych talerzykach na stołach w salonie i przed domem. Na portyku ustawili baryłkę piwa i skrzynkę papierowych kubków. Odszpuntowali piwo i wcisnęli pompkę. Smakowicie pochrząkując, natychmiast wydała chmielowy płyn.
      We trójkę wynajmowali dom z trzema sypialniami, obszernym salonem i dwom łazienkami przy ulicy Monroe, dwadzieścia minut jazdy rowerem od uniwersyteckiego campusu. Właściciel się domem nie interesował: wyjechał z Kalifornii na drugi koniec Ameryki, do stanu Main. Żądał tylko regularnego płacenia czynszu. Domu nigdy nie zamykano. W salonie często spali jacyś ludzie, którzy nie mieli akurat gdzie przenocować — i nikt nie zwracał na to uwagi. Pożaru, który łatwo mógł się przytrafić przy takim stylu życia, właściciel się nie obawiał, ponieważ stary dom był godziwie ubezpieczony.
      Czterech spośród pięciu stałych mieszkańców miało stałe przyjaciółki. Dobrze znałem ten dom przy ulicy Monroe, ponieważ mój syn był jednym z tej czwórki. Para, dla której zabrakło osobnej sypialni, uwiła sobie gniazdko na mansardzie, pod dachem. Jednym słowem, dom numer 440 przy ulicy Monroe zamieszkiwało dziewięć osób. Todd Donkey, który miał tego dnia imieniny, mieszkał sam w garażu.
      Todd był od wszystkich o sześć lat starszy, zdał już pięćdziesiąt dwa egzaminy i ukończył studium doktoranckie, jednak z punktu widzenia wszystkich innych parametrów pozostawał studentem. Garaż urządził sobie dość przytulnie: przywlókł ze śmietnika sąsiedniego hotelu wygniecioną leżankę, na której sypiał, przykrywając się ciepłym szkockim pledem. W pledzie tym na wypadek zimnej nocy zostały wycięte dwie dziury, na oczy i jedną rękę, żeby dało się trzymać książkę albo zgasić światło. Miał jeszcze fotel z resztkami złoceń, wyrzucony z bardzo bogatego domu i pamiętający niezliczonych właścicieli. Z uniwersyteckiego wysypiska Todd przytaszczył natomiast skasowaną w czasie inwentaryzacji półkę na książki. Niezależnie od drzwi na ulicę, umocowanych w bramie do garażu, wyciął prostokątną dziurę w ścianie i mógł dzięki temu, pełznąc jak wąż, dostać się ze swojej siedziby wprost do salonu bez konieczności wychodzenia na dwór.
      Wieść o tym, że przy ulicy Monroe szykuje się impreza, w mgnieniu oka obiegła za pośrednictwem poczty komputerowej cały campus Uniwersytetu w Stanford. Wybierający się na wybrzeże z aparatami do nurkowania albo planujący wyprawę do stadniny natychmiast zmieniali plany, albowiem Ocean Spokojny w przewidywalnej przyszłości nigdzie się nie podzieje, a balanga jest tylko dzisiaj. Ludność, zaprzyjaźniona i całkiem przypadkowa, na rowerach, motocyklach, rolerach, samochodami czy po prostu pieszo zwaliła się na ulicę Monroe. Zamożniejsi przynieśli jakieś przegryzki, pakiet coca-coli czy butelkę wina, a ci bez kasy liczyli po prostu, że uda się coś zjeść na krzywy ryj. Samochodu nie dawało się zaparkować bliżej niż dwie przecznice od domu. Ktoś przytelepał się na elektrycznym wózku inwalidzkim pożyczonym od sąsiada i natychmiast zażądał kabla, żeby naładować akumulator na drogę powrotną.
      Tego pięknego czerwcowego wieczora nawet niepijący okazali się pod procentem, lub, wyrażając się precyzyjniej, na bani, gdyż w Ameryce nie mierzy się poziomu upojenia alkoholowego żadnymi procentami. Zresztą ktoś szczegółowo wyjaśnił aktualną sytuację:
      — Trzeba jak najprędzej wypić jak najwięcej! Na campusie alkohol od dawna jest zakazany. Teraz natomiast chodzą słuchy, że zabronią studentom picia w ogóle, tak jak zabroniono palenia tytoniu lekarzom. Taki lekarz zapali sobie i od razu pozbawiają go prawa wykonywania zawodu, co jest zresztą bardzo słuszne. A jeśli student się napije, to co? Ot co: sfotografują takiego z flaszką piwa i wyrzucą z uniwersytetu. Już czas rozpocząć walkę z totalitaryzmem!
      Oratora wyśmiano, jednak nikt nie wiedział, jak się sytuacja ułoży naprawdę. Wolny kraj Ameryka, więc musi bać zagwarantowana także wolność zakazów. Ale znaczy to także, że mimo wszystko pozostaje jeszcze wolność wyboru rodzaju wolności. Zapomniałem powiedzieć, że miasto Palo Alto, gdzie dojrzewała balanga, to najdroższa miejscowość w Dolinie Krzemowej. Na marne mieszkanko w starym domu trzeba tu wywalić taką sumę, za którą w innej części Ameryki dałoby się kupić pałac. Tutaj, w komputerowej kalifornijskiej Mekce, wyciskają mózgi jak cytryny, żeby tylko wpaść na jakiś niewiarygodny pomysł, na którym pasłby się później postęp elektronicznych technologii na tym najpiękniejszym ze światów, a może nawet we wszystkich czarnych dziurach wszechświata. Wszyscy żyją tu w niezwykłym pośpiechu, albowiem nowiuteńki komputer, który dopiero co kupiłeś, starzeje się natychmiast, gdy tylko zatrzaśniesz za sobą drzwi sklepu.
      Chłopcy, którzy kapują co nieco i którzy mają na dodatek jeszcze trochę szczęścia, niemal od razu po pożegnaniu się z uniwersytetem stają się bogaczami. Tyle że orzą przez kilka lat bez snu i odpoczynku, czyli też bez cienia prywatnego życia. To właśnie stąd komputerowe firmy Doliny Krzemowej pełne są samotnych trzydziestoletnich mężczyzn, których stać na samolot, ale którzy nie posiadają nawet własnej łyżki. Marzą o rodzinie, jednak kobiety nie mają do nich nawet dostępu: flirt w pracy może doprowadzić do poważnych nieprzyjemności, a wolnego czasu ci przymusowi kawalerowie przecież nie mają. Może to dlatego czwórka studentów w domu przy ulicy Monroe zapobiegliwie zaopatrzyła się w przyjaciółki, żeby zdążyć się wyszaleć na zapas.
      Piąty z nich, Todd, w odróżnieniu od swoich sąsiadów i niezliczonych przyjaciół komputerowców, był humanistą. Co prawda miał na zbyciu łyżkę, ale nie miał za to żadnych szans na jakikolwiek dostatek. Młodzieńców z doktoratami z literatury szwenda się jak psów, a odpowiednie katedry uniwersyteckie są niewielkie i od dawna zajęto tam wszystkie etaty. Co prawda, młodzieńcy ci, także w Kalifornii, są pełni nadziei na lepszą przyszłość, tymczesem zasiadają jednak w okienku w banku, smażą mięso w barze McDonald’s albo rozwożą po domach pizzę. Niechętnie myśli się o takich sprawach we własne urodziny, albowiem dopóki jesteś studentem, życie jest piękne. I’m in the pink — jestem różowiutki, co ma znaczyć, że wszystko jest w najlepszym porządku. Pewnego razu, jeszcze w Moskwie, z dumą użyłem tego sformułowania w rozmowie z amerykańskim dziennikarzem; zachichotał ponieważ od lat trzydziestych nikt już tak nie mówi. Ja natomiast znalazłem owo I’m in the pink w radzieckim podręczniku zatytułowanym “Współczesna angielszczyzna”, wydanym w latach siedemdziesiątych.
      Część zebranego tłumu dowiedziała się, kto tu jest jubilatem, dopiero kiedy balanga rozkręciła się już na całego. Rozpoczęto więc fetowanie Todda Donkeya w zgodzie z przyjętą tutaj akademicką tradycją. Przywiązano go do rosnącej na podwórzu sosny i wszyscy po kolei zaczęli okazywać mu swoje uczucia w związku z trzydziestymi urodzinami.
      Najpierw Todda po prostu karmiono i pojono z całej duszy, ponieważ jego własne ręce były przywiązane do sosny. Potem zaczęto składać keczupem, kremem i lodami podpisy na jego koszuli i dżinsach. Potem nastąpiło dowitaminizowywanie jubilata: na głowę i za koszulę zaczęto mu wyciskać sok pomidorowy, pomarańczowy, grejpfrutowy i cytrynowy. Na uszach powieszono zaś długi włoski makaron spaghetti. Polewano go piwem, żeby lepiej rósł, doprawiono pagony z kremowych ciastek. Skończyło się na tym, że wywrócono mu na głowę niedojedzony tort i czekoladowa fala powoli popełzła po jego twarzy. Laurki ze zjadliwymi życzeniami czytano do wtóru chichocącego tłumu i przyklejano je do niego musztardą albo pikantnymi sosami. Wkrótce zrobił się podobny do oblepionego afiszami słupa ogłoszeniowego. Po podbródku spełzały mu resztki sałatek, na brwiach powisły różowe kłęby bitej śmietany. Teraz rzeczywiście Donkey był co się zowie in the pink. A w przenośni cała ta hałastra — they all were in the pink.
      Wokół przywiązanego do sosny jubilata rozpoczęły się tańce. Potem krążyła wokół niego uroczysta procesja, aż wreszcie dziewczyny położyły koniec całej tej upokarzającej ceremonii. Jedna z nich rozwinęła węża do mycia samochodu i zaczęła polewać Todda silnym strumieniem wody.
      Balanga trwała do czwartej rano, kiedy to tłum zaczął się powoli rozjeżdżać. Kto miał daleko albo bał się siadać za kierownicą w stanie wskazującym na spożycie, starał się urządzić na dywanikach w salonie lub — wyszperawszy gdzieś koc i stosik starych gazet — układał się na trawie pod drzewami. Trójka gości jakimś sposobem odjechała wózkiem inwalidzkim, którego akumulator do tego czasu już się zdążył całkiem solidnie naładować. W domu długo jeszcze huczało jak w ulu, do którego powróciły pszczoły. W ciemnościach słychać było posapywanie, urywki fraz, śpiewy i miłosne pojękiwania. Na pewno sąsiedzi niejeden raz wydzwaniali na policję, prosząc o położenie kresu tej błazenadzie.
      Mnie się zresztą także zdarzało dzwonić na policję, kiedy w sąsiedztwie aż huczało do studenckiej imprezy, a mnie rankiem czekał wykład. Absolutnie wykluczone było wybranie się tam z prośbą o ciszę; to już ingerencja w cudzą prywatność. Policjanci też ograniczają się do uprzejmego stukania do drzwi i grzecznej prośby, by trochę ściszyć muzykę. A przecież są przedstawicielami prawa i po dziesiątej wieczorem mają do takich działań absolutny obowiązek. Tak więc, pewnego razu zadzwoniłem, a dyżurna odpowiedziała mi:
      — Zaraz przekażę do samochodu patrolowego. Postaramy się panu pomóc, ale jest koniec semestru, sam pan rozumie. Pańska skarga nosi numer sto trzydzieści dziewięć, a mamy w mieście tylko jeden patrol.
      I rzeczywiście przyjechali, chociaż do tego czasu wszystko się już samo uładziło.
      Krótko mówiąc, w szaleństwach na ulicy Monroe nikt nie przeszkodził. I zakończyło się wszystko dzięki naturalnemu wyczerpaniu materiału. Todd, który musiał wziąć gorący prysznic i zużyć butelkę szamponu, żeby zmyć z siebie cały ten tłuszcz, krem, śmietanę, oddzielić własne włosy od cudzej czekolady, a także pozbyć się lepkiego pikantnego sosu, długo leżał w swoim garażu, tępo wpatrując się w sufit i przysłuchując się niejasnym dźwiękom dobiegającym z pokoi jego przyjaciół. Jak już było powiedziane, tylko on spał bez przyjaciółki.
      Doktoranta Donkeya lubili wszyscy. Był to facet szczery i pogodny, jasnowłosy z ryżawą bródką, nawet wtedy, kiedy nie była wymazana czerwonym keczupem, wzrostu nieco wyższego niż średni i dość solidnej budowy. Lubił pływać i nawet czasami pędził nad ocean, żeby trochę posurfować, naciągając strój z pianki, kiedy woda była trochę za zimna. Miał tylko jeden słaby punkt: wszyscy w tym towarzystwie dawno po wiele razy byli już czyimiś chłopakami, schodzili się i rozchodzili bez trudu, albo też drąc szaty, albo całkiem przypadkowo, on zaś, jak powszechnie podejrzewano, przy swoich dzisiaj ukończonych trzydziestu latach, pozostał niewinny. Zresztą wyglądało na to, że z powodu dziewictwa Todda cierpieli o wiele bardziej jego przyjaciele niż on sam.
      Niejednokrotnie usiłowali już podłożyć pod niego jakąś ochoczą do tych zajęć studentkę. Todd najpierw wiózł ją nad górskie jezioro Tacho (albo ona wiozła jego) — przez pięć godzin siedząc kolano w kolano — potem spacerował wzdłuż brzegu, napawając się bezdennym błękitem wody, i przepuszczał z nią z dziesięć dolarów w kasynie, żeby się rozerwać, ale bez przesadnych emocji. Potem zazwyczaj prowadził ją do restauracji na obiad (przyjęcie przez kobietę zaproszenia do restauracji w amerykańskich obyczajach oznacza często — chociaż bez wątpienia zapłaci ona za siebie rachunek sama — że gotowa jest do dalszego zbliżenia). Potem jednak, zamiast, żeby, jak to czynią wszyscy, wynająć pokój w pierwszym nadarzającym się motelu i postąpić według zasady “kuj żelazo, póki gorące”, Todd proponował wynajęcie czterokołowego roweru, na którym następnie jeździli po rezerwacie, albo zabierał ją do kina, żeby o piątej nad ranem wrócić do Palo Alto. Tam zawoził ją do domu (albo ona jego) i koło jego garażu po męczącej pauzie ona całowała go w policzek i znikała.
      Przyjaciele zaczęli go nawet podejrzewać o tak zwaną orientację (w końcu Kalifornia ma swoje prawa), ale niczym takim nawet z daleka nie pachniało. Kobiety mu się podobały, on im też, jednak Todd postępował z nimi jakoś nie tak. Peszył się czy co, albo mówił nie to, co trzeba i nie wtedy, kiedy trzeba, albo też gadał za dużo, albo w odpowiednim momencie jego ręce paraliżowała jakaś diabelska siła? Wydawało się, że niby cóż prostszego w naszych superwyemancypowanych czasach? Jednak w każdym osobno potraktowanym przypadku nic mu jakoś nie wychodziło, aż w końcu jednoznacznie przekształciło się to w kompleks.
      Na dodatek Donkey miał pewien sekret, o którym nigdy nikomu nie mówił: był już kiedyś żonaty, ale było to małżeństwo nieudane. Dlaczego Todd utrzymywał to w tajemnicy, to już inna sprawa, dojdziemy i do tego. Fakt jest faktem: ukrył to przed przyjaciółmi, bo wydawało mu się bardzo krępujące.
      W sobotę rano, następnego dnia po tej szalonej nocy, wszyscy snuli się po domu przy ulicy Monroe jak muchy w smole. Należałoby przyjąć coś na kaca, ale takie praktyki w Ameryce istnieją w stanie szczątkowym. Ostatecznie, kiedy goście wreszcie się obudzili i rozjechali, gospodarze, jedni w szlafrokach, inni w kąpielówkach albo szortach, powoli zebrali się przy kuchennym stole, żeby się napić kawy. Dojadali resztki z wczorajszej uczty upchnięte pospiesznie w lodówce albo porozrzucane po salonie i podwórzu. Kiedy Todd jak żmija wypełzł z garażu, wszyscy nagle zamilkli. Nie zwrócił na to uwagi, otworzył pralkę i zaczął wrzucać do niej swoje szmaty pokryte zaschniętymi plamami z kremu, soków i czekolady. Potem wlał do pralki trochę mydła z pojemnika. A oni wszyscy spoglądali po sobie, jak gdyby wczoraj nie wyczerpali jeszcze wszystkich pomysłów i zamierzali zgotować mu jeszcze jakąś niespodziankę.
      Todd nalał sobie kawy, wziął ze stołu kawałek sera i nie za bardzo przysłuchując się rozmowie, uruchomił pralkę, która warknęła niezadowolona z tego, że bielizna jest taka brudna.
      — Słuchaj, Donkey — Brien kręcąc w dłoni swój długi warkocz, zwrócił się do Todda, kiedy ten dosiadł się do nich. — My tutaj jak gdyby deliberujemy nad pewnym niezwykle ponętnym projekcikiem... Zresztą to prezent dla ciebie.
      Brien przyjechał na studia do Stanford z Południowej Afryki. Dopiero co uzyskał magisterium z informatyki i już miał załatwioną pracę w niewielkiej spółce w San Jose. U nich w Pretorii wszyscy uwielbiali kpiny i żarciki albo też to właśnie on był szczególnym egzemplarzem — tego nie wiem, jednak takie szalone inscenizacje pasjonowały go o wiele bardziej niż nauka i praca.
      — Jak tam mózgownica chodzi na kacu? — zapytał grzecznie Todd, rozwalając się w swoim skrzypiącym fotelu.
      Kubek z kawą postawił na podłodze.
      — Jak to na kacu, ciężko, ale sprawa i tak rozwija się jak spirala. Idziemy na poszukiwanie dziesiątego członka naszego kolektywu. Ty jak — jesteś za?
      — I tak mamy tu ciasno — burknął Todd, od razu wyczuwając aluzję, i zaczął smarować chleb masłem arachidowym.
      — Nasz przyjaciel nie rozumie — Brian przerzucił się spojrzeniami z Leslie, swoją przyjaciółeczką o zadartym nosku. — To my mamy ciasno, a ty masz za dużo luzu. Dajemy ogłoszenie w Internecie, że poszukujemy młodej damy spełniającej określone warunki. A jakie, to zaraz tu z tobą ustalimy. Jakie ci się, staruszku, właściwie najbardziej podobają: duże czy drobniutkie, tłuściutkie czy chude? Tylko powiedz, a my już...
      Todd machnął na niego ręką.
      — Znowu wciskacie mi jakąś babę, a ja postanowiłem najpierw skończyć doktorat.
      Całe towarzystwo zahuczało w oburzeniu.
      — Nie masz racji! — Brian wydął wargi. — Jesteś zbyt poważny, staruszku, i to jest twój kłopot. A gdzie porywy żywego i wnikliwego umysłu? Zrobimy tak, żeby uzyskać jak najwięcej ofert. A nuż coś ci naprawdę podejdzie, a jak nie tobie, to chociaż nam. U nas też już pora na jakieś zmiany, nieprawdaż, dziewczyny?
      Dziewczynom zachowanie takie wydało się nieco nie na miejscu, jednak oburzać się nie bardzo wypadało, więc, chcąc nie chcąc, roześmiały się.
      — Żartuję — Brian mrugnął do swojej Leslie. — Wielożeństwo jak na razie jest w Ameryce zakazane.
      — Że też ci się chce tracić czas na takie głupoty — burczał Todd.
      — Ważne, że człowiekowi się jeszcze w ogóle chce chociaż trochę poszaleć. Życie bez rozróby przypomina linię technologiczną do produkcji szczoteczek do zębów nadzorowaną przez roboty.
      — Jeśli macie ochotę poszaleć, to sobie szalejcie. A mnie co do tego?
      — Ty musisz określić wymagania. Nic więcej.
      — A co tu łamać głowę? — Todd otworzył niedzielny dodatek do gazety “San Francisco Chronicle”. — Znajdziecie tu wszystkie standardy i wymiary. “Wolne serce prawdziwego mężczyzny...” albo “Wysportowany i pełen radości życia pragnie poznać czarującą...” Pasuje? Albo to: “Szukam przyjaciółki, która chciałaby...”
      — Co by chciała? — roześmiali się wszyscy.
      — Jaki pan sobie życzy rozmiar biustu? — uściślił Brian. — Duży, średni, mały?
      — No, powiedzmy, im większy, tym lepiej...
      — OK! Tak napiszemy... Będą do ciebie pisać kandydatki z całego świata. My wszyscy na razie jesteśmy zajęci, ale ty jesteś wolny jak ptak. Oglądałem filipiński katalog ślubny: podają tam zawsze wzrost, rozmiar w biodrach, w talii i w biuście. Ale to nudne. Co by tu jeszcze dodać, coś podniosłego? Zaproponować kandydatkom jakiś test? Pomyśl, Sokratesie, pomyśl! Jesteś tu jedynym kandydatem na filozofa...
      — Niech napiszą jakieś wiersze — zaproponował Todd.
      Powiedział tak, bo sam trochę zabawiał się wierszykami, chociaż pokazywał je mało komu: poezją nikt dzisiaj świata nie zadziwi.
      — Czemu nie, dobry pomysł! Jako egzamin wstępny: czy są w stanie pokochać naszego intelektualistę, Todzika? Niech się trochę pomęczą.
      — A na dodatek poetki to nam rzeczywiście brakuje — ożywiła się Leslie. — No i dodaj jeszcze: “Pragnie zawrzeć znajomość w poważnych zamiarach”. To zawsze zwraca uwagę.
      — Lepiej napisać “w niepoważnych zamiarach”...
      — Nie, nie, trzeba, żeby było jakoś tak serio, — Leslie pogłaskała Todda, jak gdyby chciała go oswoić z tą myślą. — A żeby wszystko wyglądało solidniej, dopisz “z możliwością zawarcia związku małżeńskiego”.
      — Wy co, poważnie? A idźcie do cholery! — nie wytrzymał Donkey. — Niepotrzebne mi żadne małżeństwo! Małżeństwa mam już potąd! Nie ma w tym nic przyjemnego, same kłopoty.
      — A więc to tak! Jak na razie nigdy się nawet nie zająknąłeś...
      — Nie mówiłem, bo staram się zapomnieć.
      Jeśli człowiek sam nie odkrywa kart, nikt nie będzie go przecież torturował. Todd nie dopił kawy, poderwał się poruszony, wyciągnął bieliznę z pralki, wcisnął ją do suszarki i potaszczył przez podwórze do garażu swój niegdyś złocony fotel.
      Kiedy Donkey wyszedł, Brian powiedział po chwili milczenia:
      — Świetny pomysł, szkoda, że mu się nie podoba. Ale dlaczego zresztą mielibyśmy go słuchać? To wolny kraj... Wyślemy bez jego zgody, a potem niech sobie jakoś radzi... Jakie mu się najbardziej podobają? Napiszemy jeszcze “blondynka”.
      Brian wyciągnął z torby laptopa, z którym się nigdy nie rozstawał, podłączył go do gniazdka telefonicznego i umieścił ogłoszenie we wszechświatowej sieci.

