|
J u r i j D r u ż n i k o w
Wzloty i upadki Stiepana Jagubowa
Rozdział z powieśći Anioly na ostrzu igielnym
Stiepan
Trofimowicz, mężczyzna niewysokiego wzrostu, wyglądał
na sportowca i nikt nie uwierzyłby, że skończył
już czterdzieści osiem lat. Bardzo dbał o kondycję
i swój wygląd, z przyjemnością golił
się rano i wieczorem, gimnastykował się codziennie,
a dwa razy tygodniowo, nawet po dyżurze redakcyjnym, jeździł
na basen wojskowy CSKA. Były to godziny przeznaczone dla generalicji
Ministerstwa Obrony. Jagubow znalazł dojście, żeby
pływać razem z generałami. Nigdy nie chorował
i nie zaziębiał się. Gdy wypoczywał jesienią
w sanatorium KC na Ryskim Wybrzeżu, kąpał się
nie w basenie, lecz w lodowatym morzu - i nigdy nie złapał
zapalenia korzonków ani nawet kataru. Gdy ktoś w jego
obecności skarżył się na ból głowy,
Jagubow ze współczuciem, i absolutnie szczerze, pytał:
- Co to za ból?
Głowa, ze starannie ostrzyżoną
czarną fryzurą bez jednego siwego włoska, nie bolała
go nigdy. Kiedy było trzeba, wypijał dokładnie tyle
samo, co inni, aby nikt przypadkiem nie pomyślał, że
może on nie pije, lecz tylko udaje, albo wprost przeciwnie
- że pije zbyt dużo. Makarcew żartował na ten
widok:
- Chce pan zostać
świętym, Stiepanie Trofimowiczu?
Jagubow uśmiechał
się uprzejmie, usiłując przy tym nie zerkać na
solidny brzuszek naczelnego.
Jego ojciec, Trofim Jagubow,
nie znał imienia swego ojca. W bogatej kozackiej stanicy Nagutskiej
nie miał krewnych, uchodził za obcego, chociaż nie
mógł się uskarżać - miał dom i kawałek
ziemi. Był to mężczyzna oschły i małomówny,
chodząc podpierał się pałką: kiedyś
wjechała na niego furmanka i koło połamało mu
nogę, potem kości źle się zrosły. Żyli
Jagubowowie nie najgorzej. Dzieci mieli troje, lecz dwójka
im zmarła w czasie epidemii. Trofim Jagubow nie chciał,
by go rozkułaczyli. Zapisał się do kołchozu,
wstąpił do partii i pomagał przeprowadzać kolektywizację.
Sąsiedzi, którzy po założeniu kołchozu
uszli z życiem, bali się go i kłaniali z daleka.
Rodzina cierpiała głód. Gdy Stiepan podrósł,
we wszystkim pomagał ojcu. Nie bez dumy opowiadał potem,
że tata, kiedy był już stary, często powtarzał:
- Partia wydała
rozkaz - Trofim mówi „Tak jest!”.
Wysoki status społeczny
Jagubow-syn zdobył nie dzięki chłopskiemu pochodzeniu
ani też upartemu charakterowi; na szczyty zaprowadziła
go mizerna postura.
Stiepan miał
zaledwie 149 centymetrów wzrostu i od wczesnej młodości
bardzo nad tym ubolewał. Gdy koledzy z niego kpili, odpowiadał
niezmiennie ludowym powiedzonkiem: „Może i mały, ale
chuj ma potężny”. Tak czy owak miał kompleks
niższości, nosił buty na grubych obcasach, które
sam przybijał, ale niewiele to pomagało.
Gdy skończył szkołę
średnią, udało mu się wydobyć z kołchozu
dokumenty i uciec do miasta. Już wtedy wykazał się
bystrym umysłem i sprytem. W Moskwie zdał na studia do
instytutu lotnictwa. Ale już po pierwszym roku skreślono
go z listy studentów: nie zdał nawet na trójkę
żadnego przedmiotu poza historią partii, którą
kiedyś ojciec czytał w domu na głos. Brat ojca, który
się wybił na ludzi, załatwił Stiepanowi etat
w milicji. Został więc Jagubow posterunkowym. Gdyby nie
wpływy wujka, nie wzięliby takiego karła. Ale wkrótce
Jagubow dostał pracę w NKWD.
Gdy Stiepan stał na
posterunku, znikał jego kompleks niższości. Wprost
przeciwnie, pojawiało się się uczucie przewagi nad
ludźmi, świadomość, że może im
rozkazywać. Oni są zwykłymi obywatelami, on - władzą
radziecką. Jak zechce, może każdego zatrzymać,
skontrolować dokumenty, doprowadzić na komisariat. Wszyscy,
prócz kierownictwa, muszą go szanować, zresztą
kierownictwo też, ponieważ on kierownictwo szanuje. Miał
wszystkie dane, by rosnąć wbrew realiom, i był gotów
rosnąć dalej.
Nie podejrzewał, że
jego wzrost (owe nieszczęsne 149 cm) odnotowany jest w specjalnej
kartotece. Jako prymus kursów politycznych po dodatkowym
sprawdzianie został skierowany do szkoły specjalnej pod
Moskwą. Uczono tam strzelać z pistoletu do poruszających
się sylwetek ludzkich, a także mówić po angielsku
i po niemiecku. Ponadto Jagubow wykonał około sześćdziesięciu
skoków ze spadochronem: żartował sobie wtedy z
kolegów, którzy bledli, gdy tylko samolot wznosił
się w górę. Wkrótce Stiepan dowiedział
się, że kursy podlegają innemu resortowi NKWD - Głównemu
Zarządowi Urzędu Bezpieczeństwa. Jednakże fakt,
że uczono ich wszystkich razem, a nie w pojedynkę na tajnych
kwaterach, świadczył o tym, że przygotowują
Jagubowa bynajmniej nie na agenta wywiadu, o czym marzył.
Wojny kursanci w ogóle
nie odczuwali. Życie płynęło spokojnie, monotonnie,
przerwami były tylko praktyki. Wysyłano kursantów
na praktykę do ochrony obiektów specjalnych bądź
do likwidowania czy przesiedlania wrogo usposobionych mniejszości
narodowych. Tak więc Jagubow wraz z kolegami wysiedlał
z Powołża Niemców, których nie lubił
od dzieciństwa. Tłum kobiet, starców i wrzeszczące
dzieci kursanci zapędzali kolbami karabinów na pokryte
brezentem ciężarówki, oczyszczając w ten sposób
domy dla prawdziwych obywateli radzieckich.
Na szafce nocnej koło łóżka
Stiepana stała fotografia Stalina w ramce. Pewnego razu nocą
kursantów rozbudził alarm: zawieziono ich na lotnisko.
