„
Rosja wchodzi
do Polski” – w tak zatytułowanym znakomitym
wierszu Adama Zagajewskiego
Przez łąki
i miedze, przez miasta i lasy
idą armie konne
i piesze, idą konie,
armaty, chłopcy
i starzy żołnierze…
Kiedy we wrześniu 1939
roku Rosja weszła do mojego miasta nad Niemnem, miałem
dwanaście lat, po rosyjsku nie rozumiałem ani słowa
i nie przeczuwałem, że to, co weszło, zostanie już
tutaj, że nie oderwę się od tego ani w dojrzałym,
ani więcej niż dojrzałym wieku, mimo że przed
końcem wojny opuszczę miasto rodzinne, zatrzymany w nowych
granicach Ogromnego Kraju.
Rosja szła,
przystawała na chwilę i ruszała dalej, zabiegała
drogę pragnącym ujść przed jej marszem, i nie był
to jedynie ruch armii pieszych, konnych i zmotoryzowanych, lecz także
widoków, dźwięków, zapachów. Szły
przekleństwa, śpiewy chóralne i tupoty zawadiackie
na ułożonych z desek estradach, zapachy machorki, dziegciu
i szyneli z burego filcu, szły litery wielkie na transparentach,
czarno na czerwonym, i koślawe, białą kredą
pisane na kalekich murach spalonych domów, i obrazy rzucane z
projektorów na zgrzebne ekrany, wizje szarż bohaterskich,
roztańczonych dostatnich wsi, tudzież krwawych okrucieństw
wrażych… I szły wreszcie, wkraczały zwartym
szykiem, zabudowywały sobą przestrzeń życia, wiły
gniazdo w podatnej lub opornej imaginacji sowieckie mity, uosobione w
bohaterach, których obecność wyprzeć miała
z ludzkiej świadomości inne mity, zakorzenione w religii i
historii narodowej, sprawdzone od pokoleń, o zgoła
odmiennej treści i kolorycie.
Dobrotliwy Lenin na mapie z
zapalającymi się żarówkami wskazywał
maluczkim świetlaną przyszłość planety,
bohater Czapajew toczył boje i zginął za Rewolucję,
górnik Stachanow napinał muskuły i obdarzał
socjalistyczną ojczyznę sezamami lśniącego węgla,
a mały, dzielny pionier Pawlik Morozow stawał ponad tradycyjną,
sentymentalną moralnością i zgodnie z jedynie słuszną
nową moralnością nieustraszenie zdzierał maskę
z ojca — sabotażysty, po czym padał ofiarą
kułackiej zemsty. Obok postaci autentycznych (w jakim stopniu
autentycznych — to inna sprawa), w mitologii sowieckiej funkcjonowały
też fikcyjne, wymyślone przez pisarzy, ku pokrzepieniu
serc. Taki był Pawka Korczagin – bohater książki
„Jak hartowała się stal” Mikołaja Ostrowskiego,
autora, który i sam wszedł do heroicznej legendy, bo
pisał swoją powieść ociemniały i sparaliżowany,
ku chwale partii komunistycznej- swego natchnienia i wodza.
Odbiorcy gazet i książek
często mylili tych dwóch, Pawkę i Pawlika, mimo
że każde z różnych zdrobnień imienia
Paweł było trwale przytwierdzone do bohatera: Pawka –
to Korczagin, Pawlik — Morozow. Poemat młodego twórcy
moskiewskiego Timura Kibirowa „Przez pożegnalne łzy”,
w którym autor w naszych już czasach dla drwiny i zabawy
zmieszał różne elementy sowieckiej cywilizacji,
ideologii i mitologii, dobrze ilustruje równorzędność
i niejako wymienność bohatera literackiego z historycznym.
W jednym z fragmentów znalazło się tam ironiczne
ubolewanie: „A więc na darmo zginęli Pawka z Pawlikiem,
na darmo Miczurin posunął naprzód naukę, na
darmo płynęła nad nami jutrzenka!”. Ale po
to, żeby dzisiaj głośno rozległ się ten
chichot, trzeba było przez wiele lat traktować „Pawkę
z Pawlikiem” jak najbardziej poważnie. Miczurina i jutrzenkę,
naturalnie, także.