      2
      W mieście Sankt Petersburg, w muzeum Puszkina, ulokowanym w dawnym mieszkaniu poety przy ul. Mojka w domu numer 12, niedawno zainstalowano komputer. Nikt nie wiedział, po co. Puszkinowi chyba nie był za bardzo potrzebny, kasjerce tym bardziej: miała przecież piękne, nie do zdarcia liczydła — rzędy koralików na sprężystych drucikach. Jak jednak było nie wziąć komputera, kiedy sponsorzy sobie kupili nowy, a stary w swej wspaniałomyślności podarowali muzeum?
      Przewodniczka Tamara okazała się w dziedzinie informatyki osobą najbardziej wyedukowaną. Jej mąż, Anton, pracował jako programista w przedsiębiorstwie okrętowym. Tamara przyniosła gry i teraz, odpoczywając w przerwach pomiędzy wycieczkami, kiedy na horyzoncie nie było widać dyrektora, rżnęła z komputerem w karty. Diana Morgałkina była pełna oburzenia — to świętokradztwo, jak można grać w karty w mieszkaniu, w którym umarł Puszkin.
      — A co w tym takiego? — protestowała Tamara. — Puszkin sam lubił pograć w karty i zmagania z komputerem to wręcz spełnienie jego ostatniej woli.
      — Wstydziłabyś się, to czyste nieróbstwo! — nudziła Diana.
      — Jaka płaca, taka praca — padało w odpowiedzi.
      Nawiasem mówiąc, zanim nastała era komputerowa, Morgałkina oburzała się, kiedy opowiadano tutaj anegdoty. Diany nikt nie lubił. Tolerowano ją jednak, bo była urodzoną przewodniczką i chętnie pracowała za siebie i za innych.
      Morgałkina była osobą z dziwactwami, chociaż całkiem niezłym człowiekiem. Niewielka, ale też nie malutka, nie młoda, ale i nie stara, chociaż całkiem zgrabna. Twarz regularna, bez wyraźnych defektów, tyle że zaniedbana. Skóra, która nie widziała kremu, włosy nieznające uczesania, rzęsy bez tuszu. Zęby za to własne — mogłyby być bielsze i równiejsze, ale to już wina nie tyle jej, ile niedorozwiniętej ojczystej stomatologii. Słaby punkt Diany krył się gdzie indziej. Uprawiając zawód przewodnika po muzeum, posiadała znikomą umiejętność, a dokładniej — wielką nieumiejętność kontaktu z ludźmi. Zewnętrzny chłód, wyobcowanie z otoczenia odstraszały od niej wszystkich.
      Z nikim nie dzieliła się też babskimi sekretami. Nikt ani razu nie był u niej w domu. Nikomu nigdy nie zaszkodziła, ani nawet o nikim źle się nie wyrażała, ale brak giętkości, umiejętności adaptowania się do wciąż zmieniających się sytuacji życiowych czynił ją osobą z założenia we wszystkim przegraną. Morgałkina ukończyła filologię, bo lubiła czytać. Powiadała, że chce zostać dziennikarką, ale w życiu nie usiadła nawet do napisania choćby jednego artykułu, utwierdzając samą siebie w przekonaniu, że cała jej życiowa energia wyczerpuje się w słowie mówionym. Pozostawała na utrzymaniu Puszkina — nie tylko ją karmił, niezależnie od tego, jak marniutka była ta pensja, ale też dawał oparcie psychiczne — to w nim koncentrował się cały sens jej istnienia. W domu systematycznie prowadziła dziennik. I tylko w tym zeszyciku była naprawdę szczera. I za jego pośrednictwem rozmawiała z Puszkinem.
      Osiem lat temu dojrzewał romans Morgałkiny ze znanym w wąskich kręgach puszkinistą Konwojskim. Szybko jednak zrozumiała, że kocha on nie tyle ją i nawet nie Puszkina, ile swoje o nim wypracowania — o niczym innym nawet mówić nie potrafił. Chodził po pokoju i głośno czytał jej swoje uczone kompilacje. Ich stosunki intymne były dziwne, pozbawione intymności, której Konwojski jakby zupełnie nie potrzebował. Poprzez swoją śliskość i nudziarstwo zraził Dianą do wszystkich mężczyzn. I kiedy ją zostawił, jej uwielbienie jeszcze bardziej skupiło się na Puszkinie. Bezcielesność tego oddania trochę ją peszyła, ale sytuacja taka miał też niepodważalne zalety. Puszkin, w odróżnieniu od Konwojskiego, kochał ją z oddaniem i — co ważne — zawsze stosownie do jej, a nie jego nastroju.
      W odróżnieniu od koleżanek Diana traktowała świat poważnie. Chociaż pracowały w tej samej instytucji, nazywanej Muzeum Puszkina, to one służyły państwu, ona zaś Puszkinowi. One pracowały za pieniądze, ona, chociaż otrzymywała taką samą, jak mawiał Puszkin, “jałmużnę niewolnika”, trudziła się z całej duszy. Jej koleżanki, kończąc każdą wycieczkę najszybciej, jak się tylko dało, starały się jak najdłużej posiedzieć w ciasnym pokoiku, popijając zieloną herbatę z płaskich filiżanek bez ucha przywiezionych przez kogoś z Samarkandy. Plotkowały o byle czym, tylko nie o pracy, w porze obiadu starały się zmyć na Newski i powłóczyć się po sklepach (nie tyle kupić, na to miały zbyt małe zarobki, ile pooglądać). Morgałkina w przerwie obiadowej nie chodziła nawet do domu, chociaż mieszkała niedaleko, na Milionowej. Wypowiadając ostatnie słowa w gabinecie poety, płakała, ponieważ Puszkin na zakończenie wycieczki umierał. I oprowadzając osiem identycznych wycieczek w ciągu dnia, osiem razy płakała.
      Rodziców Diana nie miała już od dawna. Brat, który miał swoją rodzinę, wyjechał za granicę na zarobek. W pracy oprócz Tamary z nikim nie utrzymywała żadnych stosunków, a i Tamara nie była jej przyjaciółką, tyle że tak o nich mówiono. Chociaż ona jedna odnosiła się do Diany po ludzku z ciepłym i pozbawionym złośliwości humorem. Też nie za bardzo w życiu ustawiona, chociaż z niepijącym mężem i córką uczennicą, nieposiadająca specjalnych kompleksów Tamara w jakiś sposób potrafiła pozostać optymistką. Wszystkiego chciała się dowiedzieć, wszędzie pojechać, ze wszystkiego się pośmiać.
      — Rozejrzyjcie się, dziewczyny, dookoła — mawiała Tamara. — Jeśliby to wszystko traktować serio, to trzeba by się było powiesić.
      W opowiastki i ploteczki zaopatrywała trzecią część Petersburga i zawsze wiedziała, który z artystów albo pisarzy kogo ostatnio zostawił albo z kim się związał.
      Mąż nauczył Tamarę surfować po Internecie, ale nawet tam jej ciekawość nie mogła zostać w pełni zaspokojona. Niejednokrotnie natykała się na ogłoszenia matrymonialne. Oczywiście, że często myślała wtedy o samotnej Dianie. Kilkakrotnie proponowała jej:
      — Chodź, Morgałkina, odpowiemy na któreś z tych ogłoszeń.
      Ale Diana nawet nie chciała tego słuchać, a co dopiero włączyć się w taką grę.
      Pewnego razu, kiedy pogoda była nie do zniesienia i liczba wycieczek pod wieczór radykalnie się zmniejszyła, a do domu i tak szefostwo wcześniej ich nigdy nie puszczało, Tamara bawiła się myszką, wędrując z jednej strony internetowej na drugą. Nagle, przeczytawszy ogłoszenie, parsknęła i postanowiła podrażnić się z Dianą. Siedział w niej jakiś bies i to on wodził jej ręką. To właśnie ten diablik wysmarował kokieteryjną odpowiedź na propozycję zawarcia znajomości, podając dane, odpowiadające oczekiwaniom zawartym w ogłoszeniu, a nawet trochę je przekraczające. Żądano tam jeszcze, żeby napisać jakiś wierszyk. Diabełek machnął ogonkiem, poskrobał się po ciemieniu między różkami i dopisał wierszyk.
      Wszyscy zawsze piszą o sobie tylko dobrze i mało kto czyta te wypociny, podpowiedział diablik Tamarze. Podpisz list: “Przekorna Diana”. Może tego mężczyznę zainteresuje choćby to, dlaczego “przekorna”, i odpisze jej. Ponieważ wszystko to Tamara robiła dla żartu, nie przejmowała się więc za bardzo rezultatami swoich działań. Nacisnąwszy klawisz, wysłała list, wyłączyła komputer i diabełek, siedzący na monitorze, zaklaskał w dłonie.

      3
      W Palo Alto przy ulicy Monroe, podpisujący się imieniem Todda Donkey student Brian, odebrał sześćdziesiąt dwie propozycje zawarcia znajomości od kandydatek ze wszystkich kontynentów. Wszystkie nadesłały wiersze własnej produkcji i listy o różnym stopniu zromantyzowania. Część listów wzięto wprost z poradników wydawanych w takim właśnie celu w krajach o znacznym nadmiarze młodych kobiet.
      Kiedy Brian rzucił Toddowi na stół pakiet wydrukowanych listów, ten się zdenerwował. Wszyscy jednak pokpiwali sobie i głupio było robić z tego żartu aferę. Donkey znowu przytachał z garażu do salonu swój arystokratyczny fotel, usadowił się w nim i wraz z przyjaciółmi zaczął studiować po kolei listy, stawiając w trakcie tej analizy plusy i minusy przy różnych rozmiarach biustu oraz dodatkowych atrakcjach opisywanych w listach.
      Większości listów, napisanych po japońsku, po chińsku, w hindi czy jeszcze w jakichś innych nierozpoznawalnych językach, nikt nawet nie zamierzał czytać, chociaż wśród studentów bez trudu dałoby się znaleźć dowolnych tłumaczy. Jeden wiersz zainteresował Todda i został odczytany tylko dlatego, że tekst okazał się napisany po rosyjsku, a rosyjski stanowił przyszłą profesję Todda. Wiersz bez tytułu opisywał najwyraźniej jakąś hipotetyczną sytuację seksualną:

                                              Dziewczę się zbliża; rycerz nadal
                                              Rozkosznie w śnie lubieżnym tonie;
                                              Przykrycie z loża jego spada,
                                              Gorący puch otacza skronie.
                                              Dziewoja staje przy rycerzu
                                              Bez tchu, bez ruchu, cała płonie,
                                              Podobnie jak obłudna Diana
                                              przy ukochanym swym pasterzu;
                                              I oto już o łoże chana
                                              Oparłszy lekko biel kolana,
                                              Schyla się nad nim pożądliwa;
                                              Burzy się krwi jej żywe tętno,
                                              Wreszcie szczęsliwca sen przerywa
                                              Pieszczota niema i namiętna...
                                              (przeł. J. Brzechwa)

      Todd znał rosyjski dobrze, jednak nie na tyle, żeby wyłowić niuanse, pewną archaiczność stylu i domyślić się podstępu. Przetłumaczył tekst przyjaciołom, jak potrafił. Słowa “odr” i “czeło” sprawdzili w słowniku, a “łoże” i “pieszczota” wyjaśnił kolegom na podstawie kontekstu. Przyjaciele podnieśli harmider.
      — W twoim parszywym garażu — skomentował Brian — ona pochyla nad tobą twarz i dochodzi do... czego? Piesz-czo-ty. I to jakiej! Namiętnej i niemej. Wyobrażasz sobie? Idealna kobieta: z jednej strony namiętna, z drugiej — niema... I rozmiary jak na zamówienie!
      Todd pokazał wiersz swojemu promotorowi, profesorowi Josifowi Wierstakianowi, Rosjaninowi z ormiańskimi korzeniami. Ten spojrzał i uśmiechnął się:
      — Dobre, nawet doskonałe wiersze. Wie pan, kto jest ich autorem?
      — Oczywiście — kiwnął Todd. — Pewna moja znajoma.
      — Ma pan utalentowane koleżanki! — powiedział Wierstakian. — To wręcz niezwykle utalentowana fantastka. Przecież to wiersz Puszkina.
      Zaskoczony Donkey nie uwierzył mu. Wybrał się do biblioteki i przez pół dnia kartkował tom za tomem dzieła Puszkina. Profesor Wierstakian miał rację. Todd zinterpretował ten plagiat po swojemu. Widać jego korespondentka — skoro umiała wywinąć taki żarcik — posiada poczucie humoru, a to już jest coś. Inne, stękając z wysiłku, same rodzą jakieś trywialne wierszyki o miłości.
      Dysertacja Todda Donkeya, choć powstawała powoli, to jednak podejmowała niezwykłe aktualny problem “Feministyczne tendencje w twórczości Aleksandra Puszkina”. Wierstakian, który zaproponował swojemu doktorantowi ów wyszukany temat, dobrze rozumiał, że jeśli nawet jakieś tendencje pojawiały się w twórczości Puszkina, to z perspektywy współczesnej wykształconej Amerykanki były one bezwzględnie antyfeministyczne. Puszkin, jeśli przyjąć logikę stosowaną przez feministki, był pod każdym względem male chauvinist pig. Jednak Wierstakian rozumiał także doskonale aktualne tendencje obowiązujące w amerykańskim literaturoznawstwie porównawczym. Feminizm jest modny, na tematy z tego zakresu łatwo jest dzisiaj uzyskać pieniądze i o wiele łatwiej (o, wielki i potężny!) zakończyć wszystko sukcesem. Mnie, piszącemu teraz o tym wszystkim, tak samo pewnie jak profesorowi Wierstakianowi, jest nieco wstyd i smutno, że na wolnym amerykańskim kontynencie wyrażenie “teraz należy pisać o...” działa na takiej samej zasadzie, jak na jednej szóstej kuli ziemskiej za czasów jakiegoś tam Nikity Siergiejewicza Breżniewa. W rzeczy samej ironia nie zna granic. Doktoranta Todda Donkeya czekało nasmarowanie jakichś trzystu stron naukowego uzasadnienia, że Puszkin był pierwszym rosyjskim feministą, że rozwijał literaturę kobiecą, walczył o emancypację rosyjskich kobiet, toczył boje o równe prawa w dziedzinie polityki i oczywiście w sferze seksu — generalnie rzecz biorąc, kształtował rozwój społeczeństwa w domenie kobiecej. Aby zebrać stosowne materiały, Donkey musiał wybrać się do Rosji, pomyszkować po bibliotekach i archiwach.
      Todd, otrzymawszy e-mail z Petersburga, nie to, żeby się podniecił, jednak nie pozostał całkiem obojętny. W każdym razie, po chwili wahania, postanowił odpisać.
      Korespondencja ta, pełna leciutkiego flirtu, wciągnęła także Tamarę. Nie kryła tego przed mężem, na odwrót, radziła się go w sprawach samczej psychologii — jak by tu łatwiej rozognić klienta, żeby prędzej chwycił na żywca.
      — Po co ci to? — pytał Anton.
      — Życie jest takie nudne, ot po co! — wyjaśniła.
      Podpisywała się jednak zawsze jako Diana, której na początku też o wszystkim opowiadała w najdrobniejszych szczegółach. Potem jednak przestała, ponieważ ze strony Morgałkiny nie dostrzegła w tej sprawie żadnego entuzjazmu.
      Donkey mówił, że korespondencja z dziewczyną z Petersburga jest mu potrzebna jako praktyka językowa. Może tak się nawet sprawy miały, potem jednak wciągnął się na całego. Koledzy zaczęli namawiać Todda, żeby się w końcu wybrał do tej Rosji z niedźwiedziami na ulicach, żeby obejrzeć rezultaty, jakie osiągnął Puszkin, podejmując ów ciężki trud w dziedzinie emancypacji. Równocześnie zaś można było rzucić okiem na przekorną Dianę. Donkey się sprzeciwiał — najpierw dość aktywnie, a potem trochę prawem bezwładu. Wówczas przyjaciele zrobili zrzutkę i położyli na poduszce w jego garażu bilet. Wizę kupił już sobie sam. Wszystko było jak trzeba: leciał przecież służbowo, w sprawach, na które pieniądze wysupłało studium doktoranckie, zwrócił je więc przyjaciołom. Jednak elektroniczna korespondencja dodała tej wyprawie smaku ostrego pieprzu cayenne.
      Po wysłaniu do Petersburga wieści o planowanej podróży, Todd odebrał opatrzoną wciąż tym samym podpisem “Przekorna Diana” intrygującą odpowiedź pełną aluzji do niezwykłych czekających go tam atrakcji.