Na polu stały dwa samoloty, ich silniki były włączone
przez okrągłą dobę. Rozeszły się pogłoski,
że sam Stalin ewakuuje się na wschód. Kursantów
przetrzymano w łańcuchu ochrony około trzech godzin,
następnie zrobiono zbiórkę i wywieziono z powrotem
do koszar. Ponoć Stalin odleciał z innego lotniska. Ale
wkrótce dowiedzieli się, że wódz pozostał
w Moskwie. Stiepan miał nadzieję, że ich szkoła
weźmie udział w manifestacji 7 listopada lub 1 maja. Wówczas
zobaczy towarzysza Stalina. Wódz wszystkich epok i narodów
na pewno jest wyższy od wszystkich, którzy stoją
na mauzoleum. Jak się okazało, wyobrażenie Stiepana
było zgodne z rzeczywistością.
Stalinowi, który miał
metr, sześćdziesiąt jeden centymetrów wzrostu,
podstawiano na trybunie mauzoleum specjalne, pokryte kilkoma warstwami
dywanów podwyższenie, z małymi poręczami po
obu stronach, by w razie potrzeby mógł za nie chwycić.
Kompleks niskiego wzrostu dokuczał Stalinowi jeszcze bardziej
niż Jagubowowi, choćby z tej racji, że Josif Wissarionowicz
był przywódcą państwa. Fotografie w gazetach,
na których wódz światowego proletariatu stał
razem z ludźmi wyższymi od niego, zgodnie z niepisanym
nakazem rozcinano w TASS-ie i z powrotem łączono tak,
by wydawało się, że towarzysz Stalin jest nieco od
nich wyższy. Szwy starannie retuszowano. Stalin nie znosił,
by służba przerastała go wzrostem. Toteż od
czasów szefa ochrony osobistej Stalina Łotysza Salpetera,
który poszedł siedzieć jeszcze w '38, dobierano
ochroniarzy, sekretarzy, kucharzy, kelnerów, łaziebnych,
ogrodników, kierowców i resztę personelu tak,
by nie mieli oni więcej niż metr pięćdziesiąt
pięć wzrostu. Co zaś robić z najbliższymi
współpracownikami, którzy są od Stalina
wyżsi, decydował on sam.
Wśród
wykładowców Jagubowa pojawił się zawsze
uśmiechnięty i nienagannie ubrany człowiek o cienkich,
podgolonych z góry wąsikach i w muszce zamiast krawata.
- Powiedzmy, że
nazywam się Kędzierzawy...
Kursanci uśmiechnęli
się: Kędzierzawy był łysy. Słyszeli, że
to były rezydent naszego wywiadu w Berlinie. Pracował
jako kelner w restauracji, do której często przychodzili
przywódcy trzeciej Rzeszy, miał tam wpadkę, ale
udało się wyprawić go z powrotem do kraju. Pokazywał,
jak stojąc w półobrocie z obojętnym wyrazem
twarzy, najwygodniej można słuchać, o czym rozmawiają
goście. Kursanci mogli tyko zgadywać, dokąd ich wyślą
i po co.
Niespodziewanie odczytano im
rozkaz o nadaniu im stopni młodszych lejtenantów i wydano
nowe umundurowanie: czarne kamizelki, takież spodnie oraz śnieżnobiałe
koszule i muszki. Gdy przebrali się i znów ustawiono
ich w szeregu, dowiedzieli się o czekającym ich zadaniu:
na rządowym przyjęciu będą usługiwać
cudzoziemcom. Mają uśmiechać się i udawać,
że nic nie rozumieją. W razie niemożności porozumienia
się można wezwać maître’d’hôtel,
który przetłumaczy i odejdzie. Zadanie polega także
na tym, by słuchać, o czym rozmawiają ze sobą
cudzoziemcy i zapamiętywać to z najdrobniejszymi szczegółami.
Co jakiś czas należy iść do kuchni i dokładnie
wszystko opowiadać maître’d’hôtelowi
to podpułkownik, szef grupy kelnerów. Każdy gość
miał swój numer i numerami należało operować.
Autobus z zasłonami na
oknach (odsuwać ich nie było wolno) wjechał do stolicy.
Czasami, gdy kierowca przyhamowywał, a zasłony kołysały
się, to i owo można było zobaczyć. Okna w budynkach
zaklejone papierowymi kwadratami, worki z piaskiem koło witryn,
baterie przeciwlotnicze. Autobus zwolnił i firanka zakołysała
się. Stiepan zrozumiał, że wiozą ich na Kreml.
Serce kursanta zadrżało z radości: wysoko wzleciałeś,
chłopie! Gdyby tak zobaczyły cię teraz dziewczęta
staniczne! Spojrzał spod oka na kolegów. Siedzieli z
surowymi wyrazami twarzy i patrzyli prosto przed siebie zgodnie
z regulaminem. Jagubow też zaczął tak patrzeć.
Przyjęcie rozpoczęło
się. Stiepan przykładał się gorliwie do pracy.
Stał za opasłym Anglikiem nr 14 - nowym attaché prasowym,
przypominającym raczej żonglera, którego Jagubow
jako mały chłopiec widział w cyrku. Anglik paplał
z sąsiadem - Amerykaninem dyrdymały o babach i wcale było
mu niespieszno zdradzać tajemnice państwowe. Nagle salę
przebiego drżenie, wszyscy wstali. Jagubowa nie uprzedzono,
jak w takim wypadku należy się zachować, więc
cichutko spytał sąsiada, który usługiwał
Amerykaninowi nr 15:
- Pietro, dlaczego
wstają?
- Nie widzisz, baranie,
że przyszedł towarzysz Stalin?
Wódz szedł
otoczony najbliższymi współpracownikami z prawą
ręką wsuniętą pod połę munduru i
odstawionym dużym palcem. Lewą ręką co jakiś
czas wygładzał ordery na piersiach nowego munduru z
błyszczącymi złotem naramiennikami. Stiepan widział
Stalina tylko na portretach, zdziwił się więc, że
żywy wódz nosi zwykłe spodnie, a nie bryczesy
wciśnięte w oficerki.
W oficerkach Josif Wissarionowicz
istotnie chodził całe życie, od najmłodszych
lat, innego obuwia nie uznawał. Toteż dlatego znaczny
procent planowanej produkcji obuwia we wszystkich fabrykach kraju
stanowiły właśnie oficerki. Nogi wodza przywykły
do niewoli i przez długie lata ją znosiły. A potem
nagle poddały się. Na lewej nodze drugi i trzeci palec,
zrośnięte od urodzenia, bolały bardzo. Lekarze długo
zastanawiali się nad przyczyną tych bólów
i aby nie dopuścić do zakrzepowego zapalenia żył,
radzili wodzowi, by nosił lżejsze obuwie, kończyny
muszą oddychać.
Uszyto więc dla
Stalina specjalne buty ze skóry przywiezionej ze Swanetii.
Miały, jak zwykle, wysokie obcasy, zamiast sznurowadeł -
rozciągające się po bokach gumki. Josif Wissarionowicz
poprosił, by uwieczniono go w tym stroju na taśmie
filmowej: chciał przekonać się, jak wygląda w
spodniach i w nowym obuwiu. Film spodobał się, taśmę
polecono zniszczyć. 17 stycznia 1943 roku wydano rozkaz o
wprowadzeniu w wojsku nowego umundurowania.