Książka, którą
czytelnik trzyma w ręku, bohaterem powieściowym się
nie zajmuje, poświęcona jest wyłącznie
historycznemu. Tytuł „Wozniesienije Pawlika Morozowa”
—
wozniesienije — to wyniesienie (na piedestał,
na tron, na ołtarz), ale także Wniebowstąpienie lub,
jak chce tłumacz, Wniebowzięcie. Wyniesieniem bądź
Wniebowstąpienie wiejskiego chłopca stało się
jego życie po śmierci, kiedy to napisano o nim książki
i poematy (pamiętam jeden, Stiepana Szczypaczowa, poety skądinąd
kameralnego, lirycznego), postawiono mu pomniki we wszystkich
miastach ZSRR, imieniem jego nazwano szkoły, fabryki, kołchozy.
Kult małego
męczennika trwał pół wieku i dopiero w
ostatnich latach przygasł, a nawet został światoburczo
odrzucony, łącznie z lansowaniem przez postać i los
Pawlika wzorcem etycznym, na łamach „Junosti” i
innych czasopism. Co prawda, pedagogiczna codzienność nie
całkiem jeszcze przyjęła to odrzucenie do wiadomości,
jak wynika choćby z historyjki, którą opowiedział
mi znajomy nauczyciel z Łodzi. Bawił on wraz z gronem
wychowanków, w ramach wakacyjnej wymiany, w młodzieżowym
obozie na rosyjskiej prowincji. Nad obozem czuwał niezmiennie
zastygły w patetycznym geście gipsowy pionier Morozow.
Zdziwiony przybysz z Polski zapytał, jak się ma ten posąg
do żarliwych demaskacji w moskiewskiej prasie, i usłyszał
w odpowiedzi: do Moskwy daleko, nie będziemy się spieszyć,
jeszcze nic nie wiadomo…
Jurij Drużnikow, nauczyciel
historii i literatury rosyjskiej, parający się poza tym
własnym pisaniem, niewątpliwie miał w praktyce szkolnej
do czynienia z heroiczną legendą Mrozowa, zanim podjął
trud jej zbadania. Mimoże od tragedii we wsi Gierasimówka
na północnym Uralu upłynęło tyle lat,
znalazł jej żywych świadków i uczestników,
w tej liczbie matkę bohatera, jego brata, kuzyna, kolegów
i koleżanki szkolne, nauczycielki, nawet jednego z niegdysiejszych
śledczych OGPU. Dotarł do częściowo zachowanych
akt sądowych (sprawa nr 374), do sprawozdań w lokalnej
prasie, do prywatnego archiwum dziennikarza Solomieina, który
pierwszy relacjonował był wydarzenia w powiatowej gazecie,
a następnie na zamówienie władz napisał książkę
pt. „W kułackim gnieździe” (Swierdłowsk
1933).
Drużnikow przestudiował,
oczywiście, i porównał ze sobą inne publikacje
z różnych okresów. Tak powstało to studium
ze swoim paradoksalnym odkryciem (precyzyjnie udokumentowanym),
że Pawlik nie istniał — to znaczy nie istniał
chłopiec, którego nazwano by tym pieszczotliwym zdrobnieniem;
był po prostu dość szorstko, jak i pozostali jego
rówieśnicy, traktowany Paweł; i nie istniał
pionier (człowiek komunistycznej organizacji dziecięcej)
Morozow, rzekomy przewodniczący oddziału pionierów,
z tej prostej przyczyny, że w Gierasimówce nie było
jeszcze w 1932 roku takiego oddziału, takiej organizacji –
i nie istniał wreszcie samotny bohater, jedyny syn nieszczęśliwej
matki, bo czterech ich miała, a zamordowano w niejasnych okolicznościach
dwóch: Pawła i młodszego od niego Fiedię…
Ale to były pomniejsze manipulacje hagiograficznej propagandy.