      4
      Tamara podjęła twarde postanowienie, że nic Dianie nie powie — wiedziała, że i tak nie ma co jej przekonywać. Jest uparta jak osioł. Jednak w przeddzień przyjazdu Todda, w przerwie między wycieczkami, spojrzała na nieuczesaną, z niepielęgnowanymi paznokciami, niechlujną Morgałkinę, i nagle nie wytrzymała.
      — Spójrz tylko, co ty masz na głowie: ani koloru, ani kształtu. Chodź, zaprowadzę cię do Kosti.
      — Po co mi to?
      — Dyrektor jest niezadowolony. Co sobie myślą o tobie i o całym naszym muzeum wycieczkowicze, kiedy popatrzą na ciebie?
      — Najważniejsza jest strawa duchowa...
      — A jakiej strawy duchowej dostarcza strach na wróble? — Postawiła Dianę przed lustrem i otwarła francuskie czasopismo. — Porównaj się z tymi laleczkami. Nie chcesz porządnie wyglądać, to twoja sprawa, nie musisz. Ale dyrektor cię zwolni i weźmie taką, co wygląda jak człowiek. O to walczysz? Rozejrzyj się, jakie jest teraz bezrobocie! Dokąd pójdziesz?
      Diana milczała. Nie miała nic na swoją obronę.
      — Tak więc, moja duszko — nie dała się jej opamiętać Tamara. — Idziemy razem do Kosti. Też muszę sobie zrobić fryzurę. I to dzisiaj, zaraz po pracy!
      Tamara wyczekała, aż zostanie sama w pokoju, i zadzwoniła do mistrza grzebienia. Jakieś tam sprawy łączyły ją z nim od dawna. A teraz pozostała rzeczowa przyjaźń.
      — Przyprowadzę koleżankę. Trzeba ją przez przypadek zrobić na blond.
      — Jak to, przez przypadek? — spytał Kostia. — Z tobą, Tamara, człowiek się nie znudzi.
      — Boże, jakiś ty niedomyślny! Pomylisz farby i tyle.
      — A jak ona mnie potem poda do sądu?
      — Nie bój się, nie poda.
      — No to wydrapie mi oczy...
      — Zrób, co ci każą. Nic się nie stanie, gwarantuję ci. Jeszcze ci podziękuje... Przyjeżdża do niej narzeczony z Ameryki, a on myśli, że jest blondynką. Zrozumiałeś, ciemnoto? Tylko nic jej wcześniej nie mów, i tyle!
      Z muzeum Tamara i Diana wyszły razem. I przez dwie godziny siedziały w kolejce u fryzjera. Diana już nawet postanowiła wstać i wyjść, ale akurat wtedy Kostia posadził ją w fotelu.
      — Od dawna ręka prawdziwego mistrza nie miała kontaktu z pani główką — zagruchał jej przy samym uchu. — Uczynię panią pięknością. Zaufa pani mojemu gustowi?
      — Działaj, Kostia — poganiała go Tamara. — Działaj prędzej!
      — A może zostawić te kudły? — zapytał i jakby niechcący musnął palcami jej szyję. — Mnie osobiście i tak się pani podoba.
      — Daj spokój tym swoim głupim żarcikom — przerwała mu Tamara.
      Kostia włożył Dianie plastikową narzutkę i wepchnął jej głowę do zlewu pod kran.
      — Woda bardzo gorąca — zabulgotała Diana.
      — Proszę nic nie mówić, bo się pani zakrztusi.— Kostia polewał już szamponem włosy.
      Po godzinie, kiedy wróciła do lustra i Kostia zdjął ochraniacz z jej włosów, na Dianę spojrzała ponura blondynka.
      — Co pan narobił? — pisnęła Morgałkina. — Kto pana prosił o coś takiego?
      — Jak to kto — ona! — Kostia od razu wydał Tamarę. — Ale bardzo pani dobrze w tym kolorze. Tylko welon nałożyć!
      — Uśmiechnij się — rozkazała jej Tamara. — I wytrzymaj z tym uśmiechem, dopóki nie wyjdziesz za mąż.
      — Nie chcę za mąż! — wykrzyknęła Diana i kobiety w kolejce roześmiały się.
      Jej oczy nagle się rozszerzyły i pojawił się w nich ślad domysłu. Niedbały wygląd zawsze chronił ją przed problemami zewnętrznego, pełnego zagrożeń świata. Na podjęcie walki było już jednak za późno: teraz była blondynką.
      — A ten co — przyjeżdża? — spytała Tamarę.
      — Kto? — Tamara zrobiła nic nierozumiejącą minkę, ale ucieszyła się z tego pytania.
      — Nie udawaj, nie jestem dzieckiem. Ten... z Kalifornii...
      — Gratuluję! — wykrzyknął Kostia i usadzając w fotelu Tamarę, zaczął wyczyniać koło niej swoje czary.
      Morgałkina tymczasem dostała cichej histerii. Długo nie udawało się im jej uspokoić.
      — Głupia jesteś! — wprost oświadczyła Tamra, płacąc równocześnie Kosti. — Wyjesz, jakby cię sprzedawali do haremu perskiego szacha. Komu ty jesteś potrzebna? A szczęście było tak blisko...
      Za przekształcenie w blondynkę, mimo że nie miała z tym nic wspólnego, Diana musiała słono zapłacić. Po drodze oświadczyła, że nie ma najmniejszego zamiaru się z nim spotkać.
      — Jak sobie chcesz... — usłyszała w odpowiedzi. — A w ogóle to teraz towar odpowiada zamówieniu klienta. Blondynka. Odpowiedni rozmiar biustu... Myślałam, że jesteś dorosła. A ty jak dziecko. Moje obywatelskie sumienie jest czyste. Ja swoje zrobiłam, a ty walcz z tym swoim dziewictwem choćby o tytuł Bohatera Związku Radzieckiego!
      Diana nadal pochlipywała. I tak się rozstały.

      5
      Todd Donkey przyleciał do Pitra pod wieczór. Na lotnisku od razu wpadł w objęcia przyjaciół, z którymi zaprzyjaźnił się, kiedy jako student był tu przez pół roku na stażu. Sennego zabrano go w gości.
      W samolocie przysiągł sobie, że do ust nie weźmie ani kropli alkoholu, i powtarzał sobie tę przysięgę, jadąc samochodem z lotniska do miasta. Dola doktoranta na katedrze slawistyki jest znacznie trudniejsza niż na jakiejkolwiek innej. Nie dlatego, że codziennie trzeba mnóstwo czytać. Jeśli chcesz mieć do czynienia z kulturą rosyjską, musisz się nauczyć pić. I Donkey tę część dziedzictwa kulturowego przyzwoicie opanował. Poprzednim razem petersburscy kolesie urządzili mu wieczorek pożegnalny (oczywiście, za jego pieniądze). Wracając potem do domu, padł na ulicy i ocknął się w izbie wytrzeźwień, Kiedy się obudził, pieniądze i bilet powrotny gdzieś przepadły, dżinsy zastąpiły jakieś porwane chińskie gacie, a jemu zagrożono, że jeśli się tylko o tym zająknie, to nigdzie nie wyjedzie. Słowem, alkoholik-slawista miał już za sobą całkiem godziwą specjalistyczną edukację.
      Wtedy, po powrocie do Palo Alto, Donkey pozostał wyznawcą znanej zasady: “Wypij rano to, cały dzień będziesz wolny”. Mieszkający z nim koledzy postanowili wysłać na wygnanie do garażu właśnie jego, ponieważ samotny alkoholik drażni trzeźwych. Dość często się zapożyczał, a oddawać nie bardzo miał z czego. Poza tym Todda nie stać było na opłacanie swojej części czynszu. Z garażu z czasem także go wysiedlono, oddając to miejsce przybyłemu na staż doktorantowi z Sorbony. Byli jednak zżyci ze sobą i Donkey zaczął sypiać, gdzie popadło, rozwijając na noc śpiwór na podłodze i chowając go na dzień w kominku, w którym z lenistwa nikt nigdy nie palił. Trwało to jakieś półtora roku. Potem koledzy znaleźli mu pracę i wywierali na niego codziennie taką presję, że w końcu przestał pić i kiedy garaż się zwolnił, wrócił do niego.
      Jednak teraz, od pierwszego dnia pobytu w Rosji, w każdym petersburskim domu, ledwie pojawiał się w progu, na stole lądowała flaszeczka wódki. A miał ze sobą cały notes adresów nie tylko swoich koleżków od wypitki, ale także znajomych swoich przyjaciół ze Stanford, którzy wcześniej wyjeżdżali do Pitra. No i popłynął. Tydzień nie trzeźwiał, wędrując rzemiennym dyszlem od znajomych do znajomych. A wszyscy wyjaśniali mu, że alkohol niezwykle stymuluje postęp ludzkości w najróżniejszych dziedzinach, a rozwój nauk filologicznych w szczególności. Im więcej wódki, tym szybszy postęp. Pozostało mu tylko, ku radości gospodarzy, wciąż na nowo wygłaszać ten sam banał, który usłyszał niegdyś w uniwersytecie od lektora niemieckiego i rosyjskiego, wielkiego miłośnika wypitki i znawcy alkoholowego folkloru: “Kto nie pije, ten donosi”.
      W ciągu dnia Donkey wpadł do kumpla, pracującego w redakcji czasopisma “Petersburski beau monde”. Akurat pili tam z okazji dotacji od sponsora. Kiedy się rozchodzili, zaczął padać niewielki deszczyk, a Todd, wychodząc rano z akademika, nie wziął ani parasola ani czapki. Szedł po Mojce w kierunku Newskiego i nagle się zatrzymał. Drzwi do Muzeum Puszkina były uchylone i wisiała na nich tabliczka “Otwarte”. Muzeum znanego rosyjskiego feministy, co zupełnie zrozumiałe, Donkey zwiedził, będąc w Petersburgu poprzednio. Teraz był dość solidnie podpity, w przeciwnym wypadku do powtórnej wizyty można by go zmusić jedynie w kajdankach i z zakneblowanymi ustami, żeby nie stawiał oporu i zanadto nie wrzeszczał. Przypomniał sobie jednak głupią korespondencję z pewną przekorną Dianą, która przecież powinna pracować tutaj jako przewodniczka.
      Podczas gdy się wahał, czy wejść do środka, deszcz zaczął lać na całego. Donkey wszedł i niezdecydowany zatrzymał się przy drzwiach.
      — Wchodź, synku — zaprosiła stara kasjerka. — Akurat zaczęła się wycieczka.
      — A jak ma na imię przewod... — Todd się zająknął, nie będąc pewnym swojej gramatyki.
      Rosyjski znał dobrze, jednak mówił w tym języku z większym trudem niż po francusku czy hiszpańsku, szczególnie po pijanemu. Kasjerka jednak zrozumiała.
      — Na imię jej Diana. A co to za różnica? Wszystkie są dobre. Znają swój fach.
      — Co pani dać? — zapytał. — Dolary czy ruble?
      — Dolary — czujnie zareagowała kasjerka.
      Donkey wyciągnął piątkę.
      — Starczy?
      — Oczywiście, idź z Bogiem! O tam, po schodach. Tylko papucie, papucie zawiąż na buty...
      Jedną ręką kasjerka pokazała mu, gdzie ma iść, a drugą dziarsko schowała banknot za biustonosz.
      Trzeba było przywiązać do brudnych butów jeszcze brudniejsze kapcie. Posuwając się w grupie wycieczkowiczów, Todd od czasu do czasu głośno czkał. Kręciło mu się w głowie. Co chwila kogoś poszturchiwał, nadeptywał na czyjeś buty i głośnym szeptem prosił o wybaczenie. Przewodniczka, jak mu się z daleka wydało, dość sympatyczna blondynka, trzymała przed sobą niedługi kijek, opierając jego ostry koniec o pierś najbliższego wycieczkowicza. Obrzucała spojrzeniem mniej więcej dwudziestoosobową grupę i lekko schrypniętym głosem opowiadała coś o tym domu, w którym Puszkin spędził około czterech miesięcy.
      Todd usiłował zajść z boku, żeby zobaczyć, jakie ma nogi, zasłaniała je jednak zbyt długa sukienka. Pomyślał, że albo teraz jest tu taka moda, albo nie bardzo jest czym błysnąć spod tej sukienki.
      W ciasnym gabineciku Puszkina przewodniczka zatrzymała się koło leżanki, poczekała, aż wszyscy podejdą i ucichną. Grobowym głosem wypowiedziała zdanie, od którego spazm chwycił ją za gardło:
      — Na tej kozetce leżał śmiertelnie ranny Poeta. Puszkin poprosił o maliny, które bardzo lubił. Dwudziestego dziewiątego stycznia tysiąc osiemset trzydziestego siódmego roku o godzinie drugiej czterdzieści pięć jego puls zamarł, ręce opadły. Puszkin, nie wytrzymawszy ciężkich męczarni, u... umarł...
      W jej oczach pojawiły się łzy. Usiłowała je opanować, wyjęła chusteczkę, przyłożyła ją do powiek. Łzy ciekły jej zawsze, niezależnie od wysiłku woli — tak wyraźnie wyobrażała sobie za każdym razem moment jego śmierci. Dzisiaj jednak się wręcz rozszlochała. Pewnie nerwy coraz słabsze.
      — No co też pani... Po co to, córuniu? — próbowała ją uspokoić starsza kobieta, z wyglądu nauczycielka. — To przecież tak dawno...
      — Dla pani dawno — pochlipując, zaprotestowała gwałtownie przewodniczka. — A dla mnie jak dzisiaj...
      Cała wycieczka zamarła speszona, tamując ruch. Ktoś z tyłu ruszył do wyjścia. Przewodniczka w końcu się uspokoiła. Maleńką chusteczką wycierała zaczerwienione oczy.
      — Czy są jakieś pytania? — zapytała, z lekka pochlipując. — Odpowiem z przyjemnością.
      — Na wszystkie pytania? —  uśmiechnął się Todd, starając się mówić bez akcentu i zaglądając jej w oczy.
      Todd zapytał ot tak sobie, z nudów. Nie oczekiwał odpowiedzi. Morgałkina od razu domyśliła się, że to on. Zacisnęła usta, żeby nie dać po sobie nic poznać, ale jej policzki poróżowiały.
      — A co konkretnie pana interesuje?
      — A gdzie jest łóżko?
      — Po co panu łóżko, młody człowieku? — zapytała zakłopotana.
      — Nie dla mnie! Chodzi mi o to, że poeta wraz z żoną potrzebował łóżka. A może się mylę?...
      Wycieczkowicze uśmiechnęli się. Ktoś parsknął głośno.
      Diana zrywała na zawsze znajomość z każdym, kto tylko wyrażał się o Puszkinie bez należytego szacunku, albo choćby bez wystarczającego patosu. Przechodziła obok, kryjąc złość i odwracała twarz. A tu cudzoziemiec. Może nie rozumie, czym jest dla nas Puszkin? Niemniej jednak po chwili przerwy powiedziała surowo:
      — To jest muzeum, młody człowieku, a nie...
      — Nie co? — nie zrozumiał.
      — Nic!... Wyjście na prawo.
      Diana patrzyła na niego nieprzyjaźnie:
      — A w ogóle, pić trzeba mniej!
      Odwróciła się gwałtownie i wyszła do pokoju przewodników.
      Dzień pracy się skończył, wszyscy rozeszli się do domu. Tamara od razu się oczywiście domyśliła, cóż to za osobnik płci męskiej rozmawiał z jej przyjaciółką. Popatrzywszy w ślad za nim, zaszeptała do Diany:
      — Głupia jesteś! Szykowny facet i jeszcze na dodatek prawdziwy Amerykanin. Nie jakiś tam emigrant, nie mówiąc już o miejscowych...
      Diana nic nie odpowiedziała. Zawinięta w płaszcz, zatrzymała się na chwilę przed wyjściem, przygotowała parasolkę, żeby ją otworzyć od razu za drzwiami i zanurkowała w uliczną chlapę zmieszaną z ciemnością.
      Deszcz ustał, jednak w powietrzu wisiała wilgoć i z drzew padały ogromne krople. Morgałkina szła jak zwykle dużymi krokami i bardzo zdecydowanie. Nie rozglądała się, jednak po chwili poczuła, że ktoś za nią idzie. Przy stacji metra zwolniła i odwróciła się gwałtownie. Todd omal nie wpadł na nią.
      — Czego pan ode mnie chce?
      Przypomniał sobie, że wybrał się do Petersburga, żeby dorwać tę przekorną Dianę, a w samolocie z najdrobniejszymi szczegółami przyśniło mu się nawet, co i jak z nią wyczynia. Teraz jednak stał koło tej blondynki, niemal jej dotykając i w jego ciele, przesiąkniętym wódką, nie rodziły się żadne elektryczne iskry.
      — Tak w ogóle to mam jeszcze pytania — Todd patrzył na nią z maksymalną powagą. — Na przykład po co wam w Rosji tyle muzeów Puszkina?
      — Przecież to Puszkin!
      — OK. Przyjmijmy, że mieszkał w stu miejscach. To co, w każdym robić muzeum? Jednego za mało? Przecież to są pieniądze podatników, a żyje się wam całkiem niełatwo. Ile narobiliście muzeów Lenina — a teraz je likwidujecie. Może lepiej byłoby pieniądze przeznaczać nie na muzea Puszkina, ale na publiczne toalety?
      — Jak to? Na co pan sobie pozwala?!
      W tym momencie Donkey zdał sobie sprawę, że o toaletach to już powiedział całkiem niepotrzebnie. To nie bardzo romantyczny temat.
      — Proszę o wybaczenie — przypomniał sobie wyuczony kiedyś zwrot.
      — Nie wybaczam!
      — No, ale na przykład w Irlandii, w Dublinie. Byłem tam latem. Moi przodkowie stamtąd pochodzą. To mały i ubogi kraj. Zrobili tam jedno muzeum dla wszystkich pisarzy. Za to podatków od pisarzy w ogóle nie biorą, państwo doinwestowuje czasopisma i wydawnictwa. A u was wszystkie kalorie idą na martwych pisarzy, podczas gdy żywi, o ile wiem, nie mają z czego żyć!
      Po przyjacielsku chwycił ją za zbyt słabo przyszyty guzik. Odsunęła jego rękę, ale nie umiała mu odpowiedzieć. Rzekła więc tylko:
      — Nic pan nie rozumie!
      Zdecydowanie odwróciła się na obcasach i energicznym krokiem odeszła od niego. Todd miał ochotę jeszcze pofilozofować, został jednak na środku chodnika sam. Kręcąc w palcach urwany guzik, patrzył, jak odchodziła. Alkohol wywietrzał mu z głowy, lecz jedenastogodzinna różnica czasu w porównaniu z Kalifornią dawał jeszcze o sobie znać. Donkey miał ochotę jedynie na to, by paść na łóżko i zasnąć.