Dziś Stalin po raz
pierwszy pojawił się publicznie w półbutach.
Miał wrażenie, że bez wysokich butów brak mu
pewności siebie i przekonania o absolutnej racji każdego
swego kroku. Rozumiał, że odczuwa to tylko on: najbliżsi
współpracownicy nie domyślają się nawet,
jak ciężki stres jest jego udziałem. Myślą,
że wódz pierwszy daje przykład. Nikt nie potrafił
tak umiejętnie jak on zamieniać miejscami przyczyn i
skutków.
Od tego dnia na milionach
fotografii i portretów rozpowszechnianych przez TASS po całym
świecie Stalin stał we frenczu i w spodniach. Samo przez
się zrozumiałe, że w półbuty i spodnie
zamiast długich butów i bryczesów ubierze się
wkrótce milicja, kolejarze, prokuratorzy, lotnicy, górnicy.
Kraj pragnął upodobnić się do wodza. Ale wszystko
to będzie później, dziś natomiast Stalin błagał
Boga o to, by nikt na świecie nie domyślił się,
dlaczego zmienił wysokie buty na półbuty. Wrogowie
partii tylko czyhają, by dopadła go jakaś choroba.
Lecz on nie pozwalał sobie na to. Myślał o tym, że
musi uratować cały naród. Trzeba koniecznie nakłonić
Zachód, by dostarczył Rosji żywność,
wyposażenie techniczne dla wojska i żeby by otworzył
drugi front. Można ich postraszyć, że w razie
zwycięstwa zagarniemy całą Europę.
Josif Wissarionowicz przeszedł
tak blisko, że Stiepan mógłby dotknąć
go ręką. Zauważył, że tułów
wodza był krótki, wąski, a ręce zbyt długie.
Zęby nierówne i zepsute. Stalin bał się bólu
i nie leczył zębów. Jeszcze przed wojną wyrósł
mu potężny brzuch - wódz mało się ruszał,
a dużo jadł. Włosy zrzedły, policzki zwiędły,
twarz wyblakła od wysiadywania nocami w kremlowskim gabinecie.
Jagubow był zachwycony. Stalin jest tylko trochę od niego
wyższy! Wielki wódz siadł naprzeciw jagubowskiego
attaché prasowego nr 14. Za krzesłem wodza stał nieznany
kelner. Stalin wskazał palcem swój kielich i ten szybko
napełnił się wytrawnym winem.
- Cold water, please -
poprosił czternasty Anglik.
Jagubow stał bez ruchu,
oczarowany Stalinem.
- Wody! Nalej wody! - wyszeptał
maître d’hôtel, który nagle się wyłonił
jak spod ziemi.
Dopiero wówczas
Jagubow się ocknął. Schwycił butelkę
mineralnej, omotał ją białą serwetką i nalał
Anglikowi pół kielicha. Ten kiwnął i wypił
jednym haustem.
- Czy pan zauważył,
kolego - cicho rzekł Anglik nr 14 do Amerykanina nr 15 - że
Rosjanie drętwieją na widok Stalina? Pewno ich hipnotyzuje
swymi farbowanymi wąsami. Niech pan spojrzy na tego bęcwała
- kelnera!
„Przeklęty
imperialista - pomyślał urażony Stiepan. - Myśli
bydlak, że nie rozumiem po angielsku. Poczekaj tylko, ty mendo!”
Stalin pochylił się,
wziął ze stołu kielich (lewa ręka i ramię
od czasu nieszczęśliwego wypadku w dzieciństwie nie
były mu zbyt posłuszne), i wstał trzymając,
go w ręku. Jagubow wyprężył się jak struna.
Lecz maître d’hôtel dotknął jego łokcia
i kazał iść za sobą do kuchni.
- No i jak? - spytał
po drodze.
Jagubow postanowił
zemścić się na angielskim imperialiście:
- Numer czternaście
wyraził się krytycznie o towarzyszu Stalinie...
- Ta wiedza nie jest nam potrzebna
- oschle skwitował jego donos maître d’hôtel.
- Czy podawał jakieś cyfry, mówił o faktach?
- Jak dotąd nie. - Jagubow
poczuł, że popełnia błąd i aby się
poprawić, zapytał: - Czy są nowe dyspozycje?
- Kładź na tacę
talerze!
Gdy wrócił na salę,
rozlegały się oklaski. Stalin spokojnie słuchał
cudzoziemców i palił fajkę. Nagle jego malutkie
oczka wpiły się w brytyjskiego attaché prasowego:
- A pan co ma w
kieliszku?
- Mineralną -
odpowiedział Anglik nr 14 po rosyjsku. - Ale teraz chyba będę
pił koniak...
- Koniak? - zapytał
Stalin. - Tylko jaki: armeński czy gruziński?
Znów bacznie
spojrzał na Anglika, tak jakby chciał odczytać jego
myśli. Ten, nie wiedząc co odpowiedzieć, uśmiechał
się skruszony.
- Jestem co prawda
Gruzinem - powiedział Stalin - ale moim zdaniem armeński
koniak jest lepszy. Jak pan widzi, komuniści nie uznają
narodowościowych przywilejów. My, ludzie radzieccy,
wszyscy chętnie pijemy radziecki szampan z Krymu.
Attaché prasowy pomyślał,
że chyba zbyt uwierzył brytyjskim gazetom. W rzeczywistości
Stalin jest znacznie bardziej ludzki, demokratyczny, a jego twarzy
wcale nie szpeci tak bardzo ospa, jak piszą o tym na Zachodzie.
Musi powiedzieć o tym dziennnikarzom.
A Stalin ciągnął
dalej:
- Najlepszy jest szampan
z piwnic krymskich produkowany w końcu minionego stulecia przez
Greków dla arystokracji rosyjskiej. Teraz pije go proletariat
i chłopstwo pracujące. Pan też niech pije, proszę
się nie krępować!
Stalin wskazał oczyma butelkę
i prztyknął palcem. Stiepan wraz z dwójką
innych kelnerów rzucili się wykonać polecenie.
Jagubow okazał się najszybszy. Jako pierwszy schwytał
butelkę, nalał z niej odrobinę do maleńkiego
kieliszka, spróbował, i dopiero potem nalał Stalinowi.
Lecz Stalin wskazał oczyma kielich Anglika. Gdy Stiepan nalał
Anglikowi szampana i znów się odwrócił,
kelner Stalina trzymał już w ręku identyczną
butelkę, nalał z niej odrobinę do malutkiego kieliszka,
spróbował, nalał Stalinowi. Szampan, smaczny i
lekki, połaskotał Anglika w nozdrza. Nie odstawił
więc kielicha, lecz podsunął go Jagubowowi, by ten
nalał mu jeszcze. Stiepan stał bokiem, by lepiej słyszeć,
jak go uczono, rozmowy przy stole. Zorientowawszy się, o co
chodzi, wziął od Anglika kielich, ale chyba niezbyt mocno,
a może to cudzoziemiec zbyt wcześnie wypuścił
go z ręki. Kielich upadł na dywan.
