Jurij Drużnikow: życie i książki  Русский  English  Français  Italiano
www.druzhnikov.com

 Powieści i mikropowieści
 Krytyka
 Humor
PoczątekTekstyKrytyka

A n d r z e j   Z a n i e w s k i
Anioły lecą, lecą, lecą wysoko…

      Leżą przede mną dwie książki, dwa wydania sławnej powieści Jurija Drużnikowa „Anioły na ostrzu igielnym”. Amerykańskie w języku rosyjskim, opublikowane przez Dom Wydawniczy LIBERTY z Nowego Jorku, i polskie, firmowane przez cenioną i znaną oficynę Wydawniczą ARCANA z Krakowa. Ten sam format, znakomita szata graficzna, lśniące, eleganckie okładki, z których uparcie patrzą na mnie anioły. Ten z edycji amerykańsko- rosyjskiej przypomina ikonę i bizantyjskie mozaiki… Z okładki polskiej spoglądają dobrze mi znane przenikliwe oczy pisarza, uskrzydlonego Jurija Drużnikowa w robotniczym bereciku na głowie. Dzięki nieco sfatygowanym postrzępionym skrzydłom utrzymuje równowagę, stojąc pośrodku moskiewskiego placu Czerwonego, a ja odnoszę wrażenie, że za chwilę wzbije się w powietrze.
      Akcja powieści toczy się głównie w środowisku dziennikarzy i polityków, i jak wyjaśnia sam autor w posłowiu do pierwszego wydania amerykańskiego, jest niemal stenograficznym zapisem 78 dni z życia Moskwy (z epoki Breżniewa, bezpośrednio po wkroczeniu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji) od 23 lutego do 30 kwietnia 1969. Ten zapis czasu nie ma jednak charakteru reporterskiej relacji, rodzi się bowiem długo, w latach 1969-1976, w okresie gdy odżywały płonne nadzieje na choćby odrobinę wolności, a marzenia wydawały się bardziej realne. W powieści złudzenia te zostają pogrzebane, niemal unicestwione. Dominuje gorzkie poczucie daremności usiłowań, bezradności i pustki. Jak się bronić? Jak ratować? Jak ocalić te okruchy godności i zachować własne „ja” – tropioną, prześladowaną, niszczoną człowieczą indywidualność? Jak…
      Kpiną, szyderstwem, ironią, sarkazmem, cynizmem, śmiechem, rozgoryczeniem, obłudą, świadomością własnego upodlenia, nędzy, podłości, rozpaczy, cierpienia… Nie groteskowe spojrzenie na świat jak u Mrożka, lecz ciężki, smutny śmiech, również z samego siebie, z najbliższych, z pokolenia, z całego narodu biednego i zniewolonego, z losu, którego nie zdołałeś uniknąć.
      W roku 1976 Jurij Drużnikow — legitymacja członkowska nr 8552 — zostaje usunięty ze Związku Pisarzy Radzieckich za działalność opozycyjną. Szykany, represje, próby zdławienia i uciszenia trwały aż do roku 1987, kiedy to zezwolono pisarzowi na opuszczenie Związku Radzieckiego — o ironio, były to już czasy pierestrojki Gorbaczowa (!). Wyjazd, który najprawdopodobniej uchronił go przed obozem lub zamkniętym zakładem psychiatrycznym, stał się jednak możliwy dopiero dzięki interwencji znanych pisarzy Arthura Millera i Kurta Vonneguta. Jurij Drużnikow, któremu udało się uniknąć emigracji wewnętrznej, bo przez cały ten okres pisał, i to dużo, został nagle emigrantem autentycznym, który już do swej ojczyzny nie powrócił. Obecnie jest honorowym członkiem amerykańskiego Pen-Clubu i profesorem literatury rosyjskiej na uniwersytecie w Davis, w Kalifornii.