      6
      W muzeum trwał zwyczajny dzień. Dyrektor krzyczał na kasjerkę, która nie wydając biletów, podbierała pieniądze. Kasjerka miała i dyrektora i muzeum gdzieś: dawno już była na emeryturze i dorabiała sobie tą nie tak przecież lukratywną pracą. W korytarzu tłoczyli się ludzie oczekujący na przewodnika. Przewodnicy zaś siedzieli i plotkowali w swoim pokoiku. Plotki zagryzano kanapkami, poprawiano makijaż, dziewczyny paliły jednego marlboro we dwie, zaciągając się po kolei. Tamara grała z komputerem w karty. Diana skaleczyła się w palec, zawadzając o gwóźdź w starej kozetce, i usiłowała zakleić go plastrem, kiedy zadzwonił telefon.
      — Diana — krzyknął ktoś z drugiego końca pokoju — to do ciebie. Nawiasem mówiąc, męski głos, przyjemny barytonik i jakby z cudzoziemskim akcentem.
      Morgałkina z westchnieniem podniosła się z krzesła i wzięła słuchawkę.
      — Kto tam?
      — Todd.
      — Jaki Todd? — udała, że go nie poznaje.
      — Ten, który usiłował panią wczoraj odprowadzić. Może się spotkamy?
      — Po co?
      — Hm... Żeby oddać pani guzik.
      — Jaki znowu guzik?
      — Został mi wczoraj w ręce. Chciałem panią prosić o wybaczenie za to, że pozbawiłem panią guzika. A jeżeli się pani zgodzi, to moglibyśmy zjeść razem obiad...
      — Ale ja jestem zajęta.
      — To mogę zadzwonić później? A nuż znajdzie pani trochę czasu.
      — Każdy ma prawo dzwonić do muzeum.
      W pokoju ucichło. Wszyscy byli ciekawi, któż to taki pojawił się nagle w życiu Diany, że wydzwania w środku dnia i jeszcze dokądś zaprasza, a ona na dodatek grymasi. Głos w słuchawce najwyraźniej nalegał, aż w końcu odpowiedziała:
      — Nie wiem. Może. Jeśli... Jak będę miała czas... Ale tylko po guzik!
      I odłożyła słuchawkę.
      — Nie wygłupiaj się, Diana — nie odwracając spojrzenia od komputera, rzuciła Tamara.
      — A po co mi on?
      — A jeśli ma poważne zamiary?
      — Nie potrzebuję jego zamiarów — ani poważnych, ani niepoważnych. Nie chcę go znać...
      — Blondynka na stare lata zaczęła być surowa dla mężczyzn — ktoś rzucił komentarz, po którym wszyscy zachichotali.
      — Idziemy, dziewczyny! — zabrzmiał drugi głos. — To są osobiste sprawy, a tam robota czeka: słyszycie, jak dyrektor się piekli w korytarzu.
      Tamara zatrzymała się jeszcze chwilę, usiłując ograć komputer, jednak znowu się jej nie udało.
      — Słuchaj, kochana, nie wygłupiaj się...
      Morgałkina dosiadła swojego ulubionego konika:
      — Nikt mi nie jest potrzebny! I w ogóle Diana jest symbolem dziewictwa.
      — Coś ty, chcesz to swoje dziewictwo donieść do mogiły? Przecież tam leży się solo.
      Wzruszając ramionami, Tamara włączyła komputer, podniosła się i wyszła, trzasnąwszy drzwiami. Trudno się było z nią kłócić: nie przebierała w słowach. A Diana, jak zwykle, się nadęła.
      Morgałkina została sama, zastanowiła się przez chwilę i przekonała samą siebie, że na spotkanie jednak pójdzie. Ale wyłącznie po to, żeby odebrać od tego żałosnego amerykańskiego alkoholika swój guzik od płaszcza. Takiego teraz nigdzie za żadne pieniądze nie da się kupić.
      Donkey rzeczywiście zadzwonił jeszcze raz. Spotkała się z nim po pracy. Todd był absolutnie trzeźwy i straszliwie uprzejmy. Przestudiował przewodnik po Petersburgu i znalazł miejsce na obiad. Po pół godzinie siedzieli już przy stoliku w restauracji “Białe noce”. Todd przyglądał się Dianie — czuła to i nie było to dla niej przykre.
      — Dlaczego pan się cały czas uśmiecha? — zapytała.
      — Tak mnie nauczono.
      — Gdzie?
      — Dorabiałem, żeby mieć pieniądze na studia, jako kontroler w systemie supermarketów “Safeway”. Wszyscy, których przyjmują tam do pracy, muszą przejść specjalne szkolenie, w czasie którego uczą się uśmiechać.
      — Mnie by też nie zaszkodziła taka szkoła — rozjaśniła się nagle.
      — Może w Rosji to normalne, że ludzie są zawsze smutni i poważni. U nas jednak potrafią za taki wyraz twarzy nawet zwolnić z pracy. Kupującym musi być w sklepie przyjemnie. Skromnie ubrany musiałem jeździć do innych miast, chodzić po “Safewayach” niby zwyczajny klient, najlepiej wieczorami, kiedy jest największy ruch i sprzedawcy są najbardziej zmęczeni, a wszyscy się spieszą. Kupowałem w tych sklepach byle co, na przykład paczkę ciastek albo puszkę fasoli, stawiałem to przed kasjerem i mówiłem: “Ojej, zapomniałem o kawie rozpuszczalnej”.
      — A kasjer? Przecież kolejka...
      — Kasjer musiał czekać, bo wprowadził już moje zakupy do komputera, a ja tymczasem bez pośpiechu szedłem po kawę. Przynoszę kawę i widzę, że do mojego kasjera zrobiła się już kolejka, co najmniej pięć osób, a on się dalej uśmiecha. Podchodzę i mówię do niego: “Proszę mi przynieść bagietkę”. I ten posyła po tę nieszczęsną bagietkę, uśmiecha się do mnie i mówi: “Zaraz przyniosą. Może pan jeszcze czegoś potrzebuje?”. Nie daj Boże, żeby się zdenerwował tym, że zajmuję mu tyle czasu. Wtedy wołam jego szefa i okazuje się, że jestem kontrolerem. Po pięciu minutach taki kasjer jest bez pracy.
      — Straszny z pana człowiek, Todd!
      — Dla kogo? Dla złego pracownika? Za to klienci zawsze mogą być pewni, że obsługa odpowiada najwyższym standardom, i nie wybiorą się do innego sklepu. A pracownicy cały czas mogą się spodziewać, że każdy najzwyklejszy klient okaże się kontrolerem. Trzeba więc się cały czas uśmiechać i trzymać fason.
      Opowiadając o sobie, Todd pominął pewien szczegół: uśmiechać się to go rzeczywiście nauczyli, ale wkrótce stracił pracę za pijaństwo i zaczęły się kłopoty. Teraz przyglądał się przekornej Dianie i myślał: uda mu się dzisiaj czy nie? Postanowił, że właśnie dzisiaj. Cokolwiek by się działo, musi dzisiaj osiągnąć swój cel. Dlaczego akurat dzisiaj, nie potrafiłby wyjaśnić. Był w świetnym nastroju i paplał o wszystkim na świecie. A ona słuchała i był pewien, że jej się podoba. Z boku wyglądało to jak najprawdziwszy niemy zachwyt. A może rzeczywiście tak było?
      O dziwo, jedzenie było świetne i wypili dwie butelki gruzińskiego białego wina. Diana się trochę rozluźniła, a on nabrał pewności, że wszystko pójdzie jak należy.
      Ulica już podeschła, chociaż było pochmurno. Powoli szli wzdłuż witryn z opuszczonymi metalowymi kratami.
      — Pojedźmy do mnie — zdecydował się na złożenie propozycji.
      — To znaczy dokąd? — zaniepokoiła się.
      — Mam pokój w akademiku.
      — A po co ja mam tam jechać? — zapytała. Trudno było zadać głupsze pytanie.
      — Pokażę pani moją dysertację — zaproponował Todd. — Mimo wszystko temat powinien panią zainteresować: feminizm Puszkina.
      — Tak? — zdziwiła się uprzejmie. — Ale to przecież po angielsku.
      — No to napijemy się kawy...
      — Wypijamy z Tamarą po siedem filiżanek kawy dziennie — między wycieczkami.
      — A kto to jest Tamara?
      — Moja przyjaciółka. Nie wie pan? To ona pisała do pana te wszystkie listy...
      — Nie pani? — Todd zatrzymał się i chwycił ją za łokieć.
      — Oczywiście, że nie ja... Ja bym nigdy nic takiego... No, ale ja muszę już iść do domu.
      Typowa niedotykalska... Ale w jej chłodzie i ciągłej swego rodzaju nieobecności było coś pociągającego, jakaś niezrozumiała dla niego tajemnica. Powtórne zaproszenie zabrzmiało żałośnie. Nie trzeba było mówić, ale jakoś tak mu się wyrwało:
      — A może jednak pojedziemy do mnie?
      — Co też pan, jestem mężatką. “Ale oddano mnie innemu; i będę wierna tylko jemu”.
      — Kim jest pani mąż?
      — To Puszkin.
      — Pomysłowo. Ale on przecież dawno umarł!
      — Dla wszystkich umarł, a dla mnie żyje.
      Popatrzył na nią z pewną obawą.
      — Dobrze — powiedział. — Ale przecież Puszkin miał żonę.
      — Miał — zgodziła się. — Umarła. Ja jestem jego drugą żoną. Panu pierwszemu, powiedziałam, że Puszkin jest moim mężem. Nie ujawniłam tej tajemnicy nikomu.
      — Rozumiem. Będę milczał jak ryba — rzekł poważnie i dopiero potem się uśmiechnął.
      — Na mnie już czas.
      — Odprowadzę panią.
      — Nie trzeba. Mieszkam tuż obok...
      Spróbował przyciągnąć ją do siebie i pocałować, lecz przekorna Diana napięła mięśnie i odsunęła się w przestrachu.
      Otworzyły się drzwi zatrzymującego się na przystanku autobusu. Morgałkina, omijając walającą się butelkę po coca-coli, stanęła na stopniu. Todd ruszył za nią, wyciągając na dłoni guzik. Wzięła go i drzwi się zatrzasnęły. Niech idzie do diabła, przekorna blondynka! Ani pocałować, ani objąć, nie mówiąc już o tym, czego oczekiwał, a czego ona najwyraźniej w ogóle nie potrzebuje. I poczucie humoru też ma jakieś takie cmentarne. Wsunął zmarznięte ręce do kieszeni, postawił kołnierz i ruszył na poszukiwanie stacji metra.

      7
      Morgałkina była zakochana w Puszkinie bez pamięci. Gdyby szedł po śniegu, zbierałaby śnieg spod jego stóp i zjadałaby go. Była absolutnie przekonana, że Puszkin należy wyłącznie do niej, ona zaś, co się rozumie samo przez się, do niego. Miłość i oddanie dla niego dostarczały jej życiowej energii, była z nim zawsze — i dniem, i nocą. W rzeczywistości jednak wchodziła do wspólnego mieszkania, otwierała drzwi do swojego pokoju i zostawała sama.
      Miała znajomego plastyka, Dasiuka, najzwyklejszego geniusza, jak sam siebie oceniał. Dasiuk z powodu pijaństwa pracował jako cieśla budowlany. Miał jakieś kłopoty ze skórą, wszystko na tle alkoholizmu: czerwone, podlane granatem plamy upiększały jego twarz, szyję i ręce. Zeszłej zimy Diana nagadała mu niestworzonych historii o jakiejś wystawie. Razem wybrali rysunek, na podstawie którego Dasiuk obiecał wyrzeźbić Puszkina w naturalnych rozmiarach.
      — Niech ci tam, wytnę go ze sklejki.
      — Ze sklejki? — zmartwiła się. — A ja myślałam...
      — Postaram się o porządną sklejkę, grubą, samolotową. Będzie lepszy niż żywy.
      Tydzień później Diana po pracy pojechała do Dasiuka. W zagraconej pracowni z tyłu podwyższenia, oparty o pilarkę elektryczną stał jej ukochany Puszkin, tyle że bez odzienia. Dasiuk pomalował mu twarz i całe ciało, przykleił perukę z kosmyków prawdziwych włosów, nie zapomniawszy wyciąć i przykleić też wszystkiego tego, co zazwyczaj skryte jest pod ubraniem. Morgałkina, zobaczywszy to wszystko, zaczerwieniła się i serce jej zabiło szybciej z oburzenia. Zażądała, by natychmiast oderwał to świństwo, Dasiuk zaś wydał dźwięk podobny bardziej do gdakania niż do śmiechu:
      — Dlaczego zaraz świństwo? Co z tobą? Chcesz, żebym go wykastrował? Nie zrobię tego! Nie pozwolę szargać naszego kulturowego dziedzictwa! Ma mieć to samo, co wszyscy. Taka jest wola Najwyższego. Zrobiłem to z natury, sam byłem modelem. Nie wierzysz? Chodź, pokażę ci.
      — Nie, nie! Na Boga! Tobie to może potrzebne, ale — jemu?
      — A on co, nie chłop? Dałabyś już spokój! Albo sama sobie rób, co chcesz! Masz nóż, pędzel, paletę — możesz zamalować. Albo pierdyknij tu listek figowy, albo w ogóle wszystko zlikwiduj — wedle uznania! Pokalaj dzieło prawdziwej sztuki!
      Czerwono-granatowe plamy na twarzy i czole Dasiuka stały się na skutek napięcia nerwowego brązowe, oczy nabiegły krwią.
      Morgałkina wzięła do ręki nóż, jednak nie poważyła się tknąć wiadomego miejsca.
      — A nie można go ubrać? — zapytała nieśmiało.
      — Kup garnitur i ubieraj.
      — Żartujesz sobie? Przecież jemu potrzebny jest mundur. Skąd mam taki wziąć?
      — A kim on był? — zagdakał znowu Dasiuk. — Chyba kamerjunkrem?
      — Kamerjunkier — obraziła się Diana — odpowiadał wówczas rangą rzeczywistemu radcy!
      — Nie zawracaj mi głowy! A flaszka za to będzie? Spece od kostiumów zedrą ze mnie za to pewnie ze trzy skóry.
      — Mam pieniądze. Brat mi przysłał.
      — Skąd?
      — Z Meksyku.
      — A czego on tam szuka?
      — Pracuje. Rosyjscy geodeci pędzą tam na złamanie karku na zarobek.
      — Może ja też kopsnę się do Meksyku? Co to ja gorszy od Siqueirosa? Tak im mogę zamalować, że się im we łbie pomiesza!
      Niedźwiedziowaty Dasiuk nonszalancko przemaszerował przez pracownię, kopnął nogą drzwi i przepadł. Morgałkina w panice, z dłońmi przyciśniętymi do szyi, została sam na sam z obnażonym Puszkinem.
      — Widzi pan, jak to bywa, Aleksandrze Siergiejewiczu — rzekła Diana, starając się nie dostrzegać nagiego dzieła sztuki. — Rozumiem, że panu jest zimno. Proszę jeszcze trochę wytrzymać.
      Od Puszkina pachniało farbą olejną.
      Morgałkina ściągnęła swoje paletko, narzuciła je Puszkinowi na ramiona i przewiązała go w talii paskiem. Chociaż poeta wyglądał teraz nieco dziwnie, patrzeć na niego było łatwiej. Diana wyjęła z torebki flakonik perfum “Climat”, w dawnych czasach podarowany jej przez puszkinistę Konwojskiego, i spryskała pachnącą mgiełką niedbale rozrzucone kasztanowe loki poety. Puszkin zmarszczył się — najwyraźniej nie spodobało mu się, że pachnidła są damskie.
      Dasiuk wrócił, wlokąc plastikowy worek.
      — Kobitki przewróciły do góry nogami cały magazyn kostiumów. Ledwie znalazły. Był, mówią, kiedyś spektakl o Puszkinie, dawno go już nie grają. Ale gdzie się kostiumy podziały, nikt nie pamięta. Może, powiadają, dawno ktoś buchnął? Ale jednak znalazły. Trzeba będzie się z nimi rozliczyć...
      Diana otworzyła torebkę, wyjęła pieniądze. Zostawiła sobie tylko na taksówkę.
      Odsunęła stojące na stole puste butelki, resztki chleba i starannie rozłożyła galowy ciemnozielony mundur z czerwonymi szamerunkami i wysokim kołnierzem. Złote akselbanty z opadającymi chwościkami przydawały mu uroczystego wyglądu. Do munduru dołączone były białe sukienne rajtuzy, nieco znoszone i bardzo wygniecione. Dasiuk rzucił na podłogę kamasze i wyciągnął z kieszeni białe pończochy. Diana znalazła w worku jeszcze wymięty kapelusz, także obszyty złotem. Przy kapeluszu, w podwiązanym do niego plastykowym woreczku, wisiał biały pióropusz.
      — Pióropusz niepotrzebny, to dekoracja dla koni — Dasiuk oderwał go od kapelusza.
      Położywszy Puszkina na stole, Diana naciągnęła mu białe rajtuzy, a potem postawiła go na nogi i włożyła mundur.
      — Całkiem inaczej! — powiedziała, przyglądając mu się z zachwytem.
      Puszkin był jednak bosy.
      — Nie zapomnij zabrać butów — mruknął Dasiuk.
      — Przecież może zmarznąć, na dworze zimno.
      Dasiuk spojrzał na Dianę uważnie, jednak nie protestował. Naciągnęła jeszcze Puszkinowi pończochy, a potem buty. Nie sprzeciwiał się, na odwrót, czuła, że stara się jej pomóc.
      — Przystojniaczek z tego twojego Puszkina. — Dasiuk przyglądał mu się, przechylając na bok głowę — A tak naprawdę to był okropny.
      — Sam jesteś okropny!
      — Posłuchaj — Dasiuk spojrzał podejrzliwie na jej uszczęśliwioną twarz. — Ale serio, po co ci on? Chłopa nie masz, czy co? Ja potrafię lepiej niż ten drewniany... Choćby zaraz, co?...
      Chwycił owłosioną ręką za pasek torebki.
      — Nie gadaj głupot! — sucho odcięła Morgałkina, nawet się nie denerwując, ale też nie traktując propozycji jako komplementu. — Mówię ci, że na wystawę. Tobie tylko jedno w głowie.
      — Co to, to nie! — warknął Dasiuk. — Wypić też mam zawsze ochotę.
      Pomógł jej wynieść swoje dzieło na ulicę i zatrzymał taksówkę.
      — A kukłę gdzie damy? Do bagażnika? Zegnie się na pół?
      — Co pan? — oburzyła się Diana. — Bez trudu zmieścimy się na tylnym siedzeniu.
      Aleksander Siergiejewicz się nie zginał, dlatego udało się go umieścić tylko na skos. Jedną ręką podtrzymując go w łokciu, Diana drugą pomachała Dasiukowi.
      — Flaszeczkę kiedy przywieziesz? — krzyknął na pożegnanie Dasiuk, zatrzaskując drzwi.
      Nie odpowiedziała.
      — Na wystawę czy co? — nie oglądając się, zapytał taksówkarz, i włączajył się do ruchu.
      Wielkomiejskiego dorożkarza niełatwo zadziwić: zapytał zresztą nie dlatego, żeby go to interesowało, ale tak, żeby pogadać. Zamiast odpowiedzi Diana sucho podała adres, i więcej już jej nie zagadywał.
      W windzie Puszkin stał obok Diany, ramię w ramię. Morgałkina bardzo się denerwowała, jak mu się spodoba jej pokój, którego od dawna już nie sprzątała. Na szczęście był późny wieczór i w korytarzu nie spotkali żadnego z sąsiadów. Nie bardzo się z nimi dogadywała i raczej starała się ich unikać. A teraz to już nikogo do siebie za próg nie wpuści.
      Oparła kamerjunkra o szafę i położyła mu ręce na ramionach.
      — No więc, Aleksandrze Siergiejewiczu, jesteśmy w domu. Podoba się panu tutaj? Zjadłby pan coś? Zaraz coś przygotuję. Proszę się nie gniewać, ale ze służbą mamy pewne kłopoty...
      Dopiero teraz poczuła, jak bardzo jest głodna: od rana poza kawą nie miała nic w ustach. Zajrzała do lodówki — stała tam wczorajsza zupa. Wyjęła garnek, pobiegła z nim do kuchni. Wróciła, szybko postawiła na stole dwa talerze — jemu i sobie, ukroiła chleba, przysunęła Puszkina do stołu i zaczęła jeść. Puszkin stał obok i patrzył na nią nie odwracając wzroku.
      — Nie chce pan zjeść ze mną, to nie — obrażona wykrzywiła usta. — Rozumiem, że jest pan człowiekiem rozpieszczonym przez życie. Ale trzeba się będzie przyzwyczaić. Po restauracjach włóczyć się nie będziemy. Wie pan, jakie są teraz ceny? Lepiej już zostać domatorem. Przecież zawsze marzył pan o mnie — i oto jestem.

      Diana blada
      Szła w okno panny zamgloną poświatą.
      W romansie bo inaczej nie wypada
      Taki już zwyczaj.
      (przeł. Włodzimierz Słobodnik)

      — wyrecytowała. — Ale szampana, mam nadzieję, pan nie odmówi.
      Wyjęła z lodówki zapobiegliwie kupioną butelkę, postawiła dwa kieliszki, z trudem wystrzeliła korkiem w sufit i niezdarnie je napełniła. Szampan zapienił się wylewając się na ceratę.
      — Proszę wybaczyć, że tani. Ale za to importowany, węgierski. Napijmy się, Aleksandrze Siergiejewiczu! Wypijmy za to, żeby między nami zawsze było, jak między normalnymi ludźmi!
      Kiwnął głową. Diana wypiła swój kieliszek, spoglądając Puszkinowi w oczy, zakrztusiła się, a ponieważ drugi kieliszek stał nadal pełny, wypiła go także. Od bąbelków zakręciło ją w nosie. Poczuła się wesoło i lekko. Garnek z zupą wstawiła z powrotem do lodówki. Podeszła do Puszkina, objęła go za szyję, przytuliła się do niego i pocałowała w policzek.
      — Fuj, jak od pana jedzie farbą! I naftaliną... Może pana jeszcze trochę poperfumować? Świetne perfumy, inne, ale też francuskie. Brat mi przysłał z Meksyku. Tyle że znowu damskie... Wie pan, która godzina? — wystraszyła się nagle. — Już północ. Dla pana to na pewno najlepsza pola na hulanki, ale my o takiej godziny powinniśmy już spać. Przecież jutro do pracy...
      Diana pieszczotliwie pogłaskała go po głowie i on także przytulił się do niej z czułością.
      — Chce pan? Wiem, wiem, wszyscy jesteście tacy sami... Musi pan jednak trochę wytrzymać. Zaraz idziemy do łóżka.
      Pospiesznie rozłożyła tapczan, pościeliła czyste prześcieradło, wyjęła z szafy kołdrę i poduszkę.
      — A teraz, Aleksandrze Siergiejewiczu, proszę się odwrócić, rozbiorę się.
      Nie odwrócił się jednak. Rozbierała się, a on się przyglądał. Diana zrzuciła ubranie, podskakując, zdjęła rajstopy i teraz stała przed nim naga. Sama była zdziwiona, że w ogóle się nie wstydzi. Chciała go trochę pokokietować, powiedziała więc:
      — Pan jest mężczyzną, to pan powinien mnie rozebrać. A wychodzi na to, że to ja pana...
      Puszkin potulnie czekał, aż zdejmie z niego mundur, buty i rajtuzy. Rozebranego wzięła go pod rękę i powoli ruszyła w stronę tapczanu, starając się nie spoglądać na to miejsce z kręconymi jak na głowie włosami, które tak efektownie wymalował Dasiuk. Położyła Puszkina twarzą w swoją stronę i przykryła go kołdrę. Potem zgasiła światło i wsunęła się do niego.
      — Nikogo przed panem nie miałam — przyznała się mu. — I nie mogłam mieć. Pokochałam pana jeszcze w szkole, całowałam pański portret w podręczniku. Pan jest moją pierwszą miłością, i ostatnią... Jestem monogamistką: całe życie kocham tylko pana! Chroniłam siebie wyłącznie dla pana... Wreszcie zechciał to pan zrozumieć i przyszedł pan do mnie! Czyli pan też...
      Odwróciła się do niego przodem i głaskała go po twarzy i po plecach. Uśmiechając się nieznacznie, kiwnął głową i wyciągnął do niej ręce.
      — Udusi mnie pan — wyszeptała. — Jaka ja jestem szczęśliwa! Chce pan? Oto jestem. Cała dla pana...
      Niemal traciła oddech. Jej ciało drgało w konwulsjach. Pojękiwała, przytulając się do niego i pokrywając pocałunkami jego twarz, włosy, szyję, ramiona, piersi.
      To była jej pierwsza prawdziwa noc poślubna.