Jagubow kątem oka wybadał,
czy ktoś aby nie zauważył jego lapsusa, i czubkiem
buta kopnął kielich pod stół. Szybko wziął
z tacy nowy kielich i nalał do niego szampana. Anglik wypił
nieco i pochwalił krymskie wino oraz gust prostych ludzi radzieckich,
którzy wiedzą, co warto pić.
- Przecie mówiłem
- odparł z zadowoleniem Stalin, po czym wielkim palcem pogładził
swoje wąsy.
Gdy nazajutrz Beria
meldował Stalinowi, o czym rozmawiali dyplomaci, wódz coś
gryzmolił w notesie. Beria wyciągnął szyję i
zobaczył, że Stalin rysuje mecz piki nożnej. Nagle
przerwał Berii i rzekł po gruzińsku:
- Ławrentij, jak
nazywa się ten piłkarz?
- Z której
drużyny, Josifie Wissarionowiczu?
Nikt nie zwracał się
do Stalina w ten sposób. Wódz tego nie znosił.
Wszyscy nazywali go „towarzyszem Stalinem”. Tylko Berii
pozwalał na coś takiego.
- Nie odwracaj się, patrz
mi w oczy. Piłkarz z twojej drużyny, Ławrentij!
- „Dynamo”?
- Czemu ”Dynamo”?
Zrobiłeś się ostatnio roztargniony... - Stalin wziął
z biurka fajkę, pogrzebał palcami w popiole, podpalił
zapałką, popykał. - Jak nazwisko tego piłkarza,
co tak zgrabnie kopnął kielich?
Jak się okazało,
nikt niczego nie zauważył. A Stalin lubił zaskakiwać
swoją umiejętnością obserwacji. Nazwisko Jagubowa
Beria podał mu nieco później przez telefon.
- Kelner z tego chłopaka
marny - powiedział Stalin. - Zbyt nerwowy... Może jest
za zdolny do tej roboty?
- Pozbędziemy się
go.
- To ci nowina! I bez
ciebie wiem, że się pozbędziecie. Od dawna się
zastanawiam, jak łatwo pozbywacie się ludzi... A to
przecież nasze kadry.
Beria usłyszał, jak
na drugim końcu przewodu telefonicznego Stalin cmoka, rozpalając
fajkę.
- Wiesz co - poradził
Josif Wissarionowicz - daj temu piłkarzowi pracę zgodną
z jego kwalifikacjami.
Ławrentij Pawłowicz
skrzywił się. Wspomniał krwiożerczego karła
Jeżowa, którego Stalin sam wygrzebał w jakiejś
dziurze i awansował. Wódz lubi działać zgodnie
z przysłowiem „Wydobyć z bagna i wziąć
na książęce pokoje”. A więc Jagubow nie
przypadkiem go zainteresował. Trzeba w związku z tym chłopakiem
zachować ostrożność. Szef kancelarii Ławrentija
Pawłowicza generał Czernow otrzymał stosowne polecenie
i Stiepan został dyrektorem stadionu NKWD „Dynamo”.
Już następnego dnia przed Jagubowem rozwalonym w fotelu
stał poprzedni dyrektor, przekazując mu obowiązki.
Starego dyrektora wysłali na front. A nowy miał niewiele
pracy. Sale sportowe i szatnie pod trybunami stadionu były
zajęte. Mieściła się tam szkoła dla dywersantów,
których następnie zrzucano na tyły przeciwnika.
Szkołą kierowali inni.
Więcej Stalin nie wspominał
o tym swoim żarcie, chociaż lubił od czasu do czasu
sprawdzać, czy wykonano jego polecenia. Teraz pochłaniała
go budowa podziemnego tunelu, którym mógłby jeździć
z daczy w Kuncewie na Kreml. Budowniczowie metra ukończyli
właśnie pracę. Josif Wissarionowicz obejrzał
budowę, lecz doszedł do wniosku, że przypadkowy lub
celowy zawał w tunelu grozi uduszeniem. Kazał więc
uruchomić linię metra. Gazety znów mogły się
rozpisywać o tym, jak wódz troszczy się o dobro
całego narodu.
Jakubow zaś nigdy
się nie dowiedział, kto pokierował jego losem.
Wszystkich innych, którzy pomagali mu w zdobywaniu pracy,
później rozstrzelano, nie za sprawą Jagubowa, rzecz
jasna. Na stanowisku dyrektora stadionu Stiepan polubił nie
tylko być zwierzchnikiem. Wszedł do nomenklatury. Wkrótce
poznał Ninę, córkę Topilina, kierownika wydziau
KC. Nina przyszła na stadion „Dynamo”, by grać
w tenisa. Była niewiele wyższa od Stiepana. Jagubow
stworzył jej specjalne warunki, przydzielił najlepszego
osobistego trenera. Sam przychodził obserwować, jak
przebiegają treningi i w procesie obserwacji Nina Tomilina
spodobała mu się. Po jakimś czasie udało mu się
ją uwieść, co ułatwiło żeniaczkę.
Teść, porozumiał
się z Ławrentijem Pawłowiczem i z wydziałem
propagandy KC, po czym udało się przerzucić Stiepana,
który w tym czasie zakończył wyższą szkołę
partyjną, ze stadionu do gazety „Sport radziecki”,
którą należało ideologicznie wzmocnić.
Tak Jagubow został dziennikarzem. Miał teraz możliwość
wytłumaczenia szerokim masom, że sport to sprawa partyjna,
polityczna, że to potężny środek kształtowania
radzieckiego patriotyzmu. Sport ideowo hartował wielomilionową
armię kibiców. Gdy Topilina, jagubowskiego teścia,
wypchęli na emeryturę, próbował dawać
zięciowi rady, jak zachowywać się wobec zwierzchników
lub podwładnych, lecz Jagubow przerwał mu z uśmiechem
i poklepał po ramieniu.
- To stare metody,
tatusiu. Już nie nadają się do użytku. Teraz
potrzeba ludzi, którzy pracują, nie gadają.Tata
narobił mnóstwo błędów, więc niech
teraz siedzi cicho!
Ale i sam Stiepan zawisł
na włosku. W grupie tych, których na wszelki wypadek
pozbyto się z Moskwy, znalazł się i on. Beria
skierował ich do pracy na Węgrzech.Takim sposobem Ławrentij
Pawłowicz uśmiercał dwa zające. Odsuwał
tych, którzy za Stalina byli w łasce, żeby
zademonstrować, że sam jest wrogiem zmarłego tyrana.
Lecz odsuwał tak, by gdy tylko sytuacja zmieni się na jego
korzyść, można było znów szybko skorzystać
ze starej kadry.
Trzydziestotrzyletni, malutki,
lecz krzepki Jagubow przybył do ambasady ZSRR w Budapeszcie
i zameldował się ambasadorowi Kegelbanowi jako drugi sekretarz
ambasady. Żona wraz z rodzicami została w Moskwie.
- Jesteśmy
krajanami, Jegorze Andronowiczu, - podzielił się
natychmiast radosną wieścią z ambasadorem.