Drużnikow odkrywał
na każdym kroku nowe znaki zapytania. Nie będę ich
tu przytaczał ani posuwał się dalej tropem detektywistycznych
dociekań autora — nie chcę streszczeniami swoimi
uprzedzać czyjejkolwiek lektury, z całym natomiast przekonaniem
zachęcam do jej podjęcia. Dorzucę tylko, że
z dwu głównych kwestii, nad którymi próbuje
zastanowić się Drużnikow: kto zabił? i komu
to było potrzebne? — aczkolwiek rozwikłanie tej
pierwszej przedstawia się wręcz sensacyjnie, mnie osobiście
szczególnie interesuje druga, ponieważ dotyczy nie techniki
pewnej jednostkowej zbrodni, lecz zasadniczych właściwości
systemu, w którym do niej doszło. I na ten temat badacz
zgromadził dość wymownych faktów.
W dniu tedy, w którym
w powiatowej Tawdzie zaczął się pokazowy proces domniemanych
zabójców chłopca, w Moskwie otwarto plenum KC
Komsomołu, na którym padło zdanie, że „Pawlik
powinien stanowić wyrazisty przykład dla wszystkich dzieci
Związku Radzieckiego”. Ruszyła machina wychowywania
w nienawiści i destrukcji rodziny jako tej tradycyjnej komórki,
która stawiała największy opór „nowej
moralności”, machina mieląca uczucie, zasady, przywiązania,
ludzkie odruchy. ”Nie znamy moralności ogólnoludzkiej
— wołał przywódca Komsomołu Kosariew,
który sam miał kilka lat później paść
ofiarą stalinowskiej czystki. – Nasza moralność
jest klasowa. Nasza moralność – to ta, która
wysadza w powietrze kapitalizm, unicestwia jego pozostałości,
umacnia dyktaturę proletariatu, posuwa naprzód budowę
socjalizmu”.
Postać „Pawlika”
Mrozowa, jego zmistyfikowana historia, jego śmierć —
stały się na wiele lat czołowym elementem pedagogiki,
mającej uformować socjalistycznego „nowego człowieka”
na modłę takich jak on „bohaterów”, a
praktycznie – na modłę gotowych na wszystko
wykonawców mokrej roboty. Były chwile, kiedy zgroza
ogarniała nawet gorliwych uczestników toczonej przez
partię kampanii. Dziennikarz Sołomiein, autor „W
kułackim gnieździe”, dzielił się swoimi
wątpliwościami w liście do Gorkiego. Otóż
po jednym ze spotkań z pionierami, na które posyłano
go, żeby popularyzował „Pawlika”, podeszła
do niego dwunastoletnia dziewczynka i zapytała, dlaczego
rozstrzelano czwórkę oskarżonych z Gierasimówki.
— „A co, żal
ci ich?
— Nie —
powiedziała ze złością. — Ja bym ich
najpierw pokroiła na kawałki, małym nożykiem,
obcięłabym najpierw nos, uszy, wargi, a potem upiekłabym
ich powolutku na stosie…
Aleksy Maksymowiczu! —
woła przejęty nagłym lękiem dziennikarz. —
To znaczy, że książka budzi nienawiść do
wrogów klasowych? Ale czy dobrze, że aż tak bezwzględnie?
A przydarzyło mi się to… niejednokrotnie”.
Odpowiadając na list
swojego korespondenta, znakomity pisarz pominął milczeniem
takie jego zgoła niestosowne wątpliwości.
Żywy, bestialsko zadźgany
i pośmiertnie wyniesiony „Pawlik” sam był
produktem i ofiarą strasznej indoktrynacji, o której
mowa, i zarazem stał się jej makabrycznym narzędziem,
obficie reprodukowanym i zapewne nieraz skutecznym. Wolno sądzić,
że u nas, nawet wówczas, gdyby Rosja weszła, ta
akurat część importowanej mitologii nie mogła
chyba się przyjąć i poczynić większych
spustoszeń, ale jakże mimo wszystko bliska i realna przez
wszystkie te lata była piekielna Gierasimówka, jej upiory
i „wykonawcy”. Dziś, kiedy komunistyczne Imperium
wychodzi od nas (przynajmniej w sensie atmosfery duchowej i narzuconych
wzorców egzystencji społecznej, ale wolno mieć
nadzieję, że nie tylko w tym sensie), westchnijmy z ulgą,
że jasność dnia rozprasza posępne zjawy. I –
prośmy Boga o łaskę dla nieszczęsnej duszy wplątanego
w tę złowrogą fabułę chłopca z Uralu.
Warszawa, 1990.