      8
      Morgałkina starannie ukrywała przed sąsiadami, że zamieszkał u niej mężczyzna. Nie zrozumieją. Będą się śmiać i oczywiście zazdrościć. Doniosą do administracji, że mieszka bez zameldowania.
      Ponieważ spali razem, nielogicznie byłoby zwracać się do niego przez “pan”. Przeszła więc na “ty” jakoś tak naturalnie, nawet tego nie zauważając. On też mówił jej po imieniu.
      Wieczorem rozbierała go, układała obok siebie, a rankiem wyciągała go z łóżka i ubierała. Przyglądał się, jak pije kawę. Sam nie jadł śniadania, mówił, że to dla niego za wcześnie. Całowała go w usta i biegła do pracy. Patrząc na zatłoczone do granic wytrzymałości autobusy, myślała: jaki to wstyd — ludzie jadą tak szybko, a on musiał się wlec konno. A teraz w ogóle z domu nie wychodzi. To jednak drobiazgi. Najważniejsze, że się kochamy.
      Wiele o nim wiedziała, lecz ciągle było jej za mało. Starała się zapamiętać jak najwięcej. I rozmawiała z nim o wszystkim, co przeczytała, w tym też szczególnie często o głupstwach, jakie wypisywał o nim puszkinista Konwojski.
      — On cię w ogóle nie rozumie. Inni zresztą też... Tylko ja...
      Czytać, i to właśnie Puszkina, lubiła od dzieciństwa. Teraz też czytała tylko Puszkina, czytanie innych autorów traktowała zaś jako zdradę.
      — “Tutaj też widziałem baśniowe ruiny świątyni Diany” — czytała, otwierając tomik. — A ty, Puszkin, modliłeś się w mojej świątyni, kiedy byłeś na Krymie?
      — Oczywiście, najdroższa — odpowiadał, nie odwracając od niej wzroku.
      — Teraz znowu znajdujesz się w mojej świątyni, i nigdy cię już stąd nie wypuszczę.
      Zgadzał się z radością.
      W czasie wycieczek Diana łapała się na tym, że nie tylko mówi tekstami jego wierszy, ale że tak samo myśli. Była to absolutna harmonia dusz, objawienie, katharsis. Równocześnie, opowiadając turystom, mówiła:
      — Powinnam znać na pamięć całego Puszkina, a umiem tylko jedną trzecią.
      Cały dzień, podczas pracy w muzeum nie mogła się doczekać, kiedy wróci do domu i padnie mu w objęcia. Gdy była w marnym nastroju (a zmiany nastroju ze względu na różne okoliczności zdarzały się dość często), złościła się na niego:
      — Jak mogłeś napisać, że jestem przekorna? Ja, która cię u-wiel-biam?! To wszyscy inni ci schlebiają, i tylko ja kocham cię najbardziej na całym świecie, bardziej niż siebie samą! Gotowa jestem oczy wydrapać każdemu, kto nie zechce się do ciebie modlić, umarłabym za ciebie. Jesteś mój! Mój! Mój!...
      I szlochała, nie mogąc się uspokoić, dopóki nie zaczynał jej całować.
      Coraz bardziej fantazjowała w określaniu roli Diany w jego życiu. Cóż to za tajemnicza miłość Puszkina, której sekretów nie udało się wyjaśnić do dzisiaj? Odpowiedź jest jasna: to bogini Diana. O Natalii, swojej pierwszej żonie, wspomniał tylko w jednym wierszu i to jeszcze uznał ją za głupią, a o mnie pisał aż osiem razy zarówno w wierszach, jak i w prozie. Puszkin miał kolosalny proroczy dar. Wiedział, że mnie spotka. Natalia była madonną tylko jako narzeczona, ja zaś jestem prawdziwą boginią, sam tak powiedział. To zasadnicza różnica! Bywało, że wędrowała w czasie i mawiała do niego: “Powinieneś się rozwieść z Natalią Nikołajewną, i wtedy...”. Albo: “Postanowiliśmy, że pojedynek musi się odbyć. Przecież i tak nie możesz umrzeć. Całe życie szukałeś idealnej kobiety. Jawiła się tobie w najróżniejszych obliczach i oto znalazłeś mnie. Okazałam się czymś lepszym niż mogłeś sobie wymarzyć. Twoje życie zostało przerwane przez tamtą żonę, ale trwałeś w poszukiwaniach swego ideału. Nie mogłeś przyjść do mnie od razu po śmierci, ponieważ wówczas się jeszcze nie urodziłam. Teraz jesteś mój. Natalia cię nie rozumiała. A ja rozumiem! I będę twoją ostatnią kobietą. Ten twój związek będzie wieczny!”.
      Puszkin w zupełności zgadzał się z Morgałkiną.
      — A jak będzie z tymi babami, które miałeś po ślubie? — pytała go.
      I sama odpowiadała:
      — To były przypadkowe związki, wynikające z tego, że szybko przestałeś kochać Natalię. Nie było radości w rodzinie, więc szukałeś jej gdzie indziej. Wybaczam ci...
      Kiedy wychodziła z domu, to właśnie ta sprawa była przyczyną jej niepokoju.
      — Nie będziesz już kochał żadnych innych! — surowo przykazała mu pewnej nocy, kiedy leżał i przyglądał się jej. — Zrozumiałeś? Żeby ci nawet do głowy nie przyszło... Bo żadna nie będzie dla ciebie lepsza ode mnie. Co prawda, mieszkam we wspólnym mieszkaniu, ale za to nawet tutaj jestem twoim szczęściem.
      Z tym także się zgadzał.
      Mimo wszystko, wracając do domu, denerwowała się: a nuż wyszedł na spacer. A wokół pełno kobiet i prawie każda szykownie ubrana, spódniczka ledwie zakrywa... Wydawało się jej, że cały czas wymyka się jej. I mimo że oprowadzając wycieczki bardzo starała się nie wspominać o wszystkich tak zwanych “adresatkach liryki Puszkina”, to jednak figurowały one w jego życiu, ludzie wypytywali o nie i w żaden sposób nie mogła się uwolnić od innych kobiet.
      Żeby podjąć z nimi walkę i ostatecznie zwyciężyć, Morgałkina postanowiła dowiedzieć się o nich jak najwięcej, znaleźć w pamiętnikach ich słabe punkty. Porównywała je ze sobą i ciągle dostrzegała jedynie swoją nad nimi wyższość. Przepisała “listę Don Juana”, którą zostawił w albumie Uszakowej, i dopisała na końcu swoje imię. Dobrze znała charakter pisma Puszkina i umiała go naśladować nie do odróżnienia — czyli że właściwie to on wpisał ją tam na ostatnim miejscu. Teraz jest jego kobietą, sprawiedliwości stało się zadość. Napisał kiedyś, że Natalia to jego sto trzynasta miłość, Diana ignorowała wszystkie pozostałe i stała się sto czternastą i ostatnią.
      W jej duszy pozostało jednak pewne rozdarcie. Tamten Puszkin, którego znała całe życie, był radosnym i towarzyskim człowiekiem, a teraz, u niej w domu, bez przerwy milczał. Może ma za mało mojego towarzystwa? Starała się być jak najweselsza, lecz przychodziło jej to z trudem. Nie była przyzwyczajona do zwyczajnych kobiecych gierek.
      — Dlaczego leżysz ze mną tak obojętnie? Birbant! Chciałoby się czegoś świeżutkiego. Idź, nie protestuję, idź! Teraz na Newskim jest pełno prostytutek. Idź do nich, jeśli cię tak przycisnęło! Tylko nikogo nie odprowadzaj i nie całuj się w bramach, bardzo cię proszę!
      Puszkin wrócił do niej w środku nocy. Już spała i obudziło ją jego dotknięcie.
      — Nareszcie — powiedziała. — Wyłajdaczyłeś się. Teraz znowu jesteś mój!
      Zapach cudzych perfum zdenerwował ją, ale przecież sama mu pozwoliła. Diana wstała, narzuciła podomkę, rozebrała go, położyła do czystej pościeli, oparła o ścianę tak, żeby mógł na nią patrzeć, powiesiła na wieszaku jego kamerjunkierski mundur i rajtuzy. Puszkin nagle wstał, uniósł ręce i zaczął mówić wiersz. A może to ona mówiła ten wiersz do niego? Jaka to w końcu różnica?

      Rozkoszne są policzki Flory,
      Równie kuszące piersi Diany!
      A jednak nóżka Terpsychory
      Ma dla mnie powab niezrównany.
      (przeł. Feliks Netz)

      W tym czasie zrzuciła szlafroczek i wsunęła się pod kołdrę, obok niego. Pogroziła mu palcem i uśmiechnęła się:
      — Co za rym, Puszkin: “Flory–Terpsychory”?! Wstydziłbyś się! Bóg cię ukarał za to, że rozmieniasz się na drobne: pierś ci się podoba moja, policzki Flory, a nóżka Terpsychory. Babiarz nieszczęsny! No dobrze już, dobrze, wybaczam ci... Ale pracujesz mało. Jeszcze całkiem zapomnisz, jak się pisze wiersze.
      Wyrzucała mu Morgałkina te wypady i jego lenistwo. Klękał przed nią, prosił o wybaczenie i po udawanej obrazie pozwalała mu się do siebie przytulić. Jakoś od razu wtedy słabła i mógł już robić z nią co mu tylko przyszło do głowy, byle jedynie z nią. Dlatego inne kobiety odchodziły w cień, nie miały już dla niej żadnego znaczenia.
      Leżeli obok siebie, mówił jej do ucha wiersze, które dawno znała na pamięć. Udawała jednak, że to bardzo interesujące. Nawet klaskała w dłonie, tylko cicho, żeby sąsiedzi nie słyszeli.
      — Co, żoneczko, nie wyskoczyć by tak do teatru? — zwracał się do niej. — A to nuda taka...
      — Chcesz powiedzieć, że ci ze mną nudno, Puszkin, tak? Zamierzasz mnie obrazić?
      — Siedzenie w domu doprowadza mnie do szaleństwa, Dianeczko. Co dają w operze?
      Diana podała mu gazetę “Wieczorny Petersburg”.
      — Boże mój — wykrzyknął. — Ile tych teatrów! W oczach się troi. I co, wszystkie dobre?
      — Różne. Chciałeś do opery? Patrz, dzisiaj grają “Damę pikową”.
      — Jakby coś znajomego — usiłował sobie przypomnieć.
      — A jakże!
      — Jedziemy! — zerwał się z łóżka. — Zaraz każę zaprząc burą kobyłkę.
      — Lepiej autobusem — zaproponowała Diana.
      Zaczęła się nerwowo zastanawiać, czy starczy jej na bilety. Zajrzała na półkę, gdzie w jednej z książek trzymała pieniądze — na czarną godzinę.
      Tym razem Aleksander Siergiejewicz ubierał się sam. Już dawno trzeba by mu kupić współczesne ubranie, jakiś fiński albo bułgarski garnitur. Postękiwał z nieprzyzwyczajenia, samodzielnie wkładając buty. Rozpuściła go tym ubieraniem i rozbieraniem. W kapeluszu wyglądał świetnie. Było zimno, a on nie miał płaszcza.
      — Nie bój się, moja droga — powiedział. — Przywykłem do mrozów...
      Diana włożyła swoją najlepszą i jedyną wieczorową suknię z koronkami. Na ulicy Puszkin zaczął się przyglądać maleńkiej oficynie na rogu zaułka Moszkowskiego.
      — Poznałeś? — domyśliła się Diana. — Oczywiście! Tutaj mieszkał twój przyjaciel Odojewski ze swoją piękną Kreolką...
      Drzwi zatrzasnęły się za nimi i pojechali. W autobusie był tłok i w całym tym galimatiasie i panującym tam półmroku nikt na Puszkina, dzięki Bogu, nie zwrócił uwagi. Bilety do Teatru Maryjskego kosztowały szalone pieniądze, a za ruble w ogóle nie sposób ich było dostać. Trzeba było kupić za dolary.
      W foyer już gaszono światła. Puszkin kroczył pośpiesznie, Diana w długiej sukni ledwie za nim nadążała. Drzwi się otwarły. Sala była już pełna, loże połyskują od świateł, parter i fotele, wszystko aż kipi. Zapada zmrok. Puszkin idzie między fotelami, pcha się staje ludziom na stopy, a ona za nim.
      — Puszkin! Patrzcie, Puszkin! — rozlegają się głosy.
      Poznają go, witają. Jemu się to najwyraźniej podoba, jej też.
      — A kto to, obok niego? Przecież nie Natalia Nikołajewna! Jakże to tak?
      — Czyżbyście nie słyszeli? Przecież cały Petersburg aż huczy. To jego nowa girl friend. Na imię ma Diana...
      — Diana? Cóż za poetyckie imię! A wiecie, całkiem niczego sobie...
      — A jakże! A on za nią szaleje...
      Siadają w parterze. Sąsiedzi kłaniają się, poszeptują. Cała sala mówi tylko o nich. Puszkin szuka po kieszeniach swojej lornetki, aby wodzić nią po lożach pięknych nieznajomych, jednak lornetka gdzieś się zapodziała. Diana specjalnie wyjęła ją w domu z jego kieszeni, żeby nie przyglądał się obcym kobietom. Pojawił się dyrygent i zagrzmiała uwertura. A sala nie słucha muzyki, tylko nadal szepcze o nich.
      W antrakcie, ledwie zapaliło się światło, Puszkin, zdało się, zapomniał o Dianie. Jego oczy zaświeciły się od obfitości pięknych dam, odzianych tak, że nawet mu się nie śniło: na wpół obnażonych, roztaczających zapachy, od których kręciło mu się w głowie. Wyszli pospacerować po foyer. Diana mocno trzymała go za łokieć.
      — Pan jest prawdziwym Puszkinem czy ucharakteryzowanym artystą? — ze zdumieniem zapytała go idąca z naprzeciwka nimfetka z długimi nogami, wyrastającymi wprost spod pach.
      Zobaczywszy to boskie stworzenie, Aleksander Siergiejewicz stracił głowę.
      — Mademoiselle! — wykrzyknął. — Oczywiście, że jestem prawdziwy. Jeśli pozwoli mi pani ucałować swą śliczną rączkę, sama się pani o tym przekona. Pani jest istnym cudem, czystym aniołem!
      — Po co rączka? — nimfetka przewróciła oczęta. — Kto dzisiaj całuje po rączkach? Lepiej już w usta.
      I nie pozostawiając Puszkinowi ani chwili na wahania, rzuciła mu się na szyję. Puszkin objął ją za cieniutką talię i zaczął coś szeptać do ucha. Nimfetka zwiotczała, jak gdyby natychmiast, nie ruszając się z miejsca, gotowa była upaść z nim na podłogę.
      Pąs rzucił się na twarz Dianie. Boże, po co go tutaj przyprowadziłam? Po co w ogóle ożył? Przecież go stracę! Martwy należał do mnie i do nikogo więcej. Jego drewniane ciało należało tylko do mnie. A teraz...
      Wokół zaczął się gromadzić tłum. Diana w oburzeniu wyrwała Puszkina z objęć nimfetki i wymierzyła mu siarczysty policzek. Ręka ją rozbolała: uderzyła się o kawałek drewna. Łzy trysnęły z jej oczu, pociekły do ust, poczuła na języku ich słony smak.
      Był ranek, za oknem na rogu zgrzytał po szynach tramwaj. Puszkin leżał obok i patrzył na swoją girl friend. Trzeba było wstawać i biec do pracy.

      9
      Nie ma wątpliwości, kocha tylko ją, Dianę, należy tylko do niej. Tego było jednak dla jej wyobraźni za mało. Potrzebowała logiki, historycznego uzasadnienia i, że tak powiem, legalności. Jakkolwiek omijałaby biograficzne szczegóły związane z życiem Puszkina, nie można było wejść z nimi w jawną sprzeczność: Natalia była jego żoną, a Diana — nie. Trzeba uzyskać legalne prawo do zajmowania miejsca koło niego. Zupełnie jej nie przeszkadza, że on żył wtedy, a ona teraz, kiedy już umarł. Ważniejsze jest co innego: jak zostać jego legalną żoną?
      W Niedzielę Palmową Morgałkina poszła na poranną mszę do cerkwi do ojca Jewłampija. Poznali się jeszcze na uniwersytecie: trafili razem na wykopki i tam uświadamiał Morgałkinę w sprawach samizdatu. On też, kiedy stało się to możliwe, ochrzcił ją. W świeckim życiu Jewłampij był Eugeniuszem i dawniej pracował w Leningradzkim Zarządzie Handlowym jako ekonomista, ale wpadł za łapówki. Pan go oświecił, skrył do monasteru i posłał do seminarium.
      Wysłuchawszy niedzielnej mszy, Diana podeszła do ojca Jewłampija i poprosiła o chwilę konfidencjonalnej rozmowy. Odprowadził ją nieco na bok i nastawił ucha. Rozejrzała się, czy nikt nie słyszy, i wyszeptała:
      — Muszę się pobrać z pewnym człowiekiem, ale w tajemnicy, w domu, jak czynili to niegdyś nasi przodkowie.
      Jewłampij także był biegły w historii, ale też od razu ostrzegł ją, żegnając znakiem krzyża:
      — Trzeba w cerkwi, według prawa, z papierkiem z Urzędu Stanu Cywilnego.
      — Jakiej są te dzisiejsze prawa? — zaprotestowała. — Chcemy najpierw uzyskać Boże poparcie... I to szybko. Zapłacę, ile zażądasz. Nikt nie będzie wiedział. To tu, niedaleko.
      Namawiała go długo, aż wreszcie, biorąc pod uwagę starą przyjaźń, wyraził zgodę.
      — Kiedy?
      — Od razu. Teraz.
      — To trzeba szybko — powiedział. — Bo mam jeszcze południowe nabożeństwo i szefostwo z diecezji ma je wizytować.
      W drodze ojciec Jewłampij milczał. Spoglądał jedynie co chwila na zegarek i podtrzymywał sutannę nad kałużami. Morgałkina przyprowadziła go do domu. Wiedziała, że wszyscy sąsiedzi powyjeżdżali na działki. Weszli do pokoju i Jewłampij zapytał:
      — No, a gdzie jest ten twój narzeczony i co go tak przycisnęło?
      Ciężka zielona kotara zasłaniała okno, nie przepuszczając prawie dziennego światła. Diana najpierw w milczeniu zapaliła dwie świece, jak gdyby nie słysząc pytania.. Potem rozsunęła książki, wyjęła z szafy kopertę, wyciągnęła z niej dwa papierki po sto dolarów i podała je Jewłampijowi. Schował pieniądze do kieszeni sutanny.
      — A narzeczony? — zapytał znowu.
      Co było robić — wskazała na Puszkina opartego plecami o szafę.
      — Tu jest.
      Ojciec Jewłampij aż wetknął ze zdumienia palec w usta i o mało go nie odgryzł. Przetarł oczy, otwarł je szeroko, zamrugał, sprawdzając, czy aby dobrze widzi, przeżegnał się znakiem krzyża, chrząknął parę razy i wydusił:
      — Żartujesz, panna! Nie może tego być, żeby poważnie...
      Morgałkina nałożyła już zapobiegliwie przygotowany welon i milcząc, stanęła obok Puszkina, opuściwszy oczy ku podłodze. Czekała.
      Ojciec Jewłampij, gotowy rzucić pieniądze i uciec co sił, wsadził już rękę do kieszeni. Zaszeleścił banknotami, zasapał skonsternowany. Nie w pieniądzach tu rzecz. Pieniądze można zwrócić. Zdziwaczała, nieszczęsna służebnica Pańska. Oczywiście, że coś nie bardzo tutaj z rozumem, ale przecież Pan nasz, w odróżnieniu od ludzi, był zawsze pełen miłosierdzia dla ludzkich słabości.
      — Boję się — wyrzekł głośno ojciec Jewłampij i znowu przeżegnał się znakiem krzyża. — To ci dopiero sytuacja, wybacz mi, Ojcze.
      — Zaczynaj, co z tobą?
      — Jak to co?... Ty, Morgałkina, przysięgnij mi tu na krzyż, że nikomu ani słowa! Ani jednej duszy na ziemi!
      Diana kiwnęła głową. Przysunął do jej ust krucyfiks. Pocałowała go.
      Ojciec Jewłampij, ciągle jeszcze niezbyt pewny siebie, pokonał tkwiące w nim samym resztki oporu i zaczął wygłaszać modlitwę, starając się nie patrzeć na Puszkina. Przeżegnał ich oboje, zapytał, ją czy pragnie zostać małżonką (nie powiedział czyją) i ogłosił ich mężem i żoną.
      — A obrączki? — zapytała Diana, kiedy odwrócił się już, żeby odejść.
      Jego oczy rozszerzyły się. Zastygł w nich strach albo konsternacja, a może i jedno, i drugie równocześnie.
      — Wymieńcie się obrączkami — dodał pośpiesznie. — Wymieńcie się... Wymieńcie... Wybacz, Panie, nam grzesznym, dzieciom twoim...
      Morgałkina otwarła pożółkłe pudełeczko i nałożyła Puszkinowi na bezimienny palec ze sklejki obrączkę ślubną swojego ojca. Potem wyjęła drugą i nałożyła ją sobie.
      — No, z Bogiem! Polecę już. — Przy drzwiach ojciec Jewłampij obejrzał się jeszcze. — Pamiętaj, córko moja, o przysiędze. Nikomu! Życie dzisiaj jest takie...
      Tak oto Morgałkina została drugą w majestacie prawa żoną Aleksandra Siergiejewicza — Dianą Puszkinową.
      Był kochankiem pierwsza klasa, boski, najlepszy na świecie, chociaż żadnego doświadczenia, żeby to jakoś porównać, madame Puszkinowa nie posiadała. Teraz była już prawie zupełnie szczęśliwa. Prawie, ponieważ w ich stosunkach pozostał pewien nie do pokonania defekt, nie bacząc na gorące noce, kiedy go obejmowała: mimo wszystko pozostawała dziewicą.
      Następnej niedzieli rankiem znowu poszła do cerkwi, aby prosić Pana: jeden jedyny raz uczyń wyjątek i przywróć życie sługi Twego. Przekształć drewniane ciało w normalne, żeby oddychało, żeby sam mnie obejmował. Przywróć mu życie choćby nie na długo. Choćby tylko jeden jedyny raz, żebym nie ja z nim rozmawiała, ale on ze mną, żeby sam wyznał, jak mnie kocha. Bo przecież jak dotąd cały czas to ja mówię i za niego, i za siebie. Dla mnie on i tak jest żywy, oczywiście, i wszystko absolutnie jest między nami w najlepszym porządku. Ale jednak nijak nie może dojść do poczęcia — ani niepokalanego, ani pokalanego. Ożyw męża mego, Boże, aby okazał, jak mnie kocha. I żeby poczuć w sobie dziecię.
      Rozpoczynając tę modlitwę, zrezygnowała jednak w przestrachu. Nie zechce Bóg ożywić człowieka, albowiem natychmiast wszyscy śmiertelnicy tego zapragną. I do czego zresztą to doprowadzi, jeśli nawet Bóg ulituje się nade mną i Aleksander Siergiejewicz ożyje, czyli przekształci się w cielesnego mężczyznę? Wtedy żadnej kontroli już nad nim nie będzie. Przecież dobrze znamy jego naturę. Jak wszyscy żywi mężczyźni poleci za pierwszą napotkaną spódniczką. A mnie zacznie okłamywać albo w ogóle wyniesie się z domu i tyle go będzie. Nie, nie, niech już będzie drewniany, ale za to wierny mi do grobowej deski. A obejmować go nadal mogę sama, ręce mi nie odpadną.
      Wyszła z cerkwi, nie kończąc modlitwy. Dlatego też Puszkin nie ożył.
      Czasami Dianie wydawało się, że już-już zajdzie z nim w ciążę, albo że nawet już jest brzemienna, pojawił się nawet niewielki brzuszek, coś tam zaczęło kopać, wkrótce przyjdzie rodzić, a potem chłopczyk pójdzie do szkoły — jej syn i Puszkina. Jednak mimo usilnej pracy, żeby się w tym wszystkim utwierdzić, ciąża się nie pojawiała.
      — Tamara — powiedziała Diana szeptem, kiedy zostały same w przerwie między wycieczkami. — Przysięgnij na swoją matkę, że nikomu nie powiesz!
      — A tobie co? — zdziwiła się Tamara i spojrzała na nią podejrzliwie. — Bank chcesz obrabować?
      — Gorzej — Diana wyszeptała jeszcze ciszej. — Muszę zajść w ciążę.
      — Zwariowałaś? Wszyscy drżą ze strachu, żeby nie wpaść, a ty na odwrót? Całkiem jak u twojego ulubionego poety:

      Strzeżcie się, bo może właśnie
      Jakaś całkiem nowa Diana,
      Dotąd kryjąc swą namiętność,
      Wstydu pełna tylko patrzy,
      Który z was by mógł wystarczyć,
      By jej upaść pomógł, chętnej.