Kiegielbanow zapoznał się
już z aktami swego nowego współpracownika. Nie
mógł nie doceniać jego pracowitości i rzeczowości.
Jagubow obserwował pracowników ambasady i przebywających
w Węgrzech na delegacji obywateli radzieckich: inżynierów,
sportowców, artystów, funkcjonaruszy partii i komsomołu.
Miał już skromne doświadczenie na tym polu: umiał
podsłuchiwać na pół odwrócony. Ambasador
traktował Jagubowa z wielką atencją wcale nie dlatego,
że urodzili się w tej samej stanicy. Wiedział, że
krajan i na niego donosi, a ponieważ jest krajanem, może
być poinformowany lepiej niż inni. Zdając sobie z
tego sprawę, Stiepan starał się swą pracą
przekonać ambasadora, że wprost przeciwnie, potrafi cenić
okazywaną mu troskę i nie wyda swoich.
Gdy rozstrzelano Berię,
Stiepan czuł się już człowiekiem Kiegielbanowa.
I nie pomylił się: na liście pracowników bezpieczeństwa
potajemnie odznaczonych za umiejętne kierowanie stłumieniem
kontrrewolucji w Budapeszcie w 1956 roku pierwsze miejsce zajmował
Kiegielbanow, ostatnie zaś - Jagubow. Wkrótce ambasadora
Kiegielbanowa, o którym gazety zachodnie pisały, że
ma ręce splamione krwią, trzeba było zabrać
z Węgier. Jagubow wypełniał wówczas znacznie
skromniejsze zadanie, w dodatku nocą. Kierował oczyszczaniem
ulic z trupów. Zachodnie gazety o nim nie pisały. Wciąż
pracował w ambasadzie, choć marzył o powrocie do
Moskwy.
Teść Jagubowa, teraz
emeryt, sporo czasu spędzał na daczy. W sąsiedztwie
miał swoją daczę Chruszczow, od dawna zaprzyjaźniony
z Topilinem. Kiedyś poskarżył się Chruszczowowi,
że jego córka tęskni za mężem. Czystka
aparatu partyjnego, tak bardzo potrzebna Nikicie Siergiejewiczowi,
szła powoli i z oporami. Potrzebne były własne kadry.
Chruszczow zatelefonował do Kiegielbanowa, żeby dowiedzieć
się, co to za typ ten Jagubow - nazwisko skądś znajome.
Kiegielbanow, który kierował już wtedy wydziałem
KC, przypomniał Chruszczowowi listę funkcjonariuszy nagrodzonych
za Węgry.
- Pamiętam - powiedział
Nikita Siergiejewicz. - A co to za człowiek?
- Sprawdzony. Nasz! -
podsumował Kiegielanow, któremu też byli potrzebni
zaufani ludzie.
Trzy dni później
Jagubow, odwołany ze stanowiska w związku z „przeniesieniem
do innej pracy”, lądował na Szeremietiewie. W Moskwie
zamiast Biura Informacyjnego organizowano właśnie Agencję
Prasową „Nowosti”. Do zarządu Chruszczow powołał
swego zięcia Adżubeja, a przy okazji zięcia Tomilina,
czyli Jagubowa. W APN Stiepan Trofimowicz mógł wykazać
się zdolnościami organizatorskimi. Wydawnictwo APN zaczęło
bezpłatnie rozsyłać literaturę propagandową
do wszystkich krajów. Tam zaś, pod egidą radzieckich
ambasad, tworzono ośrodki APN-u. Pracowali w nich agenci Komitetu
Bezpieczeństwa oraz miejscowi komuniści.
Pobyt za granicą, choć
były to tylko Węgry, a także praca na kierowniczych
stanowiskach zmieniły nie tylko wygląd zewnętrzny,
ale i horyzonty myślowe Stiepana Trofimowicza. Pozbył
się prostactwa i naiwności, poważniej podchodził
do życia. Ubierał się skromnie, lecz elegancko, był
sympatycznym rozmówcą, pełnym poczucia humoru.
Nigdy się nie mylił, kiedy do kogoś trzeba dzwonić
osobiście, a kiedy za pośrednictwem sekretarki i jakim
tonem należy rozmawiać. Jego wyobrażenia o sobie
samym były znacznie wyższe od rzeczywistych osiągnięć,
lecz zbliżały się do siebie. Rozumiał, że
od skutków działań propagandowych jego dalszy rozwój
zależał pośrednio, od układów zaś
ze zwierzchnikam - bezpośrednio. Sam zresztą miał
oddanych sobie pracowników. Dzieci rosły zdrowe, posłuszne,
dobrze się uczyły. Żona po ukończeniu studiów
w instytucie kultury fizycznej mało pracowała, za to z
przyjemnością grała z dziećmi w tenisa. Jagubow
kochał swoje dzieci, też grał z nimi wieczorami,
latem wysyłał z żoną do dziadków na Kubań,
żeby od najmłodszych lat przyuczać je do pracy. Słowem,
miał wszelkie podstawy, by sądzić, że życie
biegnie pomyślnie.
Martwiło go tylko
to, że wszystko robił z pośpiechem, może dlatego,
że był taki niski. Mówił i chodził też
zbyt szybko. Pośpiech pozbawiał go powagi. Stiepan zmuszał
się do powściągliwości, mówienia i
poruszania się wolniej, zgodnie ze swoją nową pozycją
społeczną. Lecz coraz częściej myślał o
tym, czy nie pora na nowy, kolejny skok wzwyż. Chyba o nim nie
zapomnieli?
Gdy zaczęła się
burzyć Czechosłowacja, chciano wysłać tam natychmiast
Kiegielbanowa na ambasadora: zdobył duże doświadczenie
w podobnej sytuacji na Węgrzech. Ale mogłoby to spowodować
niepożądane reakcje. Politbiuro wyznaczyło Kiegielbanowa
na przewodniczącego Komitetu Bezpieczeństwa, profilaktyczne
przedsięwzięcia w Pradze zaś pod jego kierunkiem
organizowano w Moskwie. Jegorowi Andronowiczowi potrzebne więc
były dodatkowe kadry. Lista nagrodzonych orderami za Węgry
leżała przed nim na biurku. Kiegielbanow brał pod
uwagę nie tylko doświadczenie zdobyte w Budapeszcie, lecz
i późniejszą pracę towarzyszy - minęło
przecież od tamtych czasów dwanaście lat.
Do Jagubowa zatelefonował
pomocnik Kiegielbanowa Szamajew (na Węgrzech mówili do
siebie po imieniu) i uprzedził, że może skorzystają
z jego usług.
- Zawsze gotów! -
wesoło odpowiedział Jagubow pionierskim pozdrowieniem i
uniósł się na krześle.
- Nie wybiera się
pan na urlop?
- W zależności
od dyrektyw...
- Trzeba będzie
urlop przełożyć na później.
- Tak jest - odpowiedział,
nie domyślając się, do czego ma byź potrzebny.