      Traf chciał, że równolegle z lekturą „Aniołów na ostrzu igielnym” przypomniałem sobie „Rok 1984” George’a Orwella oraz „Rodzinną Europę” Czesława Miłosza. Łączy te książki – tak różne w swej formie, mistrzostwo indywidualnego stylu, bogate literackie doświadczenie każdego z autorów, a także historyczne widzenie teraźniejszości. Najboleśniej zderzył się w wehikułem czasu George Orwell… Może właśnie poprzez wymyślenie zbyt dokładnej mapy totalitarnej rzeczywistości, jego proza wydaje się miejscami monotonna, a rozważania dotyczące „nowomowy” jakby zdezaktualizowane. W zestawieniu z nim Drużnikow wygrywa realizmem autentycznej fabuły, sarkazmem gorzkiego spojrzenia i poczuciem humoru. Z Miłoszem zbliża Drużnikowa powracająca z zaświatów postać markiza Astolphe’a de Custine, autora słynnych „Listów z Rosji” (1839) uznanych natychmiast po opublikowaniu za „paszkwil dotkliwie raniący uczucia rosyjskich patriotów”. Nawet niektóre z cytatów wybrane przez obu autorów są te same. Dwie równoczesne, dodatkowe lektury pozwoliły mi zobaczyć powieść Drużnikowa inaczej i pełniej, na szerszym tle… Jest to fascynujące arcydzieło o groźnych urzędnikach idei, o nieskrywanym cynizmie i podłości, oblepiającej wszystkich jednakowo, jak cuchnące błoto, z którego nie można się obmyć.
      W rozmowie redakcyjnych przyjaciół (a Drużnikow jest mistrzem dialogu!) padają przerażające zdania: „Naturalnie, propaganda to jedno z najbardziej cynicznych działań w dziejach ludzkości. Samo jej istnienie świadczy o jednym: przywódcy rozumieją, że dobrowolnie ludzie za nimi nie pójdą. Tak, to ohydne narzucać komuś poglądy. Ale ja? Ja przecież nie narzucam poglądów własnych. Dlatego jest mi lżej. Kłamię, nie troszcząc się o pozory. Piszę parodie, tylkoże ludzie tego nie widzą”… I również w tej rozmowie: „Tworzę ocean kłamstwa, kąpię w nim naszych przywódców. Oni wchłaniają te bujdy, połykają je, potem wymiotują… Zaklęty krąg: na górze myślą, że kłamstwo jest potrzebne tym na dole, a na dole, że tym na górze. Więc jestem im potrzebny: sami nie potrafią przekonująco łgać”… Dwie strony dalej bohater wyznaje z pełną świadomością: „Ten ustrój może istnieć tylko dzięki takiemu robactwu jak ja”.
      Z dużą dozą żalu, a i wstydu (bo też nie byłem bez winy) przypominam sobie tamte niezwykłe przecież, szare, lecz pełne nadziei lata niby-socjalizmu, przezwanego pod koniec „realnym socjalizmem”. Cieszę się, że tak trafnie, przenikliwie i mądrze opowiedział o nich Jurij Drużnikow, i sądzę, że trzeba bardzo głęboko kochać swój kraj, aby pisać o nim z goryczą równie nieprawdopodobną, z odwagą szyderczą i gniewną, z tęsknotą i wyczuwalnym pragnieniem, by stał się lepszy, inny, otwarty, łatwiejszy do życia, by stał się ojczyzną nie tylko wspaniałego narodu i społeczeństwa, lecz również wielkiego indywidualisty i pisarza, emigranta przecież nie z własnego wyboru – Jurija Drużnikowa…
      Zastanawiam się, jak nazwać jego pisarstwo. Realizmem prześmiewczym? Realizmem ponad historią? Realizmem bez granic? Próbą przekazania przyszłościowej wiedzy, mogącej się jeszcze przydać, a może znowu potrzebnej?
      Uważnie obserwując współczesny świat, myślę, że dzieła Orwella, Miłosza, Drużnikowa niestety nie tracą na aktualności, lecz nabierają znaczenia przestrogi, bowiem w wielu miejscach na ziemi totalitaryzm przeobraża się w pozorne demokracje, a manipulowanie moralnością, nadziejami i uczuciami nadal służy garstce, wykreowanych często przez samych siebie, politycznych władców. A zresztą: czy totalitaryzm nie jest wpisany w nasze charaktery i fizjologie? Czy nie tworzymy naszego życia, pożerając, pochłaniając i wykorzystując całą podporządkowaną nam przyrodę?
      Bez kompromisów… Bez przemilczeń… Bez tabu… Za to właśnie Jurij Drużnikow już kilkakrotnie był nominowany do nagrody Nobla, i życzę mu tego wyróżnienia z całego serca.
      PS „Anioły na ostrzu igielnym” przełożyła najwybitniejsza współczesna tłumaczka z języka rosyjskiego Alicja Wołodźko-Butkiewicz, a wielce interesującym posłowiem opatrzył prof. Łucjan Suchanek.

      „Superkontakty”, Warszawa, Nr 3, 2002.

PoczątekTekstyKrytyka

© Tekst: Andrzej Zaniewski.