      — A kto by pomógł? — Diana chwyciła się ostatniego wersu jak deski ratunku.
      — A ja co — stręczycielka? Rozejrzyj się tylko — tego towaru wszędzie pełno.
      — A czy to są mężczyźni? Ani energii, ani duszy. Domu nie zbudują, baby uwieść nie potrafią.
      — A tobie czego trzeba? Jakie życie, takie chłopy...
      — O tym mówię! Tylko on był kimś.
      — Kto?
      — Puszkin.
      — Oj, kobitki, nie mogę dłużej! — zaczęła lamentować Tamara, chociaż w pokoju nikogo poza nimi nie było. — To zajdź w ciążę z Puszkinem.
      W oczach Diany pojawiły się łzy. Tamara pogłaskała ją po dłoni, chwyciła za ramiona i potrząsnęła.
      — Ty co, Morgałkina? Żarty sobie ze mnie robisz czy jak? Jeśli serio, to bierz pierwszego lepszego.
      — Pierwszego lepszego? Może pogadałabyś ze swoim Antonem? On by się nie zgodził? Tylko jeden raz...
      Tamara przygryzła wargę.
      — Nie, ty po prostu zwariowałaś! Patrzcie ją! A co ze mną? Do zsypu na śmieci?
      — Nie bój się, tylko zapytałam — Diana zaczęła machać na nią rękami.
      — A poza tym mój chłop jest zbyt leniwy — pokojowo dodała Tamara. — Sama poczęłam Swietłankę dopiero w trzecim roku małżeństwa.
      — Kto by mi mógł pomóc? — nie dawała spokoju Diana. — Jeśli całkiem poważnie...
      — Jeśli bardzo poważnie, to przecież nie weźmiesz z ulicy! A twój Todd marnuje się bez sensu. Jaki jest, taki jest, ale zawsze Amerykanin. No i chociaż znasz człowieka.
      — Odstawiłam go.
      — No i co? Przystaw z powrotem. Przecież to idealne rozwiązanie! Tylko nie bądź zupełną idiotką i nie palnij mu, że palisz się do ciąży. Widząc takie świetlane perspektywy, każdy normalny chłop wyparuje w mgnieniu oka, i tyle go zobaczysz. Bzyknij się z nim, potem on pojedzie do tej swojej Ameryki i końce w wodę. A jak będzie się opierał, to go upij.
      — Po co?
      — Pijany chłop zawsze jest do tego gotowy, jak młody pionier. Dzwoń do niego...
      — Boję się...
      — Bać się trzeba, kiedy gwałcą. A tutaj... Słuchaj — Tamara ścisnęła jej ramię. — A co będzie, jak on cię zabierze do Ameryki? Będziesz głupia, jeśli odmówisz.
      — A jak ja tu zostawię Puszkina?
      — Nie, kochana, za tobą to tęskni dom wariatów. Lepiej już trzymać się od ciebie z daleka...
      Przez znajomych z uniwersytetu Morgałkina bez trudu ustaliła telefon do akademika i zostawiła Toddowi wiadomość, żeby zadzwonił do Muzeum Puszkina. Zadzwonił. Jednak żeby przyprowadzić go do domu, musiała poradzić się Puszkina. Sam przecież latał do kobitek jak nie wiem co, to dlaczego ona nie może ten jeden raz?
      Wieczorem, kiedy weszła do siebie, od razu go o to zapytała. Puszkin milczał i tylko patrzył na nią, nie odrywając wzroku. Pewnie nie umiał zareagować. Myślał i nie wiedział, co odpowiedzieć.
      — Ale przecież sam byłeś babiarzem! — nalegała Diana. — A teraz przecież jest już pełna emancypacja. Todd mówi, że zawsze byłeś feministą. Przecież kocham ciebie, a on jest tylko dawcą, nie rozumiesz? Dawca, po francusku le donneur...
      Puszkin pomyślał jeszcze przez chwilę i się zgodził. Diana pocałowała go w policzek i poleciała.

      10
      — Nareszcie przyprowadziła chłopa! — głośno, nie zwracając się do nikogo wypaliła sąsiadka, idąc do kuchni. — Może wreszcie trochę znormalnieje...
      Morgałkina przemilczała. Todd stał za nią i najwyraźniej nie bardzo zrozumiał sens wypowiedzi sąsiadki. Diana poszperała w torebce, znalazła klucza i otworzywszy swój pokój wpuściła tam Todda, zamykając od razu drzwi na klucz.
      Kiedy Diana zadzwoniła, Donkey zdziwił się, słysząc w słuchawce jej głos. Była rzeczowa, nawet nie zapytała go, czy chce się z nią widzieć i od razu zaproponowała spotkanie, nie dając mu właściwie pola manewru. Nie wypytywał, dokąd go wiezie, było mu niezręcznie. Teraz Toddowi wydało się, że w ciemnym pokoju jest ktoś jeszcze, ukłonił się więc. Nikt nie odpowiedział. Diana zapaliła stojącą na stole lampę: w półmroku stał Puszkin. Donkey wyciągnął do niego rękę, która zawisła w powietrzu. Wtedy Todd jeszcze raz grzecznie się skłonił i powiedział:
      — Haj, Puszkin!
      Puszkin milczał nadal.
      — Teraz rozumiem, dlaczego pani żartowała, że jest mężatką...
      — Nie żartowałam — odcięła Diana, żeby nie pozwolić Toddowi na zbytnią familiarność.
      Szybko przygotowała kolację i wyjęła z lodówki butelkę wódki. Todd siedział przy stole i tylko wodził za nią oczami, kiedy biegała po pokoju.
      — Przyjemnie tutaj. Bardzo przytulnie. I dużo książek — mówił z uprzejmą inercją, spoglądając na straszliwy bałagan, z którym można było porównać tylko jego własny garaż w Palo-Alto. — Jeżeli kiedykolwiek znowu się ożenię, obowiązkowo będzie u mnie bardzo przytulnie.
      — Znowu? — Morgałkina wychwyciła to słowo i na moment przestała się krzątać. — To pan jest żonaty?
      — Właściwie to nie...
      — Jak to? — nie zrozumiała.
      — To znaczy, byłem żonaty, rozwiodłem się, ale żona cały czas usiłuje się ze mną sądzić. Wystarczy, że kupię cokolwiek, na przykład samochód, to ona od razu wynajmuje adwokatów, twierdząc, że przy rozwodzie ukryłem przed nią jeszcze jakieś pieniądze. Po prostu mści się na mnie, chociaż nie bardzo wiem, za co...
      Pięć lat temu, jeszcze będąc studentem, Donkey poleciał na wakacje do Hongkongu i poznał tam pewną Wietnamkę, która się w nim zakochała. Była sierotą, jej rodzice zginęli podczas próby ucieczki łodzią za granicę, a dziewczynkę straż przybrzeżna uratowała. Todd się wzruszył i postanowił zabrać ją do Ameryki. Pobrali się od razu w Hongkongu. Po pewnym czasie przyjechała do niego do Kalifornii i uzyskała prawo stałego pobytu w USA. Odmówiła jednak zamieszkania z Toddem, wymyślając najróżniejsze po temu przyczyny.
      Wkrótce dowiedział się, że jego żona ma narzeczonego w Los Angeles, do którego w istocie przyjechała, wykorzystując Todda jako środek transportu. Co więcej, żona namówiła go, by się nie rozwodzili, dopóki nie uzyska amerykańskiego obywatelstwa, bo inaczej będzie musiała wyjechać. Potem zaczęła pożyczać od niego co się tylko dało, wywoływać skandale z powodu każdego pensa i trwa to tak do dziś, chociaż doktorantowi Donkey nie można już właściwie nic zabrać poza starym fotelem i śpiworem. Adwokaci w Kalifornii mają zęby groźniejsze od krokodyli i umieją konsumować klientów lepiej niż gdziekolwiek indziej.
      Todd oddał jej wszystko, a sobie chciał zostawić dla zasady jedynie fotografię matki w srebrnej ramce. Ramka mu była niepotrzebna, ale od kiedy sam siebie pamiętał, zawsze wisiała w domu mamy obok świętego obrazka. Dla jakiejś głupiej zasady chciał tę ramkę zostawić sobie. Żona się uparła: nie odda, ponieważ ramka się jej podoba i tyle. Sędzina warcząca na niego co chwila, że niby ci świńscy mężczyźni rozwodzą się, porzucają nieszczęsne kobiety i tak dalej, kiedy zrozumiała, że żona domaga się fotografii jego matki, stuknęła młotkiem w stół i wypaliła coś najzupełniej odległego od prawniczych formuł: “Dość już tego, madame! Trzeba mieć trochę sumienia!”.
      — A teraz sam już nie wiem, czy trzeba mieć sumienie, czy nie — powiedział ze smutkiem Donkey.
      Może to śmieszne, ale jego małżeństwo nigdy nie trafiło do łóżka. Jednak tylko z jego punktu widzenia, bo ona przecież żyła z narzeczonym. Oto dlaczego Donkey unikał opowiadania o tym przyjaciołom. Kto ma ochotę na szczerość, prowadząc tak oryginalne życie rodzinne? O błogosławione czasy naszych sowieckich rozwodów! Żadnej własności, dzielić się nie ma czym poza pokojem we wspólnym mieszkaniu, które i tak należy do państwa. Rachunek w banku? Kiedy pieniędzy nie starczało nigdy nawet do pierwszego. W najgorszym razie przy rozwodzie, jak wyraził się jeden z moich znajomych adwokatów, trzeba będzie rozpiłować na pół żyrandol. W Kalifornii inaczej. Zgodnie z prawem, mąż musi utrzymywać żonę po rozwodzie do końca jej dni, tak samo, jak czynił to w małżeństwie. Dla społeczeństwa to zabójstwo, kiedy żeniąc się, trafiasz do takiej pułapki.
      Czekała ich jeszcze rozprawa, na której symboliczna żona miała nadzieję uzyskać całkiem realne alimenty na swoje utrzymanie w przyszłości, przyjechała przecież do Ameryki bynajmniej nie po to, żeby pracować. Wychodzi na to, że Todd będzie utrzymywać także jej narzeczonego, za którego za mąż właśnie dlatego bynajmniej jej niespieszno. Pewne przepisy kalifornijskiego prawa są dość wygodne dla niektórych nieuczciwych ludzi.
      — Wyszedłem z sali sądowej na świeże powietrze — powiedział Todd — i przysiągłem sobie, że nigdy w życiu się więcej nie ożenię.
      Diana siedziała cicho i słuchała go, nie przerywając.
      — Proszę nalać — poprosiła w końcu. — U nas w Rosji rozlewają mężczyźni. Wypijmy za pana rozwód...
      I od razu, nie czekając na Todda, wypiła do dna.
      — Jemu też nalejemy — Todd podszedł z butelką do Puszkina. — Bo to jakby trochę niesprawiedliwie.
      Wetknął mu kieliszek pomiędzy drewniane palce i napełnił go. Puszkin trzymał kieliszek krzywo i połowa wódki wylała się na dywan. Todd stuknął się najpierw z nim, a potem z Dianą. Pożerał po kolei wszystko, co stało na stole. Po półgodzinie oboje byli podpici. Tylko Puszkin był trzeźwy.
      — Chodź, wypijemy bruderszaft — zaproponowała Morgałkina z nadmiaru uczuć od razu przechodząc na “ty”. — Trzeba się będzie jednak pocałować. Nie masz nic przeciwko temu?
      Nie, Donkey nie miał. Przechylił się przez stół, ona podstawiła mu usta. I jakoś tak wyszło, że zaczęli się obejmować i nagle znaleźli się na tapczanie. Diana nagle zaczęła gwałtownie kręcić głową, odsunęła jego ręce i obciągnęła sukienkę.
      — Znowu zrobiłem coś nie tak? — zapytał speszony Todd.
      — Poczekaj. Nie tutaj, tutaj jest niedobrze!
      — Ale dlaczego?!
      — On patrzy na nas. Chodźmy gdzie indziej.
      — Dokąd, gdzie indziej?
      Diana nie odpowiedziała. Nagle uświadomiła sobie, że nie może począć syna Puszkina tutaj. Że też sobie tego od razu nie uzmysłowiła. Koniecznie w innym, tylko w tym i żadnym innym mieszkaniu!
      — Idziemy! — wyszeptała, naciągając płaszcz.
      Donkey podporządkował się niechętnie. Winda nie jechała. Potykając się, Todd szedł za Dianą po schodach. Wyszli z bramy, wzięła go pod rękę i poprowadziła nabrzeżem. Wiatr rozpędził chmury, na niebie wisiała połówka księżyca. Kroki odbijały się echem w mijanych bramach.
      Milicjant w Muzeum przy ulicy Mojka 12 spał, jednak kiedy Morgałkina zadzwoniła do głównego wejścia, spojrzał przez szybę, poznał ją i tylko zapytał:
      — Czego?
      — Otwórz, Wasilij — poprosiła. — Muszę popracować.
      O towarzyszącego jej mężczyznę nawet nie zapytał, zrozumiał, że są razem. Wyłączył alarm i Diana z Toddem weszli. Coraz solidniejszy z wiekiem Wasilij znowu usadowił się na krześle, nasunął czapkę na oczy i wyłączył się.
      Diana szła po ciemku po muzeum, czując się jak u siebie w domu, i ciągnęła za sobą Todda. Światło księżyca, a może ulicznej latarni, przedzierało się przez szparę w kotarze.
      W głowie Todda panował pełny rozgardiasz. Przestał się już dziwić pomysłom Diany.
      — Tutaj? — zapytał.
      — Tutaj...
      Diana zdjęła płaszcz, rzuciła go na krzesło, usiadła na dywaniku koło półki z książkami i czekała na niego ze ściśniętymi kolanami.
      — Tutaj umarł? — szeptem zapytał Todd.
      Kiwnęła głową.
      Todd przeszedł kilka kroków po pokoju i wrócił. Coś go niepokoiło.
      — Mam do ciebie prośbę — zdecydował się nagle. — Gdyby to ci nie zrobiło różnicy... Na wszelki wypadek... Napisz na kawałku papieru, że sama tego chciałaś.
      — Jak to? — zasłoniła twarz rękami. — Boże, jaki wstyd! Jaki wstyd!
      — Nie obraź się. Po prostu u nas w Ameryce wszyscy powariowali i z molestowaniem seksualnym jest bardzo niebezpiecznie. Nie chciałbym pójść do więzienia za gwałt, jeżeli rankiem zmienisz zdanie i pójdziesz na policję...
      — Na milicję — poprawiła go.
      — Tak, oczywiście, na milicję.
      — Nie pójdę na żadną milicję.
      — Wiem! Ale bardzo cię proszę... Na wszelki wypadek.
      Diana fuknęła i zdecydowanym krokiem podeszła do wyłącznika. Zapłonęło światło. Schyliła się nad biurkiem, na którym stała figurka Murzynka oraz szkatułka z rękopisami poety. Teraz trzymano tam najróżniejsze biurowe drobiazgi. Wyjęła ze szkatułki kawałek czystego papieru.
      — Co mam napisać? — zapytała ochrypłym nagle głosem.
      Todd milczał. Nie wiedział, jak się po rosyjsku pisze oficjalne oświadczenia. Zresztą po angielsku też nigdy nie widział takiego dokumentu.
      — Napisz coś... No, że dobrowolnie...
      — A może po?...
      — Nie, przed.
      Nagle jej twarz rozbłysła.
      — “Ja, Diana Morgałkina, obywatelka Federacji Rosyjskiej — zaczęła mówić powoli oficjalnym głosem, pisząc równocześnie — podjęłam intymne...” Jak będzie lepiej “intymne” czy “seksualne”?
      — Lepiej “seksualne” — poradził Donkey. — “Intymne” to może być nie wiadomo co...
      — No więc “podjęłam seksualne stosunki z obywatelem USA Toddem Donkeyem na własne życzenie. Żadnych prawnych ani materialnych roszczeń z tego powodu do pana Donkey nie mam”. Może być? Podpis... Jak gdyby to było już za nami, nie?
      Podpisała się, Todd złożył i schował papier do kieszeni marynarki.
      — Nie będziemy się rozbierać — powiedziała surowo. — Odwróć się, zdejmę rajstopy. Po prostu się zbliżymy i do widzenia.
      — Jak to, zbliżymy się? — nie zrozumiał.
      — To ty już wiesz lepiej, jak...
      — A twój boy friend Puszkin? — Todd nie to, żeby zażartował. Po prostu wyrwało mu się.
      — On mi pozwolił...
      Diana znowu usiadła na kanapce, czekała. Todd jednak nie zaczynał.
      — Spójrz! — rozpięła dwa guziki i na rękach uniosła ku niemu piersi. — Nieźle to wygląda w blasku księżyca, co? No czego stoisz jak jakiś bałwan? Róbże coś!
      — Co to jest “bałwan”? — nie znał takiego słowa.
      Zaczęła drżeć z zimna i nie odpowiedziała. Uniosła ręce, położyła mu dłonie na uszach i trzymała tak, dopóki nie ożył i nie postanowił ruszyć do akcji.
      — Co z tobą? — zapytał po chwili, dotykając ustami jej ucha. — Pierwszy raz?
      — Pierwszy raz.
      — Ech, ty! I to ma być rzymska bogini miłości!
      — No i co? Diana jest też symbolem niewinności.
      — A po co trwać w dziewictwie przez dwa tysiące lat?
      — Głupi jesteś! Wszyscy Amerykanie są tacy? Zrozum: sym-bol...
      — Że symbol, to w porządku. Ale w życiu, po co?
      Diana zamknęła oczy i długo nie odpowiadała. Potem wyszeptała:
      — Tak wyszło...
      Kanapka strasznie skrzypiała, nie wiadomo jak Puszkin mógł odpoczywać na czymś tak niewygodnym. Diana nie poczuła nic oprócz sapania nad samym uchem.
      — A ty co, nie umiesz? — zdziwiła się.
      — Nie wiem, nie próbowałem — mruknął Todd.
      — Nie ma takich mężczyzn.
      — A jednak.
      — Wychodzi na to, że u ciebie też jakoś nie tak.
      Wyszło jakoś tak szybko, niewygodnie, nieskładnie, głupio, odrażająco, brudno, trywialnie i w ogóle okropnie. Ale przecież to nie był on, Puszkin, uspokajała sama siebie, a tylko jego chwilowy zastępca. Szybko naciągnęła rajstopy i opuściła sukienkę.
      — Masz pięć dolarów? — zapytała.
      Donkey uśmiechnął się, wyjął z portfela banknot i podał.
      Diana zgasiła światło, wzięła Todda za rękę, trzymając w drugiej zieloną piątkę i poprowadziła go po ciemku w stronę wyjścia. Milicjant spał. Uderzyła banknotem w jego czapkę. Drgnął, wyłączył alarm i otworzył drzwi. Wsunęła mu do ręki pieniądze.
      — Odprowadzę cię do metra — Diana wzięła Todda pod rękę, ale natychmiast, przypomniawszy sobie o Puszkinie, puściła. — Idź za mną, bo możesz zabłądzić...
      Szli po chodniku w milczeniu, nie zbliżając się do siebie. Na skwerku koło Soboru Kazańskiego Morgałkina zatrzymała się, spojrzała w niebo i zaczęła coś po cichu mówić do siebie.
      — Modlisz się?
      — Widzisz, jaki księżyc? Rozmawiam sama ze sobą, przecież Diana to bogini Księżyca. Jestem Seleną.
      Przed stacją metra Newski Prospekt o tej później godzinie przebiegali już tylko pojedynczy spóźnieni przechodnie. Skulony Donkey, z którego chłód wypędził resztki alkoholu, przyglądał się Dianie z pewną obawą i zdumieniem. Niepotrzebnie się z nią związał: jakaś dziwna istota. Nie przekorna, tylko cholera wie co...
      — Wybacz — powiedział Todd.
      — Nie, to ty mi wybacz — zaprotestowała Morgałkina, nie patrząc mu w oczy. — Nie powinnam ci tego mówić... Chciałam, żebyś pomógł mi urodzić dziecko.
      — W jakim sensie? — wystraszył się.
      — Boże, jakiś ty niedomyślny: w najprostszym. Chciałam zajść w ciążę. Na pewno jestem okropna jako kochanka i w ogóle co ze mnie za kobieta. Że też bywają takie na świecie...
      Odwróciła się gwałtownie i pobiegła. Todd postał jeszcze chwilę, tępo patrząc jej w ślad, skonsternowany wzruszył ramionami i wszedł do metra.
      Następnego ranka Donkey wyleciał Aerofłotem do San Francisco.