Wydarzenia w
Czechosłowacji rozwijały się w złym kierunku,
lecz na Łubiance obchodzono się bez jego pomocy. Zresztą
słowa „Łubianka” Jagubow nie darzył
szacunkiem, rzadko go używał. Mówił „aparat”
- skromnie i rzeczowo. 21 sierpnia rano usłyszał przez
radio komunikat TASS-u o udzieleniu narodowi czeskiemu bratniej
pomocy.
Szamajew znów do niego
zadzwonił, powiedział, że ma jechać na plac
Nogina i zatrzymać się koło muru kitajgorodzkiego.
Gdy tylko Jagubow podjechał, podszedł do niego jakiś
mężczyzna i poprosił, by przesiadł się
do innego samochodu, z firankami. Po pięciu minutach samochód
dał nurka we wrota, naprzeciw sklepu spożywczego, kierując
się w stronę głównego budynku. W milczeniu
wsiedli do windy i wjechali na drugie piętro, potem szli długim
pustym korytarzem z jasnozielonymi ścianami. W kątach
stała ochrona. Jagubow o nic nie pytał. Tabliczkę
z napisem „przewodniczący” zauważył,
gdy stanęli już przed drzwiami.
W ogromnym przedpokoju za
gigantycznym biurkiem z różnokolorowymi telefonami
siedział niemłody sekretarz w mundurze majora. Oficer
towarzyszący Jagubowowi gdzieś zniknął. Na
pulpicie zapaliło się czerwone świadło. Sekretarz
wstał bez słowa i otworzył drzwi. Z dala, w obszernym
gabinecie z mahoniowymi ścianami, które upiększył
wschodnimi dywanami jeszcze Beria, Jagubow dostrzegł za biurkiem
znajomą twarz w okularach w cienkiej, złotej oprawie.
Gospodarz gabinetu poprawił mankiety. Kiegielbanow posiwiał,
włosy przykleiły mu się do czaszki, okulary nie kryły
worków pod oczyma. Jegor Andronowicz wstał, powściągliwie
się przywitał, zapytał o samopoczucie. Stiepan
Trofimowicz, jak już była mowa, nigdy nie chorował.
Przemknęła mu przez głowę myśl, że
pewno go wyślą do Czechosłowacji, by prowadził
tam działania profilaktyczne, jak niegdyś na Węgrzech.
Ale w tym samym momencie połapał się: skoro przywieźli
go do samego centrum, to nie wyślą za granicę.
- Zarekomendowałem
was, towarzyszu Jagubow - powiedział Kiegielbanow patrząc
mu w oczy - jako fachowca, który przygotuje apel grupy
członków KC Komunistycznej Partii Czechosłowacji i
zgromadzenia narodowego Czeskiej Republiki z prośbą o
pomoc. Jak wiecie, minionej nocy przyszliśmy im z pomocą...
- Jestem poinformowany -
kiwnął Jakubow, choć wcale poinformowany nie był.
- Kiedy mam zacząć?
- Natychmiast.
Kiegielbanow nacisnął
guzik i gdy w drzwiach niemłody major, wyprężył
się w postawie baczność, wydał polecenie:
- Daj mu materiały...
- Jest pewien kłopot, Jegorze
Andronowiczu - rzekł skonsternowany Stiepan Trofimowicz, poczekawszy,
aż major wyjdzie - nie znam czeskiego...
- Wiem - w głosie
Kiegielbanowa zabrzmiała nuta ironii. - Myślę, że
znajdziemy tłumacza. Bierz się do roboty.
Przewodniczący
otworzył własnym kluczem tajne drzwi i wyszedł.
Stiepan podreptał chwilę w miejscu - brakło mu
śmiałości, by usiąść za biurkiem szefa
KGB. Po krótkim zastanowieniu usiadł przy długim,
pokrytym zielonym suknem stole obrad. Bacznie przyglądał
się Jagubowowi z portretu Dzierżyński. Słońce
wpadało przez ogromne okna, układało się w długie
prostokąty na suficie, oślepiało.
Jagubow, choć
podniecony, nie tracił zdolności myślenia. Nie
zastanawiał się nad tym, dlaczego to właśnie jemu
powierzono tak ważne zadanie. Był pewien, że jest
niezastąpiony. Potrafi pracować skutecznie. Wtedy w
Budapeszcie nie pozwolił żołnierzom spać,
załatwił ciężarówki, przed świtem
wszystkie trupy załadowali, wywieźli, zakopali do wyrytych
dołów. Nawet zdążyli umyć ulice. Jagubow
sam też nie spał - pędził gazikiem z Budy do
Pesztu i z powrotem, choć z okien jeszcze strzelano. Nie, nie
tylko o skuteczność chodzi, ważny jest jeszcze jego
zawód - dziennikarstwo. Ale czy Kiegielbanow nie ma własnych
ludzi, zdolnych do wykonania tej roboty? Ważne jest tutaj
jeszcze i to, że on, Jagubow to człowiek spoza KGB. Swój
, ale równocześnie nie swój. Można mu ufać,
choć nie pracuje w aparacie. Decyzja, by zwrócić się
do niego, była nie tylko logiczna, ale jedynie słuszna.
Jagubow nigdy nie cierpiał wskutek nadmiaru wątpliwości!
Był w tym pewien plus: gdy przekonał sam siebie, z większą
energią wykonywał pracę.
Major przyniósł
stos numerów „Prawdy” - od lipca do połowy
sierpnia bieżącego 1969 roku. Jagubow wyjął
wieczne pióro Parker, z którym się nie rozstawał,
przysunął bliżej czysty papier. Zadanie komplikował
fakt, że nigdy w życiu, jeśli nie liczyć szkolnych
dyktand, niczego nie pisał. Nawet nie próbował.
Wszystko, czego potrzebował, zgodnie z instrukcjami, pisali
dla niego inni. Potrafił więcej niż po prostu pisać:
wiedział, co powinno być napisane i dlaczego. Mógł
projektować mnóstwo artykułów równocześnie,
zapełniać tekstem ocean gazet, publikować dziesiątki
książek. Gdyby pisał sam, byłoby to równie
głupie jak zamiatanie własnego gabietu. Do pisania miał
podwładnych.
Jagubow westchnął
i zaczął przeglądać „Prawdę”.
W lipcu Czechosłowacja zniknęła ze stron gazet. Obawiano
się decyzji nadzwyczajnego zjazdu Komunistycznej Partii Czechosłowacji.
Po dobremu namawiano Dubczeka, by zjawił się w Moskwie,
ale w końcu trzeba było się wybrać do Czarnej
nad Tisną. Bo jaki z tego Dubczeka komunista, skoro ma wątpliwości?
O co Czechom chodziło, gdy gadali o socjalizmie z ludzką
twarzą? Zapomnieli o najważniejszym: ster władzy
powinien znajdować się w rękach partii. Na przykład
Cedenbał jest pewien, że w Czechosłowacji wszystko
ułoży się dobrze. Umarł Paustowski. Umarł
Rokossowski. RFN organizuje manewry nad granicą Czechosłowacji.
Aż tak daleko się posunęli, że otworzyli granicę,
można swobodnie wjeżdżać i wyjeżdżać!
Komuniści, a zachowują się jak małe dzieci!
No, jest wreszcie to, czego Jagubow potrzebuje: list robotników
czeskich z fabryki „Auto-Praga” - oraz faksymile dziewięćdziesięciu
dziewięciu podpisów. O proszę, to jest ważne
„święty obowiązek wszystkich komunistów”
- artykuł teoretyczny. Podstawa apelu Czechów z ich
wielką prośbą do KPZR.
Chociaż Jagubow i tak wszystko
pamiętał, przewerował „Prawdę” do
ostaniego numeru, w tym zaś znajdowało się oświadczenie
TASS-u. Była tam mowa, że partyjni i państwowi działacze
Czeskiej Socjalistycznej Republiki zwrócili się do Związku
Radzieckiego i innych państw Układu Warszawskiego z prośbą...
Zwrócili się , a tekstu nie ma... to dopiero niedoróbka...
Sprawdził na brzeżku kartki, czy jego parker pisze - owszem,
pisał wyraźnie i lekko. Grunt to zacząć. Nagle
z pamięci wypłynęły słowa: ”Bracia
i siostry”.
Spodobał mu się
taki początek. Tak zwrócił się do narodu Stalin
na początku wojny. Potem, gdy Jagubow zajrzał do „Prawdy”,
okazało się, że zmienili początek apelu, napisali
„Mężczyźni i kobiety!” Mimo to był
nadal przekonany, że Stalin i on wymyślili to lepiej.
A na razie czuł: nie wolno
grać polityką, trzeba wykorzystywać dumę narodową
Czechów. Namawiać ich grzecznie, bez przymusu, że
niby o wszystkim decydują samodzielnie. Zwłaszcza, że
wojska już weszły i nie ma o co się martwić.
„Zwracamy się do was, szanowni obywatele” - pisał
dalej Stiepan Trofimowicz - wykorzystując twórczo szablonowe
zwroty. „Gniew i oburzenie narodu radzieckiego”, „rozjuszeni
najemnicy”, „podżegacze”, rewanszyści”,
„rozszalała się reakcja” - o nie, z tych określeń
nie korzystał, wybierał lagodniejsze, choć trwał
mocno na partyjnej pozycji. Po pierwszych mękach twórczych
pisać było łatwiej, pióro biegło pędem
po papierze. Gdy Jagubow skończył pisać, wezwał
majora i powiedział, że potrzebna mu maszynistka.
- Taka, która nie
robi błędów! - dodał szybko.
Major kiwnął, oddalił
się, a po chwili wszedł z powrotem, niosąc maszynę
do pisania. Istotnie, trzaskał jak karabin maszynowy i wkrótce
tekst leżał na biurku. Na górze widniały słowa:
„Nie rozpowszechniać poza gabinetem”. Za bramę
wyprowadził Jagubowa ten sam oficer. Gdy Stiepan Trifonowicz
przesiadł się do oczekującej go wołgi, kierowca
tylko wzruszył ramionami.
- Zmęczyłeś
się? - spytał Jagubow. - Trudno! Człowiek potrafi
znieść niejedno.
Nastrój Jagubowa
był świąteczny. Bądź co bądź,
wyrażając się językiem gazet, uczestniczy w
ratowaniu socjalistycznego państwa przed hańbą wyjścia
z socjalistycznego obozu. Z czasem sami Czesi uświadomią to
sobie. Jagubow wejdzie do ich historii, stanie się bohaterem
narodowym. Kiedyś dowie się o tym cała postępowa
ludzkość, na razie nie ma pojęcia nawet własna
żona.
Nazajutrz Stiepan Trofimowicz
znów był potrzebny. Został redaktorem naczelnym
wydawanej przez patriotów czeskich gazety „Praci”:
drukowano ją w Dreznie, a bezpłatnie rozrzucano w Czechosłowacji,
wyzwolonej przez wojska radzieckie. Gazetę patriotów
czeskich drukowano w Moskwie, w agencji prasowej „Nowosti”
- głównym miejscu zatrudnienia Jagubowa. Nakład
z Drezna wożono na wojskowych helikopterach. W takim helikopterze
zginął dziennikarz Karl Niepomniaszczij: podczas pechowego
lądowania udusił się pod stertami gazet, które
na niego runęły. Chowano go w Moskwie, zataiwszy okoliczności
wypadku. A Jagubow pracował dzień i noc, osobiście
sprawdzał, uzgadniał każde słowo. Zbladł
i wychudł. Czesi zaś z uporem nie chcieli czytać
gazety.
Gdy sytuacja w Czechosłowacji
unormalizowała się, operatywny organ patriotów
czeskich przestał być potrzebny. Jagubow po wykonaniu
tak wielkiej historycznej misji spodziewał się nagrody.
Co prawda stopień utajnienia operacji był zbyt wysoki,
trudno więc było liczyć na order czy coś w tym
rodzaju. Ale, pomyślał Jagubow, może jakiś awans?.
Czekał niezbyt długo. W październiku pozwolili mu
wyjechać na urlop. Na lotnisko jechał z żoną
i z nominacją na nowe stanowisko: gdy wróci, natychmiast
przystępuje do pracy w „Prawdzie Robotniczej” ,
gdzie został pierwszym zastępcą redaktora naczelnego.
W ankietach Jagubow nigdy
nie wspominał, że był milicjantem. Pisał, że
pracował w NKWD. Wszyscy prawdziwi czekiści w głębi
ducha żywią pogardę do milicjantów. Stiepan
Trofimowicz rozumiał, że ma szczęście w życiu,
lecz był równocześnie przekonany, że owo
szczęście jest uzasadnione, wynika z jego cech osobistych.
Toteż każde miejsce pracy uważał za tymczasowe.
Tak jakby było szczeblem, z którego można wznieść
się szczebel wyżej. Pragnął, by mu powierzano
pracę najbardziej odpowiedzialną, chciał zajść
wysoko, wyżej niż inni; był pewien, że gdyby
pozwolono mu kierować krajem, robił by to mądrzej i
lepiej niż ci, co rządzą teraz. Owszem, pragnął
zaszczytów. Mógłby je przyjmować, oglądać
swoje portrety, żartobliwie myślał o tym, że
kiedyś stanica Nagutska będzie miastem pod nazwą
„Jagubow”, a na środku tego miasta stanie pomnik ku
jego czci. Przyszłość zajmowała wszakże w
jego myślach znacznie mniej miejsca niż teraźniejszość.
Najlepszy wariant byłby
taki: zostać pomocnikiem któregoś z członków
Politbiura lub sekretarzy KC, najlepiej tego, który kieruje
sprawami międzynarodowymi, bo w tej dziedzinie Jagubow ma się
czym pochwalić. Na takie stanowisko nie wyznaczają jednak,
lecz wybierają. W wyborach bierze udział jeden wyborca.
Wybierają sobie pomocników z nadzieją, że
dzięki nim zdobędą nieco więcej komórek
mózgowych. Jagubow miał takie komórki. Szybkiemu
awansowi przeszkadzała jedna wada: świetny stan zdrowia.