      11
      Morgałkina wróciła do domu jakoś bardzo podenerwowana, pełna sprzecznych uczuć. Sama nie wiedziała, co się z nią dzieje. Przecież wszystko się udało — dokładnie tak, jak sobie zaplanowała. Jednak harmonia, panująca dotąd w jej duszy, została naruszona. Jakiś robak przedostał się tam i nadgryzał, a jej dusza i tak była pełna wątpliwości. Puszkin czekał na nią w milczeniu i patrzył z wyrzutem. Ale przecież sam był temu winien! Sam jej kazał, sam popchnął ją do takiego kroku. Nie chciała się usprawiedliwiać ani w ogóle z nim o tym rozmawiać. Po raz pierwszy nie poczuła radości, kiedy została z Puszkinem sam na sam.
      Postanowiła, że będzie dzisiaj spała sama. Pościeliła łóżko, rozebrała się i skryła pod kołdrą, a on, odziany w zielono-czerwony mundur kamerjunkra, stał i patrzył. Wtedy się zlitowała: wstała, rozebrała go i położyła do łóżka.
      — Nienawidzę cię — powiedziała.
      Odwróciła go twarzą do ściany i sama położyła się do niego tyłem.
      Od tej nocy coś w tym szczęśliwym małżeństwie z Puszkinem zaczęło się psuć. A jemu było wszystko jedno. Diana w ogóle nie mówiła już nic — ani za siebie, ani za niego, milczała. Była zła i w tej złości przestała nawet płakać, kiedy w czasie wycieczek opowiadała o jego śmierci. Trwało to jakieś półtora miesiąca, do dnia, kiedy wreszcie zrozumiała, że jest w ciąży.
      Wszystko wróciło na swoje miejsce. Morgałkinę jakby ktoś podmienił. Odżyła, znowu spieszyła się do domu, do swojego Puszkina. Uwierzyła i zaczęła przekonywać także jego, że to on, nikt inny, jest ojcem jej dziecka. Wkrótce będę miała żywego maleńkiego Puszkina. On też na pewno zostanie wielkim poetą! Bo ja tak chcę!
      — Cieszysz się? — pytała męża.
      Puszkin odpowiadał, że jest zachwycony.
      — Miałeś czworo dzieci — mówiła mu. — A to jest piąte i na dodatek chłopczyk.
      — Skąd wiesz, że chłopiec? — pytał Puszkin.
      — Wiem, wiem! Nazwiemy go Sasza, dobrze?
      — Ale przecież miałem już jednego syna Saszę — odparł.
      — No to co? Przecież dawno umarł...
      W końcu się zgodził, że może być Sasza. Dianie pozostawało tylko donosić i urodzić.
      Kobiety w muzeum trochę poplotkowały. Trochę się nad nią podśmiewały i próbowały wypytywać:
      — No powiedz w końcu, czyje?
      — Puszkina — odpowiadała.
      I była to prawda.
      Zresztą współpracownicy nastawali tylko tak: wszyscy i tak wiedzieli, że to z tym Amerykaninem.
      Z coraz większym brzuchem było jej coraz trudniej oprowadzać wycieczki. Poczuła jednak prawdziwą dumę, kiedy zaczęło być widać. Nie była już blondynką — nawet tego nie zauważyła. Za to ukryte marzenie stało się rzeczywistością. Jeśli zapomnieć o pewnych niedogodnościach, to przecież było faktem, że nosi jego dziecko, tego, kto jest gospodarzem w jej pokoju, najmądrzejszego i największego człowieka w Rosji, nosi nowego Puszkina.
      Ciąża była trudna. Dwa razy Morgałkina musiała iść do szpitala na podtrzymanie. Było tam jeszcze gorzej niż w domu: za mało jedzenia, żadnej opieki ani lekarstw, tyle tylko, co się udało zdobyć przez znajomych. Pracowała do samego końca, oprowadzała wycieczki, nie bacząc na letnie upały. Bała się tylko, żeby w tej ciasnocie ktoś jej nie potrącił i nie przewrócił.
      Rano, kiedy było jeszcze ciemno, obudziła się, czując, że musi iść, bo w domu sobie sama nie poradzi: nie mogła przecież liczyć na pomoc męża. Przecież jedynie leży albo stoi oparty o stół i ciągle patrzy w jeden punkt.
      — Ej, Puszkin, Puszkin — powiedziała. — Czekaj na mnie, tylko żebyś mi tu nikogo nie sprowadzał!
      Do szpitala położniczego Diana dotarła na piechotę pustymi ulicami, dygocąc z porannego chłodu. Nie chcieli jej przyjąć, bo nie mieli wolnych miejsc, poradzili, żeby pojechała do innego szpitala. Podcięło jej nogi i usiadła na podłodze w izbie przyjęć. Zawołano dyżurującą położną, która nakrzyczała na Morgałkinę, że niby nie ma co udawać, nie ty pierwsza, nie ty ostatnia pchasz się tu do porodu. A gdzie na was wszystkich miejsca nastarczyć? Zachodzą w ciążę jak kotki. Kiedy jednak wykrzyczała się i wyrzuciła z siebie wszystkie zjadliwości, nie odważyła się jej wygonić i salowa rzuciła Dianie szlafrok i kapcie.
      W szpitalnej sali rozmowy kręciły się wokół tego, że wszystko zarażone jest gronkowcem, że matki chorują, że przechodzi to na dzieci, ale że to nic, bo zdarza się, że rodzą się także dzieci zdrowe. Dianie nie było dane uczestniczyć w tych rozmowach zbyt długo. Położyli ją na stole, a dalej ledwie pamiętała co i jak, tyle że bolało. I jeszcze zdziwienie położnej:
      — Ty co, dziewica? Też mi Matka Boska... Kto cię to tak załatwił?
      — Puszkin — ledwie na wpół przytomna wydusiła to z siebie.
      — Tylko bez chamstwa! — obraziła się położna i więcej już jej o nic nie pytała.
      Morgałkina sama nawet nie wiedziała, że nie straciła niewinności. Lekarka powiedziała jej później, że zdarzają się takie ciąże, kiedy stosunek jest szybki i przypadkowy. I popatrzyła na nią znacząco.
      Diana nie miała szczęścia. Poród się przeciągał. Chociaż sam nie miałem okazji rodzić, to jednak procedura ta wydawała mi się zawsze wielką męczarnią i bezimiennym bohaterstwem w imię ludzkości. O wiele poważniejszą, zaszczytną i na pewno o wiele bardziej humanitarną niż większość męskich wyczynów, za które tak zwanej silnej płci wieszają na piersi błyskotki. A już kiedy poród jest ciężki — to pewnie coś w rodzaju tortur w lochach inkwizycji, nawet narzędzia są podobne. Amerykańscy ojcowie, którzy obserwują i filmują na wideo do domowego archiwum cały poród, wywołują moje zdumienie. Rozumiem, że taka jest teraz moda i że potomkowie będą mogli sobie obejrzeć najważniejsze wydarzenia z życia ich matki i babci, jednak cierpienie sfilmowane dla rozrywki aż się prosi o ostry komentarz adresowany do męża z kamerą w ręce.
      Morgałkiny nikt nie filmował. A ponieważ poród trwał bardzo długo, to nie starczyłoby nawet najdłuższej kasety. Położna kilka razy odchodziła, żeby pomóc innym, wracała, przyniosła jakieś narzędzia. Diana krzyczała na granicy przytomności, pogryzła wargi do krwi, traciła świadomość. Położna, żeby ją ocucić, podtykała pod nos amoniak i biła po twarzy.
      — Chłopiec! — wrzasnęła, przekrzykując jęki Diany. — Aleś mnie umęczyła... Ledwie wyciągnęłam...
      Po czterech dniach Morgałkina, blada jak cień, wyszła ze szpitala z niemowlakiem na rękach. Nikt jej nie odprowadzał ani nie czekał na nią z kwiatami. Sympatyczny, niebieskooki Sasza z zadartym noskiem i białym puszkiem na ciemieniu spał na jej rękach, cmokając od czasu do czasu ustami. Przyniosła go do domu.
      Mąż stał koło szafy w tej samej pozie, w jakiej zostawiła go tam przed pięcioma dniami. Nie wziął syna na ręce, chociaż pokazała mu chłopca pełna dumy. Nic nie powiedział, tylko patrzył. Diana nagle obraziła się, chociaż przecież właściwie nic nie zmieniło się w nim od chwili, kiedy zaczęli mieszkać razem i się pobrali.
      Puszkin był ciągle taki sam, lecz życie Morgałkiny się zupełnie zmieniło. Z muzeum dostała długoterminowy urlop. Koleżanki zrobiły zrzutkę i kupiły jej pieluchy, poukładały je w dziecięcym wózku, który ktoś odnalazł w domu i dał jej w prezencie. Tamara zadzwoniła, chciała wpaść w porze obiadu, ale Diana, jak zwykle, sprzeciwiła się i powiedziała, że lepiej spotkać się w parku. Tamara przywiozła Dianie wózek i dodała:
      — Telepatia jednak istnieje. Mam dla ciebie także nowiuteńką niespodziankę!
      Otworzyła torebkę i wyjęła list w lotniczej kopercie, który trafił z USA do muzeum. Na kopercie widniało: “Ms. Diana Morgalkin”. Diana rozerwała kopertę. Znalazła w niej napisany jej własną ręką dokument o rezygnacji z roszczeń itd., do którego dołączony był następujący liścik:

      Wybącz mnie za nieoddawanie temu papierowi wcześnie. Jak był głupi poprosić go. Teraz zrobił troche mondrzejszy. Cześć.
      Todd Donkey.

      Był na pewno znacznie lepszy w mowie niż w piśmie. A zresztą bez praktyki szybko się zapomina, wylatują z głowy regułki, słówka...
      — Co on tam pisze? — zainteresowała się Tamara.
      — A takie tam...
      Diana, nie czytając listu powtórnie, porwała go na drobne kawałeczki i wyrzuciła do kosza na śmieci. Tamara nie obraziła się. Na odwrót, spojrzała na nią ze smutkiem i cicho odeszła. A Diana z wózkiem, do którego włożyła Saszę, poszła do Urzędu Stanu Cywilnego zarejestrować dziecko — bez papierka syn jak ścierka, a z papierkiem staje się obywatelem Federacji Rosyjskiej.
      Kolejka była nieduża, ale się nie posuwała. Okazało się, że w sali obok odbywały się śluby. Sasza milczał, potem zaczął kopać nogami i w końcu się rozpłakał — nie pomógł ani smoczek, ani pierś.
      — Będzie z niego prawdziwy mężczyzna — zauważyła siedząca obok Diany kobieta, która przyszła się rozwieść. — Uspokoi się dopiero, jak cię doprowadzi do rozpaczy.
      Weszła do biura za jakieś pół godziny. Sasza, zuch chłopak, jakoś się uspokoił. Urzędniczka okazała się sympatyczna, od razu wyjęła blankiet zgłoszenia urodzenia dziecka, zapytała o zaświadczenie ze szpitala, dowód osobisty.
      — Jak pani mu da na imię?
      — Aleksander — wyszeptała Diana, podając zaświadczenie i dowód, i na wszelki wypadek zakołysała wózkiem, żeby syn nie zaczął znowu krzyczeć.
      — Też coś — powiedziała urzędniczka — to już dzisiaj czternasty Aleksander. Albo piętnasty, straciłam rachubę...
      Diana nie zareagowała i kobieta okrągłymi literami powoli wpisała imię do formularza. Osuszyła atrament, żeby nie rozmazać tego, co napisała, i zaglądając do zaświadczenia ze szpitala, powiedziała jako coś najzupełniej oczywistego:
      — Tak... Nazwisko napiszemy Morgałkin.
      — Jak to Morgałkin? — poderwała się Diana. — On się nazywa Puszkin.
      — Nie wygłupiaj się, dziewczyno! — urzędniczka przestała się uprzejmie uśmiechać. — Jeśli ma mieć inne nazwisko niż pani, potrzebny jest dowód ojca.
      — A skąd ja pani teraz wytrzasnę dowód ojca? — oczy Diany natychmiast napełniły się łzami. — Jak pani nie napisze Puszkin, to ja w ogóle nie będę go rejestrować!
      — Nie mogę tego zrobić — polubownie zaprotestowała kobieta. — Jak nie ma ojca, to tak trzeba po prostu powiedzieć. Ale od razu Puszkin... Szargać święte nazwisko...
      W tym miejscu muszę sformułować pewne oświadczenie, adresowane do tych czytelników, którzy na podstawie dotychczasowej opowieści odbierają Dianę jako kobietę nieco w sferze duchowej i praktycznej odmienną od zwyczajnych przedstawicieli otaczającej nas ludności. W opisywanym przypadku obywatelka Morgałkina zachowała się absolutnie adekwatnie do sytuacji i zrobiła to, co w podobnym przypadku uczyniłby każdy z nas — przecież żyć trzeba i nie da się obejść bez pewnych manewrów. Pewne wyjaśnienie Diana obmyślała już od dawna (przecież nie mieszka na Księżycu) i była przygotowana na sytuację, w jakiej się znalazła. I teraz, żeby nie drażnić nikogo nieuzasadnionymi żądaniami, wyłożyła jakąś mętną historię o przodkach swojego męża pochodzących z jakiejś wsi o nazwie Puszkino. Wyjaśniła też, że z mężem ma tylko ślub kościelny. A czasy teraz nastały takie, że antyreligijne wypady w oficjalnych instytucjach Rosji nie są dobrze widziane przez administrację. Kościół, jak pouczają postępowe gazety, wywiera wpływ i odgrywa rolę.
      — Więc tak — nie pozostawiając urzędniczce żadnej szansy na protest Morgałkina niby to przypomniała sobie i jeszcze bardziej się ekscytując, wyjęła z wózka schowane pod ceratką duże i bardzo ładne pudełko z kosmetykami. — O, tutaj są najważniejsze niezbędne dokumenty...
      Urzędniczka rzuciła okiem na to pudełko z dokumentami, które przyjechało od brata z Meksyku, westchnęła, podniosła się z krzesła, otworzyła sejf, wsunęła je do środka i starannie zamknęła stalowe drzwiczki. Diana z zadowoleniem odprowadziła swoje argumenty wzrokiem i ciągle kołysząc wózkiem, powiedziała:
      — Ojciec mojego dziecka nazywa się Puszkin, Aleksander Siergiejewicz.
      — Co za zbieg okoliczności — niemal bez cienia ironii odparła kobieta. — Wczoraj zarejestrowałam Antoniego Pawłowicza Czechowa...
      Było słychać poskrzypywanie pióra wodzonego po grubym herbowym papierze. Potem już tylko bibuła i ciężka pieczęć smakowicie cmoknęła dokument, który trafił do rąk Morgałkiny.