Zbyt zdrowo wyglądający ludzie nie podobali się członkom
Politbiura, więc żeby dostać się na górę,
Jagubow musiał jeszcze pochorować i zestarzeć się.
Ale i nominacja do „Prawdy
Rorobotniczej” była poważnym skokiem w górę.
Na naczelnych redaktorów i ich zastępców wyznacza
się wyłącznie ludzi, zatrudnionych przedtem w KC,
sprawdzonych. Jednak w przypadku Jagubowa, po uwzględnieniu
jego zasług, zrobiono wyjątek. Istniało też,
co prawda, pewne ryzyko: Makarcew przedtem pracował w aparacie
KC, a więc miał tam kontakty. Jagubow mógł
więc zostać chłopcem do bicia. Co prawda, niegdyś
świetnie skakał ze spadochronem, więc potrafi w porę
pociągnąć za pierścień.
Ale choć koń ma cztery
nogi, też się potknie. Wkrótce po przejściu
do „Prawdy robotniczej” Jagubow, po telefonie z KC,
przyjmował w Związku Dziennikarzy gościa - nowego
po wydarzeniach czeskich zastępcę naczelnego „Rudeho
Prawa”. Byli mniej więcej w tym samym wieku, Czech -
ćwierć metra wyższy. Razem wyruszyli do Azji Środkowej.
Zabytki Samarkandy oglądali we trójkę - wraz z
towarzyszącą im Mariną, wysoką, zgrabną,
blondynką w importowanych ciuchach. Jedli kolację w hotelu
dla zagranicznych turystów „Samarkanda”. Czech
krzywił się, nie mogąc opędzić się
od much, lecz mówił, że bardzo mu się tu podoba.
Wypili po dwa kieliszki wódki, a Marina - niemal całą
butelkę. Gdy rozstali się na korytarzu, Stiepan Trofimowicz
zaczął nasłuchiwać. Marina weszła do pokoju
Czecha, z ożywieniem tam rozmawiali, lecz szybko wyszła.
Zastępca naczelnego „Rudeho
Prawa”, pełen obaw, że zbyt anemicznie demonstruje
proradzieckie poglądy, sądząc po wszystkim, zrezygnował
z dalszych usług dziewczyny, wyprosił ją z pokoju.
Marina nie spodziewała się takiego afrontu, weszła
do Jagubowa, żeby ustrzelić papierosa i spytała:
- Chcesz zobaczyć?
- Co takiego? - nie
zrozumiał Jagubow.
Rozebrała się i
stanęła na środku pokoju naga, dając Jagubowowi
czas na podziwianie.
- No i jak?
Chciał wypchnąć
ją na korytarz, lecz ona ze śmiechem wyrywała mu
się i nie potrafił jej zmusić, by włożyła
ubranie. W dodatku okazało się, że jest niebrzydka,
a on też nie z kamienia. Choć była wysoka (a Jagubow
bał się takich kobiet), robiła co trzeba fenomenalnie.
Lubił tę robotę, ale starał się być
powściągliwy. Gdy minęło półtorej
godziny, opamiętał się i zaczął namawiać
dziewczynę, żeby sobie poszła.
- Podobasz mi się -
zaprotestowała i zasnęła na jego ręku.
Nazajutrz rano wyjrzał
na korytarz, wypuścił dziewczynę i odetchnął
z ulgą. Gdy wrócili do Moskwy, Marina zadzwoniła
do niego do pracy. Jest taki ważny, że zapomina o znajomych.
Właśnie dostała klucze do nowego mieszkania, zaprasza
Jagubowa na oględziny. Rozmawiał z Mariną chłodno:
jest zbyt zajęty, więc z zaproszenia nie skorzysta. Ona
zaś przygotowywała właśnie raport z podróży
do Azji Środkowej zastępcy naczelnego „Rudeho Prawa”.
Odłożywszy słuchawkę, Marina zastanowiła
się przez chwilę, i na końcu krótkiej, pozytywnej
charakterystyki czeskiego towarzysza, napisała: „Tow.
S.T. Jagubow podczas wyjazdu był politycznie dojrzały,
lecz moralnie - chwiejny”.
Gdyby Jagubow o tym wiedział,
z pewnością pojechałby oglądać nowe mieszkanie
Mariny. Politycznie natomiast nie budził wątpliwości.
Gdy w redakcji „Prawdy Robotniczej” zjawili się
szwedzcy dziennikarze, a Makarcew był właśnie na
zwolnieniu lekarskim, przyjął ich Jagubow. Anna Siemionowna
pobiegła do specbufetu, przyniosła kawę i ciastka.
Szwedzkich dziennikarzy niepokoiły pewne problemy, zadawali
więc bez końca prowokacyjne pytania.
- Panie Jagubow, dlaczego
gazety sowieckie urządzają nagonkę na pisarzy?
Na pytanie to
odpowiedział:
- Nie możemy gazetom
zabronić wypowiadania własnych opinii. My też mamy
wolną prasę, panowie!
- A co robicie, jeśli
wasze poglądy rozmijają się z kolejnymi uchwałami
partii?
- Moje myśli należą
do partii, panowie - wyjaśnił Jagubow. - Partia mną
dysponuje, więc nie mogą istnieć różnice
między partią a mną.
- Ale może pan
myśleć inaczej niż inni członkowie partii ? -
uściślił jeden z dziennikarzy i łyknął
kawy, by dać Jagubowowi czas na zebranie myśli.
Stiepan Trofimowicz był
zdumiony, że kolega szwedzki nie rozumie elementarnych rzeczy,
lecz wyjaśnił spokojnie:
- Jeśli ci
członkowie partii zajmują wyższe stanowisko niż
ja, to nie może być żadnych różnic. Jeśli
coś mi polecą, to polecenia ich są poleceniami partii.
- Mówił pan, że
pochodzi z rodziny chłopskiej, panie Jagubow. Jak robił
pan karierę?
- W naszym kraju nie robi
się karier - cierpliwie wyjaśniał Jagubow. - Można
tylko dojrzewać. W naszym kraju szybko dojrzewają ci,
którzy są wierni partii i jej ideałom.
Jagubow uśmiechnął
się czarująco - prosty, szczery Rosjanin ze stawropolskiej
krainy.
- Kim są pańscy
rodzice? - spytał inny Szwed.
- Mówiłem przecież,
że chłopami - zaśmiał się Jagubow. - Po
naszemu - kołchoźnicy. Bardzo jestem do nich przywiązany.
Co wiosny lecę do nich samolotem na dwa lub trzy dni, wiozę
mnóstwo produktów, kopię w ogrodzie, naprawiam
dach... dla starych ludzi to zbyt ciężkie. Nie udaje mi
się wyjechać tylko wtedy, jeśli mam dyżur podczas
majowego święta. Najważniejsza jest praca, panowie!
Przełożyła
Alicja Wołodźko-Butkiewicz Wydawnictwo ARCANA,
Warszawa, 2001
|