      12
      Cóż za paradoks: bogini Diana, inaczej Artemida, córka samego Zeusa była rzeczywiście u Greków opiekunką matek. Jej protekcja gwarantowała kobietom szczęśliwy poród. Na pewno też starała się pomóc Dianie Morgałkinie. Jednak sama mitologiczna bogini Diana, w odróżnieniu od wielu innych bogiń, nie wiadomo dlaczego nigdy nie rodziła. Widocznie starożytne mity wymyślał jakiś złośliwy facet, który w ten sposób wywarł znaczny wpływ na historię całej ludzkości. Może ich twórca sam w nie wierzył? Przecież bogini Diana mogła sobie zorganizować ładniutkiego chłopczyka, a nie włóczyć się po lasach z łukiem i strzałami w nadziei na owocne polowanie. Jednak z jakiejś przyczyny bogini urodzić nie mogła. Może nie zdobyła się na decyzję, z kim mogłaby poczęć? Może bała się gniewu ojca? Albo złej przepowiedni? Ta starożytna Diana była rodzoną siostrą Apolla — nie przypadkiem na ścianie w pokoju Diany Morgałkiny, nad tapczanem wisiała bardzo już wypłowiała i pokryta odchodami much reprodukcja słynnego obrazu Briułłowa “Spotkanie Apolla i Diany”. Puszkin długo i uważnie się w nią wpatrywał.
      — Mój brat Apollo, wizjoner, bóg mądrości, opiekun sztuk — powtarzała często Morgałkina, przymykając powieki, jak gdyby przypominała sobie coś związanego z dzieciństwem. — Jest ideałem męskiej urody i harmonii. Taki właśnie będzie nasz syn!
      Przez rok karmiła Saszę piersią, biegała do dziecięcej kuchni po buteleczki z mlekiem i twarożkiem. Myła chłopczyka i przewijała go, piorąc brudne pieluszki po trzy razy na dobę, walcząc z bakteriami, starannie prasując wszystko gorącym żelazkiem, które musiała rozgrzewać na gazie w kuchni i biegać z nim do pokoju. Diana śpiewała piosenki, cierpliwie wyczekiwała, kiedy Sasza nauczy się stać. Czekała, kiedy pokaże palcem na opartego o szafę Puszkina, kiedy zacznie mówić i po raz pierwszy powie “ta-ta”, jak go codziennie uczyła. Czekała, kiedy zacznie używać nocniczka. Nie wiadomo dlaczego, wszystko to przychodziło z pewnym opóźnieniem. Minął rok, a chłopczyk nie wypowiedział ani jednego artykułowanego słowa, pełzał na czworakach, nie chciał stać, gryzł matkę.
      Zanim oddała go do żłobka i wróciła do muzeum, za którym się już stęskniła, Diana, posadziwszy synka do wózka, ruszyła po zaświadczenie do przychodni dziecięcej. Tam stara lekarka marszczyła się, oglądając chłopca, i kazała wykonać wszystkie możliwe badania. Jeszcze raz obmacawszy ciałko Saszy, wypisała skierowanie do neuropatologa. Następna lekarka też nic nie potrafiła powiedzieć, tyle że postukała młoteczkiem po nóżkach Saszy i wypisała skierowania do rentgena i do psychiatry.
      — Po co do psychiatry? — zapytała zatrwożona Diana. — Ja jestem zupełnie normalna, ojciec też...
      Lekarka popatrzyła na Dianę uważnie i wyjaśniła dość mętnie:
      — Chłopiec rozwija się bardzo powoli. Może to być absolutnie wszystko... Może poczęcie pod wpływem alkoholu... Albo defekt genetyczny... Gdzie pani pracuje?
      — W muzeum...
      — I nigdy nie była pani napromieniowana?
      — W muzeum?
      — Różnie bywa... Teraz można ulec napromieniowaniu wszędzie, nawet w tramwaju... Trzeba go przebadać, potem zobaczymy...
      Zaczęły się badania. Diagnoza psychiatry podziałała na Dianę jak uderzenie obuchem. Najpierw brzmiała ona tak: “Oligofrenia o niewyjaśnionej etiologii, prawdopodobnie związana z urazem okołoporodowym (kleszcze)”. Potem, w czasie kolejnej wizyty, diagnoza była jeszcze bardziej zatrważająca: “Zespół Downa, patologia embriogenezy”. Wreszcie w historii choroby pojawiło się słowo “imbecyl”, po przeczytaniu którego Morgałkina niemal straciła przytomność, gdyż w przerwach między wizytami poczytała już co trzeba i tam czarno na białym znalazła wszystko o dzieciach nazywanych słowem “idiota”.
      — Boże mój, co za nieszczęście! — lamentowała w głos w drodze do domu, popychając wózek i taszcząc na rękach pożółkłego Saszę. — Cóż za nieszczęście się na mnie zwaliło, Boże mój!...
      Przechodnie oglądali się za nią.
      Niekończące się wędrówki Diany po najróżniejszych przychodniach stwarzały pewne nadzieje, jednak nie dawały żadnych konkretnych rezultatów. Jedni radzili masaże, inni cudowne środki z Tybetu i płetwy rekina, jeszcze inni mówili, że najlepiej wynająć za żywe pieniążki specjalistów od wad rozwojowych i że ci będą od rana do nocy rozwijać Saszę. Ale skąd wziąć takie środki? W tym to już nawet żaden brat z Meksyku nie jest w stanie pomóc. I na dodatek, jak mówili jeszcze inni, efekty tego wszystkie będą albo niewielkie i widoczne nieprędko, albo w ogóle nic z tego nie wyjdzie.
      Diana miotała się w sprzecznościach. Poszła do cerkwi, modliła się, modliła się w zapamiętaniu, jednak nic nie pomogło. Żyła w stanie jakiegoś bezwładu, krzątała się jak zwykle koło codziennych spraw, jednak co to było za życie. Po nocach, kiedy Sasza spał, a ona siedziała obok niego, patrząc w jeden punkt, ciągle płakała. Nad ranem zapadała w nerwowy sen. Zwidywało się jej, że idzie w czarnym tunelu, nic nie widząc i nie słysząc. Niesie Saszę na rękach, a obok niej w milczeniu wlecze się Puszkin. Idzie coraz prędzej, ktoś ją dogania i nagle błyskawica, grzmot... Obudziła się od płaczu Saszy. Leżał mokry. Kalendarz pokazywał 29 stycznia — dzień śmierci Puszkina.
      Chociaż dla Morgałkiny Puszkin był wiecznie żywy, ten dzień zarówno dla niej, jak i dla wszystkich pracowników muzeum był dniem żałoby. Dziś też w jej pokoju atmosfera była ponura, czuła to doskonale. Cały dzień minął jakoś nerwowo. Diana nie umiała sobie znaleźć miejsca. Miotała się po pokoju, wymyła podłogę, czego nie robiła już od trzech lat, poprzestawiała meble, o mało co nie przewracając na siebie szafy, ale lżej się jej od tego nie zrobiło. Sasza płakał tak, że aż rozbolała ją głowa.
      — Uspokój go wreszcie — warczała na nią w kuchni sąsiadka. — Żyć się w tym mieszkaniu nie da.
      Wieczorem Sasza ucichł i zasnął. Morgałkina nieco się uspokoiła. Usiadła przy stole, wzięła swój dziennik, który regularnie prowadziła od wielu lat, zaczęła go kartkować i czytać jakieś fragmenty. Potem podniosła się zdecydowanie, porwała zeszyt kartka po kartce na drobne kawałeczki i wyrzuciła do wiadra na śmieci. A żeby nikt nie był stanie wyjąć tego i przeczytać, wylała na strzępy papieru olej.

      Tatiana nie śpi moja biedna.
      Opromieniona blaskiem Diany
      Stoi przy oknie, i z uporem
      W noc ciemną patrzy ponad borem
      (przeł. Feliks Netz) —

      mruczała pod nosem. Za oknem nie było żadnego ciemnego boru, tylko mętnie oświetlona latarniami ulica Milionowa. Pusty autobus, wyrzucając kłęby czarnego dymu, z rykiem skręcał w pobliski zaułek. Ulica była pokryta śniegiem. Samochody pozostawiały za sobą czarne smugi mokrego asfaltu. I żadnym blaskiem nie miał kto Diany opromienić.
      — Powiedz coś wreszcie! — w przystępie rozpaczy krzyknęła do Puszkina. — Jesteś w końcu ojcem, głową rodziny.
      Stała z wyciągniętymi do niego rękami, prosząc o pomoc. Dlaczego życie się tak na nią uwzięło? Gdzie się skryć, żeby nikt nie przeszkadzał, nie deptał brudnymi buciorami, nie mówił głupot o strasznych chorobach, żeby na nikogo nie patrzeć i w końcu osiągnąć z mężem i synem pełnię szczęścia? Najpierw patrzył na nią jak zwykle w milczeniu i nagle się uśmiechnął. Czekał na jakiś jej gest. Zawsze przecież działała w jego interesie, teraz jednak zrozumiała, że i on, i jego syn wymagają od niej jeszcze większej miłości, jedności, przeniknięcia do świata, w którym on się znajduje, do świata chłodnego drewna i spokoju. Nie ma innego wyjścia. Nagle uzmysłowiła sobie, na czym polega jej rola i jej odpowiedzialność.
      Zegar wskazywał mniej więcej jedenastą, kiedy Morgałkina ostatecznie to wszystko zrozumiała. Milcząc, z zaciśniętymi zębami, bez pośpiechu starannie ubrała i obuła sennego Saszę, który tym razem nie stawiał żadnego oporu, sama także włożyła płaszcz. Przyciskając jedną ręką chłopczyka, drugą podchwyciła wyciętą ze sklejki, odzianą w ciemnozielony mundur kamerjunkra sylwetkę i Puszkin posłusznie wtulił twarz w jej ucho. Drzwi do swojego pokoju starannie zamknęła, zjechała windą i wyrzuciła klucze do kubła na śmieci.
      Pobiegła w noc. Nie było żadnych przechodniów. Ciemnym korytarzem ulicy na spotkanie leciał zmieszany z deszczem mokry śnieg, podwiewany przez wiatr od zalewu. Lampy uliczne ledwie były widoczne spoza zadymki.
      Na nabrzeżu Pałacowym było trochę jaśniej — to świeciły reflektory na dachach budynków, jednak wiatr i deszcz się nasiliły. Diana zatrzymała się na chwilę koło śliskich granitowych schodków prowadzących w dół i rozejrzała się. Nikogo nie było. Postąpiła jeszcze kilka niepewnych kroków po nierównym, przyprószonym świeżym śniegiem lodzie Newy. W oddali połyskiwał żółtym światłem szczyt Twierdzy Pietropawłowskiej. Spieszyła w tamtą stronę. Lód był twardy, nierówny i pobiegła, potykając się co chwila i przytulając jedną ręką Saszę, a drugą Puszkina.
      Tuż u jej stóp pojawiła się szczelina wypełniona czarną wodą.
      Dwóch żołnierzy z automatami na szyjach ciężko stąpało po bezludnej Pałacowej. Zatrzymali się, żeby zapalić. Aby uchronić nikły ogienek przed wiatrem i deszczem zasłaniali go czarnymi dłońmi. Kiedy w końcu zadymili, ten z nich, który patrzył na Newę, w milczeniu wskazał podbródkiem drugiemu ciemną figurkę, która w poprzek rzeki zdążała w kierunku Pietropawłowki. Dlaczego nie przez most? Przecież mosty nie są podniesione? I zresztą po lodzie nie da się przejść: przecież wczoraj lodołamacz skruszył lód na środku rzeki.
      Chłopaki przewiesili automaty przez plecy, przeskoczyli przez żeliwne ogrodzenie i pobiegli po lodzie. Jeden wyrzucił papierosa, drugiemu niedopałek przykleił się do dolnej wargi. Biegli ostrożnie, miękko stąpając po lodzie, czasami zapadali się w dołki zapełnione śniegiem.
      — Baba, i to na dodatek z dzieckiem — przyjrzał się jeden z nich.
      — Jakby był tam ktoś jeszcze?.. — drugi nadal wydmuchiwał w biegu kłęby dymu.
      — Jakby jakaś deska... Może kradziona?... Halo, proszę pani, z powrotem! Idiotka! Przecież tam nie ma przejścia!
      Usłyszawszy krzyki, Morgałkina obejrzała się w panice. Biegnie do niej jakichś dwóch. Rzuciła się w jedną stronę, w drugą... Wystraszyła się, że jej przeszkodzą, nie dopuszczą do osiągnięcia pełnego szczęścia. Wyrwała więc do przodu, nieomal się przewracając. A oni byli tuż obok.
      — Wracaj! Lód jest tu cienki, nie utrzyma — usłyszała.
      Kawałki kry pływały w wodzie, kołysząc się na falach. Diana zastygła na moment z szeroko otwartymi oczami. Trzymając w objęciach Puszkina i Saszę, zdecydowanie ruszyła przed siebie, w czarną mgłę. Poczuła lodowatą wodę, przypadła ustami do chłodnych ust męża i padając jęknęła — poczuła się w pełni z nim zjednoczona, jak nigdy dotąd. A Puszkin patrzył w dal, przyglądał się nadbiegającym wartownikom.
      Pierwszy z nich dobiegł i chwytając za kołnierz, wyszarpnął z jej rąk dziecko. Zanurzając się, Diana obejrzała się i krzyknęła:
      — Oddajcie!
      Machnęła wolną ręką, usiłując zabrać ze sobą wyrwanego z jej rąk syna, jednak mogła już tylko odprowadzić go wzrokiem. Drugi żołnierz wyciągnął rękę, usiłując schwytać Dianę za rękaw, jednak lód zaczął pod nim pękać i przewrócił się na plecy, żeby nie pójść pod lód. Woda zafalowała, chlupnęła, kawałki kry zachybotały, przechyliły się, rozeszły i zamknęły się nad nią.
      Żołnierze odskoczyli ile się dało od pękającej krawędzi i stali w niezdecydowaniu. Zameldowali przez krótkofalówkę dowódcy i z dzieckiem na rękach, poganiani wiejącym w plecy wiatrem ze śniegiem, milcząc poszli w stronę brzegu.
      Drewnianego Puszkina, który poszedł pod lód w objęciach Diany wyłowili przy ujściu Newy rybacy. Farba odeszła już od drewna, pozostała tylko drewniana sylwetka. Rybacy uznali, że to Lenin wyrzucony po niedawnej demonstracji czerwonych. Porąbali go na kawałki i chcieli spalić w ognisku. Namoknięta sklejka nie chciała się jednak zająć, dymiła, woda kapała z niej na suche kawałki drewna. Trzeba było mokre drewno wyjąć z ogniska. Wyrzucili je od razu z powrotem do rzeki i prąd uniósł je w głąb zatoki.
      Ciała Diany Morgałkiny nie znaleziono, nie było też pogrzebu.

      13
      Todd Donkey wymęczył swój doktorat o feministycznych tendencjach w utworach Puszkina i profesor Wierstakian ją zaakceptował. Ja też z ciężkim sercem przyłożyłem do tego rękę: dysertacja nie warta była złamanego grosza, ale Todd to dobry chłopak i kolega Wierstakian prosił mnie, żebym go poparł. Prestiżowe wydawnictwo “New Academic Press” zgodziło się wydać książkę młodego uczonego Todda Donkeya o Puszkinie. Postanowiono zatytułować ją “Pierwszy rosyjski feminista”. Na przeludnionym rynku pracy naukowej znalazło się dla tak obiecującego młodego uczonego slawisty miejsce w maleńkim prywatnym college'u w kukurydzianym stanie Kansas, gdzie Todda dopuszczono do konkursu na stanowisko asystenta, by wykładał tam język rosyjski dla początkujących. Wybrał się potem na wczasy do Grecji: jego przyjaciele z ulicy Monroe postanowili wynająć na dwa tygodnie jacht, żeby popływać sobie między wyspami. Nieoczekiwanie Todd się rozmyślił.
      Nie mówiąc nikomu ani słowa, kupił w rosyjskim konsulacie w San Francisco wizę, dołożył do tego bilet nabyty w “Delcie” i w środku lipca z trzema przesiadkami przyleciał do Petersburga.
      Do tutejszych przyjaciół, będąc już na lotnisku w Pułkowie, nie zadzwonił, bojąc się, że znowu utonie w nieprzerwanym pijaństwie, a miał inne plany. Autobus przywiózł go pod dworzec moskiewski. Zegar wskazywał 13:50. Dzień był pochmurny i dlatego niezbyt upalny. Donkey oddał walizkę do przechowalni i wyszedł na Newski ubrany wciąż tak jak w samolocie: w dżinsy i wygniecioną białą koszulkę. Senny po podróży poszedł po prostu pospacerować po mieście i spróbować znaleźć sobie pokój w jakimś niezbyt drogim hotelu. Jednak po półtorej godzinie nogi przyniosły go na ulicę Mojki, pod dom numer 12.
      Historia się powtarza, jednak czasami zmieniają się działające postacie. Nowa, młodziutka kasjerka powiedziała mu, że Morgałkiny w muzeum nie ma.
      — A gdzie ją można znaleźć?
      — Mówię panu, że nie ma — kasjerka nie miała zamiaru niczego wyjaśniać jakiemuś cudzoziemcowi.
      — A Tamara? Tamara jest?
      — Tamara oprowadza wycieczkę, proszę poczekać.
      — Znajdę ją.
      Todd ruszył w stronę wejścia.
      — Musi pan kupić bilet.
      Przeczytawszy ogłoszenie o cenie biletów, podał jej pieniądze. Spojrzała na banknot pod światło i schowała go do kasetki.
      W gabinecie Puszkina Todd stanął za dużą grupą uczniów. Wspominając to, do czego doszło niegdyś w tym miejscu, nie odczuwał żadnych sentymentów. Nie ożenił się dotąd, ale zdarzały mu się od czasu do czasu jakieś drobne romanse, a jakże. Tamara kończyła właśnie wycieczkę, pospiesznie wyklepując informacje o ostatnich godzinach rannego w pojedynku poety. Donkey nigdy Tamary nie spotkał, ona jednak, choć widziała go tylko raz i to przelotnie, dzięki niezbadanej przez naukę kobiecej intuicji od razu domyśliła się, kim jest.
      Po zakończeniu wycieczki zaprowadziła Todda do służbowego pokoiku.
      — Szuka pan Diany? Umarła.
      — Umarła?!
      — Popełniła samobójstwo. Wie pan, ona była stuknięta...
      — Co to znaczy “stuknięta”?
      — No, dziwaczka. Miała coś z głową... A chłopczyk...
      — Jaki chłopczyk?
      — To ona panu nie pisała? Chłopczyk, którego urodziła.
      — Kiedy?
      — Jak to kiedy? Wtedy! Chłopca zabrali do domu dziecka. Przecież nie miał ojca a potem został bez matki. I jeszcze chory.
      — Na co chory?
      — Nie wiem dokładnie...
      Tamara patrzyła na niego badawczo. Todd przygryzł wargę i długo milczał. Wreszcie zapytał:
      — A mógłbym go zobaczyć?
      — Saszę? Niech pan poczeka pół godziny. Wrócę i spróbuję panu pomóc...
      Pobiegła z kolejną wycieczką, a Todd siedział w pokoju. Czekał. Wchodzące kobiety przyglądały się mu, wychodziły, szeptały coś znacząco. Któraś zaproponowała mu herbaty. Tamara wróciła, zaczęła gdzieś dzwonić i w końcu zapisała adres i podała go Toddowi.
      — Trafi pan?
      — Pokażę adres taksówkarzowi, na pewno mnie dowiezie.
      — Good luck! — Tamara błysnęła erudycją, pogłaskała go po ramieniu i nawet przytknęła się policzkiem do jego brody.
      Z taksówki Donkey wysiadł na przedmieściu przed kamiennym mocno zrujnowanym murem.
      — O, wejście jest tam, za drzewami — taksówkarz pokazał palcem, zawrócił i odjechał.
      Zardzewiała żelazna brama, niegdyś pomalowana na zielono, okazała się zamknięta na żelazny łańcuch. Todd pchnął skrzypiącą furtką — była otwarta. Poszedł, starając się omijać kałuże, ścieżką zarośniętą kępkami babki. Z bujnej przykurzonej zieleni wychynął dom — podobny do ich domu w Palo-Alto, tylko sądząc po hałasie, krzykach i twarzach wyglądających z okien mieszkało w nim z dziesięć razy więcej ludności, niż u nich bywało na największych imprezach. Zaprowadzono go do kierowniczki.
      Kobieta bez wieku, ze staromodnym warkoczem, upiętym wokół głowy, odziana w biały niegdyś fartuch, nawet na Todda nie spojrzała, nie chciała z nim rozmawiać, powiedziała, że nie ma czasu, że przyjęcia interesantów są jutro. Donkey jeszcze w czasie poprzedniego pobytu nabrał doświadczenia w zakresie współpracy z miejscowymi urzędnikami, wyjął więc z kieszeni dwie dwudziestki i położył przed nią. Wysunęła szufladę stołu i zsunęła do niej pieniądze.
      — A kim pan jest dla niego, krewnym?
      — Jestem jego biologicznym ojcem.
      — Widzicie go! — powiedziała kierowniczka. — Biologiczny... Jak udało się to panu zrobić z Ameryki? Korespondencyjnie?
      — Widzi pani — speszył się Todd. —Tak jakoś wyszło...
      Ona jednak nie oczekiwała żadnej odpowiedzi. Nie powiedziała nic więcej, skrzywiła tylko usta, piętnując w taki sposób amoralność królującą na tym padole płaczu, i wyszła z pokoju nie, zamykając drzwi.
      Donkey wyjrzał przez okno, obejrzał parapet pełen ptasiego pomiotu i puchu. Widoczny poprzez gałęzie wąski skrawek nieba przejaśnił się, słońce jednak mogło przedrzeć się poprzez drzewa rosnące ciasno przy ścianie. Todd usłyszał kroki i odwrócił się.
      Płowowłosy chłopczyk, niezgrabny, z nieproporcjonalnie dużą głową o nieregularnym kształcie, podobną do przewróconego do góry dnem czajnika, kiwając się i powłócząc nogami, wszedł do pokoju z wyciągniętymi do przodu rękami, jak gdyby opierał się o powietrze, żeby nie upaść.
      — Oto pański Aleksander Puszkin — przedstawiła go kierowniczka bez śladu ironii. — Wychodzi na to, że chociaż debilny, to i tak na wpół Amerykanin.
      — Cześć — zachęcająco powiedział Todd do dziecka.
      Chłopiec nie odpowiedział i nie spojrzał nawet na niego bezbarwnymi wodnistymi oczami.
      — Masz na imię Sasza, tak? — zapytał Todd.
      Sasza znów nie zareagował. Kierowniczka stała w drzwiach i nie okazując żadnych uczuć, patrzyła badawczo to na jednego z nich, to na drugiego. Podeszła do stołu, o który oparła się obydwoma zaciśniętymi pięściami, i powiedziała z wyrazem twarzy ledwie przypominającym uśmiech:
      — Może rzeczywiście trochę podobny. A pan jest żonaty?
      — Co? — nie dosłyszał albo nie zrozumiał Todd.
      — Mówię, że jest potrzebna zgoda żony.
      — Nie, nie jestem żonaty... Przyjechałem właśnie, żeby się ożenić z jego matką, a ona...
      — Ona żyła, ale wybyła... No cóż... Załatwimy adopcję, wszystko zgodnie z prawem. Będzie to pana kosztować jakieś trzy tysiące dolarów. Tak w ogóle to on nie jest specjalnie zdrowy. Ma wodogłowie. Wszystko się jednak może zdarzyć — u was tam, w Ameryce, może się go uda wyleczyć. Inaczej umrze, zanim dorośnie.
      Kobieta czekała na reakcję Todda, a on stał w absolutnym pomieszaniu. Sasza, unosząc i opuszczając ręce, jakby chciał się wznieść w powietrze patrzył, przez okno na machającego skrzydłami gołębia, który przysiadł na parapecie. Potem chłopiec powiedział coś w rodzaju “wa-wa-wa” i ucichł.
      — Niura! — zawołała kierowniczka. — Zmień mu!
      Weszła niańka z wielkim zadem i z wyrazem metafizycznej nudy na twarzy. Mrucząc coś zręcznie, ściągnęła z chłopca mokre spodenki, rzuciła je na podłogę i nałożyła mu suche.
      Todd trwał w milczeniu i kierowniczka, najwyraźniej nie zamierzając już dłużej czekać, przywróciła go do rzeczywistości, stukając palcem w biurko:
      — No co, mój panie? Załatwiamy formalności czy jak?

      Przełożył Piotr Fast


PoczątekTekstyPowieści i mikropowieści

© Teksty: Jurij Drużnikow.